Jaka jest ta kampania?

O wyższości osobowości
Polska polityka jest na wskroś upartyjniona, a podział ideologiczny od lat bardzo głęboki. Ale z okazji wyborów prezydenckich ton politycznych dyskusji się zmienił.
Mirosław Gryń/Polityka

Komorowski – jak słychać – nie wykazuje empatii, jest sztywny, sztuczny, czyta z kartki albo nie czyta, co też jest błędem. Przede wszystkim zaś nie ma charyzmy, co podkreśliło już kilku polityków PiS, i nie tylko. Tak jakby nikt nie pamiętał przestrogi Leszka Kołakowskiego: niech Bóg nas strzeże przed politykami z charyzmą, nieźle mogą nas urządzić. Niemniej, spece od politycznego marketingu rozważają, czy kandydat PO ma swoją opowieść, czy potrafi odpowiednio „sprzedać” swoją liczną, tradycyjną rodzinę. Tak jakby rodzina była tu najważniejsza.

A Jarosław Kaczyński – niech wreszcie coś powie, to wtedy może zacznie tracić, niech nie wykorzystuje żałoby i przestanie się obnosić w ostentacyjnej czerni – powtarzano. Ale Kaczyński ma za to ową charyzmę (co podkreślał także nie raz Jarosław Gowin), osobowość, tajemniczość samotnika poświęcającego się tylko krajowi. Jest twardy, władczy, przywódczy, czego nie ma Komorowski. Wspomina się w tym kontekście o mechanizmie współczucia, rekompensaty, psychicznego wsparcia dla człowieka, który poniósł wielką stratę – a więc o zjawiskach z dziedziny psychologii, a nie polityki.

Jednocześnie ci sami marketingowcy zapewniają publiczność, że nie liczą się teraz żadne polityczne programy, że to w istocie pojedynek samców alfa o dominację, o męskie zwycięstwo i pognębienie przeciwnika, że tego oczekuje widownia w wyborach prezydenckich, bo to walka spersonalizowana i dlatego tak ciekawa. Mówi się, że prezes PiS zmienił wizerunek, a więc używa się wprost kategorii marketingowej i wprowadza do politycznej treści, a to są dwa zupełnie różne poziomy. W końcu chodzi o wpływ na rzeczywistość.

Wielka mistyfikacja

Jest w tym wszystkim jakaś wielka mistyfikacja. Wydziela się sztucznie prezydencką batalię z całej polityki. Udaje się, że oto przystępują do walki całkiem nowi zawodnicy, którzy muszą udowodnić swoją osobowościową przydatność do najwyższej państwowej funkcji: czy się nadadzą, sprostają wyzwaniom.

Istota zaś polskich wyborów prezydenckich jest znacznie bardziej prozaiczna. Kaczyński i Komorowski to znaki dwóch całkowicie odmiennych wersji państwa i społeczeństwa. W tym sensie to, że występuje Komorowski, a nie Tusk, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ reprezentuje tę samą wizję. Jarosław Kaczyński też by w wyborach nie uczestniczył, gdyby nie śmierć brata. W istocie, teraz nie walczą wąsy Komorowskiego z okularami i imbrykiem Kaczyńskiego. Przeciwnikami są lata 2005–07 kontra 2007–10. To są prawdziwi kandydaci i ich cechy, realne osobowości, które trzeba drobiazgowo dzisiaj przypominać i porównywać.

Komorowski wygrał prawybory z Sikorskim nie dlatego, że ma więcej dzieci i żonę Polkę, ale ponieważ jest z samego środka Platformy, lepiej od szefa MSZ uosabia tę partię, jest dla niej typowy. Nie ma też nikogo bardziej pisowskiego od Jarosława Kaczyńskiego. Jest to więc wciąż ten sam pryncypialny spór między III i IV RP, między Platformą a PiS. Pokazują to nawet sondaże opinii, w których procentowe różnice pomiędzy kandydatami obu głównych partii wyrównują się z różnicą w notowaniach ugrupowań.

Dlatego gorączkowe, pełne napięcia oczekiwanie na to, co powie, kiedy wreszcie przemówi Jarosław Kaczyński, uznać można za przejaw naiwnej, podgrzewanej przez media, wizji polityki. Sztucznie dzieli się życie publiczne i historię państwa na poszczególne akty, gdzie następny ma unieważniać poprzedni, następuje wyzerowanie, fałszywa tabula rasa.

Kaczyński mówił to samo przez ostatnie 20 lat. Nawet jeśli teraz zdarzy mu się powiedzieć coś nieoczekiwanego, to z powodów taktycznych, ponieważ nie ma żadnych dowodów na zmianę poglądów Kaczyńskiego na sprawy państwa. Zresztą dzięki tej konsekwencji i temu uporowi osiągnął tak wiele. Można wręcz pokazać, jak koncepcje, które zostały w końcu nazwane IV RP, były rozwijane i uzupełniane przez wiele lat, jak nigdy nie zostały wycofane i zaniechane.

W każdym razie, prawem nieszczęśliwego i tragicznego przypadku, Jarosław Kaczyński znalazł się na miejscu swojego brata jak najbardziej sprawiedliwie. Nie dlatego, że moralnie było to oczywiste, ale dlatego, że nikt inny nigdy wcześniej nie wyrażał sobą bardziej kompletnie projektu IV RP. W końcu był to przede wszystkim autorski pomysł przyszłego premiera PiS, któremu prezydent w 2005 r. złożył słynny meldunek o wykonaniu zadania. A teraz Jarosław – jak sam stwierdził w oświadczeniu – zamierza kontynuować misję brata. Czyli własną.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną