Dlaczego dajemy się oszukiwać politykom?

Gra w ciemnego luda
Manipulowanie „ciemnym ludem” osiągnęło w polskiej polityce szczyty szczerości. Jawnie ogłasza się ludowi, że będzie się go robiło na ciemno oraz w jaki dokładnie sposób. I co najbardziej zaskakujące, lud to wciąż kupuje.
Grzegorz Napieralski prezentuje swe hasło wyborcze w kampanii prezydenckiej
Witold Rozbicki/Reporter

Grzegorz Napieralski prezentuje swe hasło wyborcze w kampanii prezydenckiej

Ostatnie spory wewnątrzpartyjne nie dotyczą programów, ideowych przesunięć i pryncypiów, ale tylko wizerunku, który stał się lejtmotywem polskiej polityki. Z oświadczenia Marka Migalskiego, ogłoszonego po świeżym wyrzuceniu go z delegacji PiS do europarlamentu, wynika, że wyznaje on w pełni ideologię tej partii. W jego słynnym liście chodziło zatem tylko o złagodzenie, ocieplenie wizerunku prezesa partii, powrót do wystudiowanej tonacji z kampanii wyborczej w celu pokonania znienawidzonej Platformy.

Podobny ton słychać u tych, którzy w jakiejś mierze Migalskiego poparli, Poncyljusza, Kluzik-Rostkowskiej, Jakubiak. Politycy PiS, krytykujący „malkontentów”, mają sporo racji: nie wpuszcza się wyziewów z kuchni do salonu. Gdyby europoseł chciał rozpocząć dyskusję o przełomowej zmianie politycznej partii, byłby jakoś usprawiedliwiony. Ale on publicznie zaczął rozważać, jak skuteczniej zrobić w konia wyborców.

Ale i w Platformie można spotkać ten ton. Kiedy Janusz Palikot nawołuje ją do większej wyrazistości, na przykład w kwestii Kościoła, to też można to odczytać jako wizerunkową, marketingową zagrywkę (coś jak danie wyrazu wyrazistości). Inna poseł tej partii, Iwona Śledzińska-Katarasińska, ubolewa nad tym, że Platforma zrobiła skok na media i że to źle w oczach opinii publicznej wygląda, a w dodatku i tak rządzi w nich SLD. Poseł Tomczykiewicz, szef klubu Platformy, powtarza za premierem, że jego partia będzie robiła reformy małymi krokami, żeby nie zrazić ludu wyborczego i nie stracić władzy. Nawet żywe w ostatnich dniach rozważania o ewentualnym przejściu dysydentów z PiS do Platformy są ujmowane w kategoriach czysto marketingowych: ile kto może przynieść ze sobą procent poparcia? Także rozwiązanie pomorskich struktur PiS przez prezesa partii zaczęto od razu komentować tylko z jednego punktu widzenia: jakie to zrobi wrażenie przed wyborami samorządowymi. I tak co dzień.

Moda na ostentację

Politycy rozprawiają przy otwartej kurtynie, mówiąc, jak zamierzają manipulować wyborcami. Z takiego autodemaskowania znany jest od dawna jeden ze spin doktorów PiS Adam Bielan, który często w mediach lubi szczegółowo opisywać, jakie chwyty marketingowe wkrótce będzie stosować jego partia. Spornym przedmiotem marketingu stała się nawet katastrofa smoleńska: czy powinna była znaleźć się w kampanii, czy dobrze, że się nie znalazła. Z ostatniego listu prezesa do członków PiS wynika, że Kaczyński nieeksponowanie wątku katastrofy przed wyborami uważa dzisiaj za błąd. Można to zrozumieć dwojako: że pominięcie tej sprawy było niesłuszne moralnie, ale też, że używanie katastrofy dałoby więcej procent poparcia, jak przekonuje „frakcja talibów”.

Wizerunkowa ostentacja to jakaś nowa moda. Grzegorz Napieralski przed wyborami rozdawał jabłka robotnikom. – Bo polityk w oczach wyborców przede wszystkim musi się starać. Napieralski po prostu mówił: będę przez 2–3 dni wstawał o 5 rano i dawał jabłka, aby pokazać wam, jak bardzo mi na was zależy – mówi Jarosław Flis, socjolog zajmujący się mechanizmami władzy. – To wbrew pozorom jest sensowne. Teraz Napieralski i inni politycy SLD nie robią tajemnicy z faktu, że antyklerykalizm ma im napędzić nowych wyborców. Jakby mówili: uwaga, aktualnie będziemy wyraźnie walczyć z Kościołem (choć przez 20 lat nasza formacja faktycznie popierała rewindykacje Kościoła), bo chcemy się odróżnić od Platformy i robimy na tę okoliczność nowy zaciąg w elektoracie.

W psychologii społecznej znana jest teza głosząca, że jeśli jakiś chwyt propagandowy zostanie zdemaskowany i rozłożony na czynniki pierwsze, traci swój potencjał wpływania na odbiorców. Ale istnieje też i sprawdza się inna hipoteza: że mimo ignorowania zabiegów marketingowców i świadomości ich istnienia, w jakimś stopniu ulegamy ich perswazji i, na przykład, deklarując ogólną niechęć do reklam, dziwnym trafem (półświadomie) kupujemy akurat te towary, które są właśnie promowane. I politycy o tym wiedzą.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną