Kraj

Małe szanse prawdy

Kto uwierzy w powody katastrofy tupolewa

Ludzie, którzy udali się na zwiedzanie miejsca kwietniowej katastrofy rządowego Tupolewa, skarżą się – głównie w tzw. publicznych mediach – że teren po wypadku nie jest ogrodzony i że wciąż można znaleźć w ziemi szczątki samolotu i rzeczy osobiste ofiar.

Sami jednak korzystają z faktu, że teren nie jest strzeżony i sami w tej ziemi grzebią. Oburzają się zatem na to, że nikt im tego nie zabrania, choć przecież nikt też ich do tego nie zmusza. Można się także dowiedzieć, że mówienie o możliwym błędzie pilota, przed oficjalnymi ustaleniami, to podłość. Ale już głoszenie, także bez żadnych dowodów, że Tusk ma krew na rękach, i że to był ruski, albo rusko-polskojęzyczny zamach, podłością naturalnie nie jest. To tylko głos wolnego narodu, któremu dotąd „zamykano usta”. Granice podłości wyznaczane są na bieżąco.

Podobnie jak granice rozumu. Niby nic w sprawie smoleńskiego wypadku nie jest przesądzone, ale w istocie wszystko już w kręgach patriotycznych wiadomo: piloci nie popełnili błędów i nikt na nich nie naciskał, choć wszyscy wypowiadający się dotąd lotnicy i eksperci stwierdzają, że nigdy by w warunkach panujących tamtego feralnego poranka pod Smoleńskiem nie lądowali. Że nie chodzi o błędy w samym lądowaniu, ale o samą niezrozumiałą decyzję o lądowaniu. Nikt poważny nie rozważa na razie opcji zamachu, ponieważ nie ma dla tego żadnych przesłanek, ale ta właśnie wersja jest najpoważniej rozważana w części prawicowych środowisk, które zapewniają, że chcą poznać prawdę, ale, jak widać, nie zamierzają na nią poczekać. Ponieważ i tak żadnej oficjalnej Tuskowo-Putinowej prawdy nie przyjmą. Inna zaś prawda, nieoparta na śledztwie, będzie z natury rzeczy tylko legendą.

Dlatego sama katastrofa przechodzi powoli w sferę legend i kultu. Niech nie mylą bardzo szczegółowe rozważania techniczne, jakich pełno na prawych blogach, to tylko „naukowa” podbudowa ludowego podania o tym, jak na nieludzkiej ziemi zabili nam prezydenta. Kiedy śledztwo prowadzą Rosjanie, mówi się, że nie można im wierzyć, bo tak uczy historia. Gdyby przejęła je w całości strona polska, czego domagało się PiS, pojawiłby się zarzut, że teraz to już naprawdę nic nie będzie wiadomo, bo Tusk z Klichem wszystko zatuszują. Już słychać, że raport rosyjskiej prokuratury to na pewno makulatura, niech dają czarne skrzynki, ale najlepiej nie w ręce reżimu Platformy, tylko Amerykanom albo Szwajcarom.

Szanse prawdy w przypadku smoleńskiej tragedii wyglądają więc marnie, ale nie dlatego, że nie zostanie ona ustalona, ale ponieważ duża część tak zwanego patriotycznego narodu już teraz postanowiła bohatersko w nią nie uwierzyć. Wręcz niecierpliwie czeka, aż wreszcie będzie mogła ją z oburzeniem odrzucić. Wszak z tego punktu widzenia lepsza jest słuszna niewiedza niż niesłuszna prawda. Jednak część opinii publicznej wciąż zdaje się czekać na twarde ustalenia śledztwa i dobrze by było, aby polska prokuratura starała się rzadziej informować o tym, że nie ma informacji, a przedstawiła chociaż bardzo wstępne wyniki dochodzenia, pierwsze pewne fakty. Stałyby się one jakimiś punktami zaczepienia, cumami na rozhuśtanej fali coraz bardziej niedorzecznych domysłów.

Polityka 20.2010 (2756) z dnia 15.05.2010; Flesz. Ludzie i wydarzenia; s. 6
Oryginalny tytuł tekstu: "Małe szanse prawdy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną