Kraj

Żona Przemysława Gosiewskiego: Trudno uwierzyć w wypadek

Beata Gosiewska, wdowa po szefie klubu parlamentarnego PiS mówi o swoich przeżyciach z pierwszych dni po katastrofie smoleńskiej i o tym, dlaczego nie wierzy rządowi.

Juliusz Ćwieluch:- Jest sobota 10 kwietnia. Mąż szykuje się na wyjazd do Smoleńska. Zjadacie państwo razem śniadanie. On całuje panią na do widzenia? Tak wyglądały ostatnie chwile razem?
Beata Gosiewska:- Nie. Wylot był wcześnie rano. Przed snem mąż poprosił mnie, żebym nastawiła budzik na 5 rano. Nastaw głośno, żebym nie zaspał – prosił. Nastawiłam, ale tak naprawdę to czuwałam całą noc. Jak zadzwonił budzik, to go wyłączyłam. Obudziłam męża i po prostu położyłam się spać. Przemek zjadł coś szybko i wyszedł. 

Lubił latać?
Nie. Miał lęk wysokości. Raz jako wicepremier leciał do Portugalii. Teraz po raz pierwszy leciał z prezydentem. Bardzo rzadko latał też po kraju. Zawsze się bałam, że zginie na drodze. Pokonywał setki tysięcy kilometrów rocznie.

W Kielcach mówiono na niego „pojawiam się i znikam”, bo potrafił obsłużyć trzy imprezy w ciągu dnia.
Trzy to minimum. Potrafił pięć, siedem imprez załatwić w ciągu jednego dnia. On po prostu jechał, wchodził, przemawiał, wychodził, jechał dalej, przemawiał, wychodził itd. Chciał być wszędzie.

A pamięta pani, jak był ubrany w sobotę?
Miał ciemny garnitur. Pamiętam jak przez mgłę, że pytał, jaki dobrać krawat. Ja zawsze dobierałam krawaty mężowi. Odpowiedziałam – tylko nie czerwony, załóż jakiś ciemny. Ubrał granatowy ze wzorkiem. Do tego jasną koszulę. Mąż nosił tylko białe, ewentualnie błękitne koszule.

Pytam, bo później te wszystkie szczegóły zaczęły być ważne.
Tak, łącznie z marką butów.

Kiedy dowiedziała się pani o tym, że była katastrofa?
Dowiedziałam się dosyć późno, zadzwonił ktoś ze znajomych i powiedział, że spadł samolot prezydencki. Włączyliśmy telewizję, no i reszty dowiedzieliśmy się z telewizji.

Dzieci oglądały razem z panią?
Tak, prosiły o to. Dzieci są małe. Kinga ma 10 lat, Miłosz 9.

Jak zareagowały?
Nie chcę o tym opowiadać. Generalnie były bardzo dzielne i ponad wiek dojrzałe. Niewiele płakały. Pamiętam tylko słowa córeczki „To się nie mogło wydarzyć”.

A pani jak reagowała?
Przede wszystkim wiedziałam, że są dzieci. Starałam się je chronić, a one mnie wspierały. Mąż mówił, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wiem, że chciałby, abym sobie poradziła.

A kto chronił panią? Przyszli jacyś znajomi, przyjaciele?
Garstka najbliższych znajomych. Moja rodzina, sąsiad. Rodzice męża mieszkają nad morzem. Dojechali dopiero w niedzielę do Warszawy i wtedy byliśmy już wszyscy.

Czego się pani dowiedziała o przyjaciołach w tamtą sobotę?  
Że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Wtedy jeden z kolegów Przemka, jeszcze z czasów studenckich, zaoferował pomoc. Przysłał, między innymi, wspaniałą osobę, ś.p. Ewę Roszkowską-Kleszcz, która pomogła zorganizować pogrzeb.  Niestety, dwa miesiące później miała wypadek. Nie żyje...  

Ktoś z przyjaciół męża zadzwonił w ogóle w sobotę?
Tak... W tej chwili nie potrafię odpowiedzieć, czy była to sobota. Wiem, że pan Kuchciński zadzwonił i złożył kondolencje, ale czy to była sobota, czy niedziela, nie jestem w stanie powiedzieć.

Mąż mówił w kilku wywiadach, że przyjaźni się ze Zbigniewem Ziobro. Zadzwonił?
Nie pamiętam. To, że ktoś nie zadzwonił, to jeszcze o niczym nie świadczy, bo wiele osób mówiło mi później, że nie miało odwagi zadzwonić. Nie chciało przeszkadzać. Faktycznie pomogła mi najbliższa rodzina, co jest dla mnie naturalne. Natomiast tak dużo mówiono o tym, że administracja, że rząd stanął na wysokości zadania, że zostaliśmy otoczeni opieką. To fikcja.

Dostaliście zapomogi, renty specjalne dla dzieci, zasiłki, opłacono pogrzeby - to mało?
Jakieś 40 tysięcy zapomogi dostaliśmy, inne przysługujące świadczenia wynikają z przepisów i lat pracy. Okazało się, że lot nie był ubezpieczony. Mówi się o milionowej pomocy, z czego większa część to koszty pogrzebów. Pojawiają się niewybredne komentarze, to przykre. Nasi bliscy zginęli w pracy, bo władze nie zadbały o ich bezpieczeństwo, a teraz mówią, ile kosztowały pogrzeby. Moje dzieci straciły ojca i renta go nie zastąpi. Ja nie ubiegałam się o rentę, pracuję. Zostałam w niełatwej sytuacji, z dwojgiem małych dzieci. Mieszkamy w mieszkaniu rodziców Przemka.

A pomoc psychologiczna dla rodzin była?
Na początku żadnej. Dopiero w późniejszym okresie ktoś zadzwonił z Kancelarii Sejmu czy z MSWiA. Nie pamiętam. Zapytał, czy potrzebny jest psycholog. Mama Przemka jako lekarz powiedziała – nie, dziękujemy. Później podano mi telefon, ale nie zadzwoniłam.

Dlaczego?
Nie wiem, dlaczego. Wtedy nie widziałam takiej potrzeby. Musiałam się szybko pozbierać. Zostałam z dwójką małych dzieci. Dopiero po śmierci męża stwierdziłam, jak wiele rzeczy on załatwiał. Mąż znał wielu lekarzy i z tej znajomości korzystaliśmy. Opłacał rachunki. W momencie jego śmierci bank zamknął konto. Przemek prowadził samochód. Ja, pomimo, że miałam prawo jazdy, od wielu lat nie prowadziłam. Musiałam nauczyć się żyć na nowo. Nie miałam czasu na rozczulanie się. Musiałam to po prostu ogarnąć. Usiłowaliśmy przede wszystkim dowiedzieć się, co się stało. Nikt nas wtedy nie informował. Pierwszą oficjalną wiadomością był akt zgonu, który wręczono mi na lotnisku po przywiezieniu ciała. To był piątek, prawie tydzień od katastrofy. Podeszła do mnie jakaś kobieta. Poprosiła mnie na bok. Zażądała ode mnie dowodu osobistego. Zapytałam, w jakim celu? Celnik bez ceremonii oświadczył, że chciałby mi wręczyć akt zgonu.

Żałuje pani teraz, że nie skorzystała z pomocy psychologa?
Myślę, że nie. Pomogła mi wiara w Boga. Wówczas potrzebowałam innej pomocy. Choćby z pogrzebem. To nie było tak, że ktoś na przykład z urzędu do mnie zadzwonił i powiedział, że oni to załatwią. Ja musiałam zadzwonić do kancelarii Sejmu. Pracownica powiedziała mi, że ona może mi podać telefon do wojewody mazowieckiego, który sfinansuje pogrzeb i zaczęła mi dyktować pierwszy telefon, drugi, trzeci. W piątek, o godz. 18. Zwróciłam uwagę, że Urząd Wojewódzki będzie zamknięty. Skończyło się na tym, że powiedziałam jej: w taki sposób to ja z panią rozmawiać nie będę. To nie było tak, że zadzwoniła do mnie firma pogrzebowa iks, czy igrek i powiedziała – my jesteśmy tutaj wyznaczeni, wszystko załatwimy. Przez tydzień nie było informacji, kiedy przyleci ciało. Z mediów dowiedzieliśmy się, że będzie samolot do Moskwy na identyfikację ciał.

Pani nie chciała lecieć?
Uważałam, że byłam potrzebna tutaj na miejscu dzieciom. Miałam świadomość, że tam trzeba będzie spędzić kilka dni. A po drugie, że to będzie, dosyć drastyczne. Zresztą już na tym spotkaniu w Novotelu odradzano rodzinom żeby w ogóle tam leciały, co uważam, że było bardzo niewłaściwe. Wiele rodzin dało się namówić i nie poleciało. Informowano o tym, że tylko kilkanaście ciał jest w całości, że nawet nie ma czego szukać i zbierać. To była nieprawda. Już wtedy się zaczęła taka intensywna dezinformacja. Informacje przekazywane przez Kancelarię Sejmu, przez jakichś szeregowych pracowników, po kilku godzinach były dementowane w mediach.

Kancelaria Sejmu zajmowała się jeszcze 14 innymi rodzinami.
Media mówiły na początku, że będą się nami opiekować pracownicy MSZ, potem MSWiA. Po czym ktoś zadzwonił do nas z Kancelarii Sejmu. Kancelaria oferowała nam tylko podanie numeru telefonu, pomoc w wypełnieniu wniosku o rentę, czy wniosku o zapomogę - i do tego się ograniczała ich pomoc.

Kancelaria tłumaczyła, że posłowie nie są jej pracownikami, a na dodatek Sejm musiał działać i ktoś musiał obsługiwać jego pracę. Kancelaria liczyła, że to kluby bardziej się zaangażują w pożegnanie swoich posłów.
Biuro obsługi posłów, jak sama nazwa mówi, jest od obsługi posłów. Pracownicy dzwonili do nas, ale tak, jak mówię – ta pomoc skończyła się na tym, że oni podawali nam tylko numery telefonów.

Myśli pani, że rodziny tych, którzy zginęli z PO, były lepiej traktowane?
Nie wiem, jak byli traktowani. Premier wyszedł i powiedział, że oni zdali egzamin, natomiast ja musiałam sama sobie wybrać przedsiębiorstwo pogrzebowe, pojechać na Powązki, znaleźć sobie parafię, znaleźć obsługę kościelną. Nie można było ustalić ani godziny, ani terminu mszy, bo my nie wiedzieliśmy, kiedy przyleci ciało męża. Wiedziałam tyle, ile podały media.

Codziennie otwierała pani gazetę i dowiadywała czegoś o swoim mężu.
Ciągle tak jest. Nie ma żadnej, oficjalnej informacji rządowej. Mam sporządzoną taką tabelę wystąpień medialnych. Tu są wszystkie wypowiedzi premiera. Wszystkie obietnice złożone w pierwszych dniach po katastrofie. Obiecał, że będzie na bieżąco nas informować. Po czym zapomniał o swoich obietnicach. Widać, jaka była dezinformacja, jakie były sprzeczne informacje. Choćby w sprawie identyfikacji męża.

Kto go zidentyfikował?
Do Moskwy poleciał brat matki męża. Zanim zdążył tam dolecieć, media podały informacje, że ciało męża zostało zidentyfikowane. Wykonaliśmy telefon do wujka, a wujek mówi: słuchajcie, my jeszcze nie doszliśmy do prosektorium.

Skąd pani wiedziała, że złą?
W trakcie identyfikacji było opisywanie rzeczy, w które ubrany był mąż, co przy sobie posiadał. Wujek po prostu włączył telefon i pytał mnie, jaki krawat miał, itp. Ja podawałam rzeczy, które były charakterystyczne, jak np. obrączka. Z rosyjskiego złota takiego czerwonego, grawerowana w kosteczkę. Przemek miał charakterystyczną sylwetkę. Wujek znał męża od dziecka, więc wiedział, na co zwracać uwagę. Szukał szramy na nosie. Przemek mając kilka lat biegł i uderzył w szybę w drzwiach. Z tego, co wiem, ciało męża było w całości. Poza jakimiś obtłuczeniami.

Czy zwrócił się do pani ktoś z prośbą o DNA?
Sami się zgłosiliśmy po informacji na pasku. Od mamy Przemka pobrano krew. Przekazaliśmy też szczoteczkę do zębów i nożyki od golarki. Natomiast do tej pory nie wiemy, czy to badanie DNA zostało wykonane. Nie mamy dokumentów. W związku z problemami z identyfikacją, wujek powiedział: w 99 proc. jestem pewien, że to jest ciało Przemka, natomiast wcześniej ktoś stwierdził inaczej. Dlatego żądam badań DNA.

Trzy miesiące po pogrzebie zwrócono garnitur, który przekazała pani do Moskwy. Miał być w nim pochowany mąż.
Mój mąż co najmniej od 15 lat miał garnitury szyte na miarę ze względu na sylwetkę. Nie mógł kupić sobie niczego w sklepie. Jak na identyfikację leciała rodzina, to pierwszą myślą było przekazanie ubrania. Do Moskwy wysłałam garnitur, buty, wszystko. Pracownik konsulatu odebrał ten garnitur w trakcie, gdy rodzina identyfikowała zwłoki. Następnego dnia wujek jeszcze zapytał panią konsul, czy ten garnitur na pewno został dostarczony. Powiedzieli, że tak. I w takim stanie świadomości żyliśmy. Choć nie ukrywam, że jak wróciła rodzina, to zapytałam, czy byli przy ubieraniu ciała. Okazało się, że nie. No i moja taka pierwsza refleksja była: czy na pewno ubiorą ciało.

A jak się okaże, że tam w trumnie nie leży pani mąż?
Tego nie zakładam. Ja mam pewność, że zidentyfikowano właściwe ciało. Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego prokuratura nie pozwoliła otworzyć trumien. Prokuratura nie miała dokumentów potwierdzających wykonanie sekcji zwłok. Dopuszczenie do pochówku w takiej sytuacji jest według mnie niedopuszczalne.

A czego się pani spodziewa po tej sekcji?
Przede wszystkim chciałabym, żeby jakiś wiarygodny instytut zrobił to w sposób profesjonalny. Żeby zostały wykonane badania toksykologiczne i zrobiona porządna sekcja zwłok. To jest kompetencja prokuratury, która czeka, nie wiem na co, bo upływ czasu powoduje rozkład ciała.

Pani poszła do prokuratury zobaczyć zdjęcia męża, prawda?
Odbyłam ścieżkę zdrowia. Z pytaniem o zwrot garnituru zwróciłam się do kancelarii Sejmu. Kancelaria mi podała numer telefonu do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, do dyrektora, który się podał do dymisji. On mi na to: ja tam nie byłem na miejscu. Powiedziałam, że może dziennikarze mi pomogą. Zadzwoniła zatem dziennikarka z PAP z tym samym pytaniem. Na koniec dnia ta pani do mnie dzwoni i mówi: tak nieoficjalnie, poinformowali nas, żeby zastanowić się, czy my tą sprawą się zajmiemy, bo to taka delikatna sytuacja, że dostarczono dwa garnitury. Nie ma takiej opcji, że były dwa garnitury. Mój mąż miał pięć szytych na miarę garniturów. Do Moskwy pojechał jeden. Poprosiłam o wyjaśnienia na piśmie, poinformowano mnie, że w takim razie muszę napisać pismo do premiera. Sprawy nie wyjaśniono do tej pory.

Prokuratura mówi: nie będzie ekshumacji, bo przepisy zabraniają.
Nie, prokuratura już tak nie mówi. Mam wrażenie, że prokuratura się ucieszyła, że ktoś ją wyręcza.

Kiedy pani pomyślała, że jest oszukiwana?
Jak zobaczyłam ściskającego się premiera rządu polskiego z Putinem. A później argumentację o zaufaniu do Rosji, sztuczne narzucanie przyjaźni na komendę. Kiedy usłyszałam o tym, jak był potraktowany prezes Jarosław Kaczyński, to szybko do nas dotarło. Bardzo szybko doszły do mnie relacje pracowników kancelarii prezydenta, jak ich traktowano. Jak ich wstrzymywano, jak im nie pozwalano wylatywać ze Smoleńska. Urzędy były przejmowane błyskawicznie, tak jakby panowie byli przygotowani na to. Wstręt i obrzydzenie wzbudzały we mnie takie sztuczne gesty, ja po prostu w tej rozpaczy siedziałam i przyglądałam się twarzom pana Komorowskiego i pana Tuska i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że dużą trudność sprawia im ukrycie satysfakcji. Mówili o łzach, których nie było widać w ich oczach.

Widziałem łzy w oczach Tuska.
Ja nie. Na Okęciu, gdzie była taka możliwość, ani na przykład na Placu Piłsudskiego Tusk i Komorowski nie podeszli, nie złożyli nam kondolencji. Nawet do trumien nie podeszli. Staliśmy na wietrze. Trzęśliśmy się z zimna i musieliśmy wysłuchiwać tych, w mojej ocenie, bardzo nieszczerych przemówień. Zresztą telewizja Trwam pokazała ostatnio taki urywek z kulisów tej uroczystości. Stoi pan Komorowski z Tuskiem i się śmieją na całą twarz. Nagle słyszą komendę, jest baczność i idą przemawiać.

To, że Komorowski nie płakał nie znaczy, że nie współczuł.
Powiedział, że polityka nie kieruje się współczuciem. W pierwszych dniach obiecano, że to będzie wspólne śledztwo. Potem okazało się, że nie ma śledztwa wspólnego, jest śledztwo rosyjskie i jest śledztwo polskie. Tak naprawdę polska prokuratura znajduje się w roli petenta. Jeżeli Rosjanie im coś wrzucą, to tyle dostaną. Znalazłam takie hasło w Internecie, które mówiło – „my, czyli Rosjanie, będziemy tak prowadzić śledztwo, żeby nic nie wyjaśnić, a wy nam w tym nie przeszkadzajcie”. I w mojej opinii to tak mniej więcej się odbywa.

A pani zdaniem jaka była przyczyna tej katastrofy?
Trudno mi uwierzyć w to, że to był nieszczęśliwy wypadek losowy. Zaczęło się od tego, że władze polskie wykazały się ogromnym niechlujstwem, złośliwością wręcz przy przygotowaniu tej wizyty. Rozdzielenie terminów wizyty premiera i prezydenta nie było przypadkowe. To, co się działo u nas przed katastrofą było jedną z bardzo istotnych przyczyn. Członkowie rządu, którzy powinni dbać o bezpieczeństwo głowy państwa, jawnie kpili i okazywali brak szacunku, przykład szedł z góry.

A te teorie, że nad lotniskiem została specjalnie rozproszona mgła, wierzy pani w to?
Do tej pory nie ma zeznań i żadnej rejestracji nagrań rosyjskiego Iła. Pytanie, co robił tam Ił, który rzekomo latał nad tym lotniskiem? To, co wzbudza moje podejrzenia to, po pierwsze, że nie ma wiarygodnej, oficjalnej informacji, tak jak obiecał premier. Wprowadza się dezinformację. Przez miesiąc ustalano godzinę katastrofy, która miała miejsce w biały dzień, w środku Europy. Szokowało, że była już od razu gotowa przyczyna - błąd pilota. Co, jak relacjonuje pan Jarosław Kaczyński, stwierdził na dzień dobry minister Sikorski. Te wyssane z palca sugestie, że pilot ileś razy krążył nad lotniskiem. Nieprawdziwe informacje o niekompetencji pilotów, o nieznajomości języka. Mnie poraża, że już na dzień dobry była przygotowana wersja.

Myśli pani, że kręgi rządzące posunęły się do tego, żeby zabić prezydenta?
Nie wiem, czy i kto się mógł do tego posunąć, ale ja tego nie wykluczam. To, co widziałam w pierwszych dniach, to jakby ukrywaną satysfakcję z tego, co się stało i bardzo sprawne obsadzanie wszystkich, ale to wszystkich stanowisk.  Wypowiedzi, że polityka nie kieruje się współczuciem. Nagle otrzymaliśmy wielką pulę, obsadziliśmy w pośpiechu.

Przecież Platforma po katastrofie obsadziła tylko dwa stanowiska.
Wszystkie. Proszę przeczytać wywiad z ministrem Sasinem i zobaczyć, jak się to odbywało. Natychmiastowe wejście do Kancelarii Prezydenta, przejęcie obowiązków, w zasadzie bez udokumentowania śmierci Prezydenta, w oparciu o jakiś rzekomy telefon prezydenta Rosji. Czy to normalne? W jakim celu wchodzono do pokoi sejmowych posłów? Po czym usiłowano ukryć ten fakt, no ale ktoś się wypowiedział.

Ci ludzie mieli dostęp do największych tajemnic państwa. To chyba naturalne, że chciano sprawdzić, czy jakieś materiały nie trafią w niepożądane ręce.
W prywatnych pokojach sejmowych posłów, tych zajmujących się „wrażliwymi” sprawami? Podano oficjalnie, że oni tam po DNA poszli, mogli poprosić rodziny.

To DNA było przecież potrzebne.
Minęły trzy miesiące od tragedii, a strona rosyjska nie przekazała dokumentacji medycznej, ani badań DNA, ani sekcji zwłok. Premier Tusk popełnił niewybaczalny błąd, mówiąc, że on nie ma powodów, żeby nie ufać Rosji. No, kto jak kto, ale premier rządu polskiego, wspierany przez swoje służby powinien mieć świadomość realiów rosyjskich i tego, w jaki sposób władze Federacji Rosyjskiej nas traktowały, traktują i prawdopodobnie będą traktować. Ten samolot nie miał prawa spaść. To są już takie samoloty, które spadać nie powinny, na świecie nie spadają samoloty przewożące prezydentów. To rząd polski powinien zapewnić bezpieczeństwo głowy państwa.   

Myśli pani, że Rosjanie by sobie pozwolili na coś takiego?
Nie wiem, na co by sobie Rosjanie pozwolili. Uważam, że jeżeli nie mieliby nic do ukrycia, to w ich interesie było poproszenie ekspertów międzynarodowych. A tam od początku było ściganie dziennikarzy z kamerami. Przecież polski dziennikarz Wiśniewski udzielał wywiadu, jak usiłowano mu odebrać kamerę. Był tam też bardzo tajemniczy człowiek, który w języku polskim i rosyjskim się wypowiadał i do funkcjonariuszy rosyjskich mówił, że oni powinni zabrać mu kamerę i go aresztować. Kto to był? Nawet w przekazaniu prostych dokumentów jest problem. Bodajże 11 kwietnia było dokonane otwarcie czarnych skrzynek. Dlaczego na dzień dobry, na bieżąco, nie wykonano kopii dla strony polskiej? Dlaczego Klich sugerował od razu winę pilotów? Rozmawiałam z wieloma osobami, które znały tych pilotów. Chwalili ich. Straciłam męża w tej katastrofie i nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby oskarżać o to pilota.

Nie mając żadnych dowodów, oskarża pani Tuska.
Pan premier Tusk argumentował, że żądanie przejęcia śledztwa mogłoby pogorszyć stosunki polsko-rosyjskie, to w ogóle w głowie się nie mieści. W obliczu śmierci stu osób, przykrywanie tego pojednaniem. Teraz kiedy strona rosyjska nie przekazała istotnych dokumentów, wraku i oryginałów skrzynek, premier milczy. Zamiast obiecanych informacji o przyczynach katastrofy, wściekłe ataki Palikota. Ci ludzie nie mają szacunku nawet dla zmarłych, to jest barbarzyństwo.

Nie boi się pani, że ktoś może pomyśleć, że pani snuje jakieś spiskowe teorie?
Ja nie snuję, ja tylko mówię o swoich obserwacjach. Wiele rodzin boi się mówić. Wiele rodzin nie wypowiada się nie dlatego, że nie chcą poznać prawdy, tylko że boją się, najzwyczajniej w świecie boją się. Zarówno my, jako rodziny, jak również społeczeństwo ma święte prawo usłyszeć i dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło. Spadł samolot polski i chyba rząd polski odpowiada chociażby za jego stan techniczny, który zgodnie z doniesieniami w mediach, mógł budzić wiele wątpliwości.

Poprzedni, PiS-owski rząd również odpowiada za stan techniczny tego i innych samolotów rządowych.
Odpowiadał wtedy, kiedy rządził, a było to kilka lat wstecz. Argument, że w 2007 roku ś.p. pan minister Szczygło nie podjął decyzji, jest żenujący. To świadczy o tym, że rządzą nami ludzie niekompetentni i nieodpowiedzialni.

Ważną decyzję. Przestał szkolić pilotów na symulatorze, gdzie ćwiczy się właśnie sytuacje ekstremalne.
Czysta manipulacja, że przestał szkolić, że unieważnił przetarg. Ten rząd rządzi już kilka lat i nie ma żadnego, ale to żadnego usprawiedliwienia na to, że nie zakupił samolotów. Jeżeli poprzednicy tego nie zrobili, to było ich ryzyko. Natomiast samolot spadł w czasie, kiedy ktoś określony rządzi i to rządzi od dłuższego czasu.

Ale oni też tym samolotem latali. Są samobójcami?
Ale to jest ich ryzyko. Jak długo można mówić, że to jest wina poprzedników? Oni nie podjęli decyzji, ryzykowali i powinni ponieść konsekwencje, jeżeli okaże się, że ten samolot rozbił się z przyczyn na przykład technicznych. Póki co, jeszcze nikomu włos z głowy nie spadł. W ogóle nie mówi się o odpowiedzialności rządzących. Jest bardzo usilna próba przejścia do porządku dziennego. Pierwsze trzy miesiące to było bardzo skuteczne hasło, że teraz to jest kampania wyborcza i w ogóle mówienie o tym, no to jest polityka. Przedwczoraj usłyszałam, że teraz to już jest agresja, ponieważ zbliżają się wybory samorządowe, więc moje pytanie jest, czy i kiedy będzie ten czas na wyjaśnienie sprawy? Jak długo, zamiast wyjaśnień, przedstawiciele władzy będą obrażać ofiary tej katastrofy i ich rodziny. Jak długo, zamiast odpowiedzi na pytania o przyczyny katastrofy władza będzie odpowiadać agresywnym językiem Palikota?

To jest sposób na to, żeby zamknąć pani usta?
Mnie nie sposób zamknąć ust w taki sposób, ale zamknięto w taki sposób usta wielu politykom i posłom, i to bardzo skutecznie. Pan prezes Jarosław Kaczyński, który postanowił nie zabierać głosu w kampanii. Milczenie prezesa to była decyzja zrozumiała. Natomiast w tym czasie inni mieli prawo domagać się prawdy. Ja, na miarę moich możliwości, mówiłam o tym, że uważam te trzy miesiące za czas stracony. Te trzy miesiące nie przybliżyły nas do prawdy. Pojawiło się wiele hipotez i myślę, że jest to rządowi na rękę, że pojawia się 20 różnych wersji. Czasami, tak jak pan powiedział, to są wersje zupełnie wydumane, celowo, bądź niecelowo.

Ale prace prokuratury trwały i trwają. Prokuratura właśnie poinformowała, że Rosjanie przekazali im 20 tomów akt, ponad tysiąc stron. To wszystko trzeba przetłumaczyć.
Tylko nie mają tych kluczowych dokumentów. Nie mają oryginałów czarnych skrzynek, nie mają wraku samolotu, który leży pod chmurką i nie wiadomo co dalej. Zostały złożone wnioski o zwrot i chyba tylko możemy modlić się o dobrą  wolę Federacji Rosyjskiej, bo brak jest jakichkolwiek reakcji rządu polskiego.

Co dalej?
Działa grupa, która zawiązała stowarzyszenie. Wspierają też inni, ludzie zaczynają się jednoczyć np. w obronie krzyża. Będziemy do skutku żądać wyjaśnienia przyczyn śmierci bliskich, to jest nasz obowiązek. Wystąpiliśmy z żądaniem zwrotu wraku samolotu. Zbieramy podpisy pod apelem ogłoszonym na Jasnej Górze. Taką bardzo odważną, zdeterminowaną osobą w stowarzyszeniu jest żona wiceministra kultury, pani Merta. Ona, jako pracownik IPN, mówi, że to śledztwo przypomina jej śledztwa prowadzone przed 1989 r. To, co dla mnie jest dowodem na to, że nasza prokuratura ma bardzo świeżą niezależność, jest odrzucenie wniosku pana mecenasa Hambury o przesłuchanie premiera i marszałka Komorowskiego. My, rodziny, które niewiele wiedzą w sprawie, jesteśmy przesłuchiwani. Choć nasze zeznania nie wnoszą nic do tego śledztwa. Natomiast zeznań nie złożyli ci, którzy de facto odpowiadają za organizację wizyty i zapewnienie bezpieczeństwa głowy państwa.

Polityka 30.2010 (2766) z dnia 24.07.2010; s. ${issuePage}
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną