Michałowski Jacek

Minister od krzyża
Jego nazwisko wszyscy wiążą z krzyżem z Krakowskiego Przedmieścia. Jacek Michałowski, szef Kancelarii Prezydenta RP, został obsadzony w roli chłopca do bicia. Mówi, że przyjął ją świadomie.
Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski
Robert Kowalewski/Agencja Gazeta

Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski

Prezydenckim ministrem mianowano go w trudnym czasie. Żałoba narodowa, tłumy przed pałacem, krzyż. Wobec wyzwań stanął samotnie, bo jego szef najpierw prowadził kampanię wyborczą, a potem znikł ze sceny aż do momentu oficjalnego powołania na urząd prezydencki.

W tym czasie Michałowski, dotychczas cichy urzędnik z zaplecza, musiał wędrować przez prawdziwe pole minowe, każda podjęta przez niego decyzja groziła wybuchem. Zarzucano mu, że próbował ukraść krzyż i że ukradkiem, niegodnie, na jego polecenie powieszono tablicę pamiątkową. Sam występował na konferencjach prasowych, tłumaczył się ze wszystkiego, co zrobił i czego nie zrobił. Nadstawiał głowy za prezydenta. Kiedy wreszcie krzyż przeniesiono do kaplicy w pałacu, bał się, że tłum z Krakowskiego ruszy na kancelarię krzycząc: „Oddajcie krzyż”. Co by wtedy zrobił? Każdy, kto go zna, jest pewien: decyzji by nie zmienił. – Oskarżano mnie, że jestem niemoralny (bo objął stery w kancelarii, kiedy dymy w Smoleńsku jeszcze nie opadły), że jestem nieudolny (bo nie przeniósł krzyża 3 sierpnia) – mówi. – A na imprezie rodzinnej jeden z zapalczywych kuzynów nazwał mnie żydowskim pomiotem.

Dziennikarze też wyczuli łatwy cel. Oceniali: nie nadaje się, pyszałek, samozwaniec. Pytano, skąd się wziął i dlaczego to właśnie on stanął na czele tak ważnego urzędu? Odpowiedź była prosta: o przejęcie obowiązków szefa kancelarii poprosił go osobiście, zaraz po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, marszałek Sejmu i zarazem p.o. prezydenta Bronisław Komorowski.

Znali się od lat. Komorowski cenił urzędnicze umiejętności Michałowskiego. Pamiętał, jak sprawnie w 1989 r. zorganizował kancelarię Senatu. Założył tam Biuro Studiów i Analiz, sam nim kierował – ściągał pomocne senatorom materiały z całej Europy Zachodniej, dawał im wskazówki, czym powinien zajmować się Senat i jak ma pracować. Kiedy w 1997 r. premierem został Jerzy Buzek, niebawem powołał Michałowskiego na dyrektora generalnego swojej kancelarii. Już wtedy uznano jego urzędniczy talent i umiejętności organizatorskie.

Psycholog ze Żmudzi

Pracował w cieniu, za kotarą wielkiej polityki, ale był niezbędnym trybem, dzięki któremu maszyneria rządowa działała bez większych awarii. – Nie zdziwiła mnie jego ostatnia nominacja – mówi kolega od czasów szkolnych Rafał Zakrzewski, redaktor w „Gazecie Wyborczej”. – To nie był człowiek znikąd, nie spadł jak meteoryt. Chociaż rzucono go na front krzyżowy, wciąż pozostawał sobą, naturalny, skromny, nie pchał się na afisz.

Jeden z tabloidów doniósł, że prezydencki minister tonie w długach, bo spłaca kredyt na mieszkanie dla córki, a sam nie ma domu, ba, nawet mieszkania na własność nie posiada. Posada w pałacu podratuje go finansowo, pewnie dlatego został szefem kancelarii. Michałowski nawet się nie denerwuje: – Tacy dociekliwi, a nie sprawdzili, że w poprzednim miejscu pracy zarabiałem znacznie więcej niż dzisiaj.

Od 2000 r. pracował jako dyrektor programowy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności (wspierającej procesy transformacji w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej). Oceniał projekty składane przez organizacje pozarządowe, podejmował decyzje dotyczące wielomilionowych dotacji. Do fundacji ściągnął go jej prezes Jerzy Koźmiński, były współpracownik wicepremiera Leszka Balcerowicza, później ambasador w USA. Znał go, miał do niego pełne zaufanie.

Z wykształcenia jest psychologiem, żona lekarzem psychiatrą. – To dobre połączenie – ocenia. Syn Jakub pracuje jako asystent ministra Michała Boniego, córka Antonina – w Ośrodku Studiów Wschodnich. Warszawska rodzina z korzeniami na Żmudzi. Pradziadek Jacka, Antoni Michałowski, lekarz, uczestniczył w powstaniu styczniowym, potem osiadł w Żelechowie (woj. mazowieckie). Stworzył tam straż pożarną, kółko rolnicze, towarzystwo ubezpieczeniowe i teatr amatorski. Jedna z żelechowskich ulic nosi jego imię. Dziadek był już warszawiakiem, zapalonym harcerzem, z zawodu chemikiem i muzykiem. Podczas okupacji produkował dla AK tzw. sidolówki (granaty ręczne), walczył w powstaniu.

Babcia była polonistką, przez prawie 50 lat uczyła w warszawskim liceum im. Żmichowskiej. Jego ojciec, Marian, podczas okupacji działał w Szarych Szeregach (ps. Jacek). Z wykształcenia grafik, po wojnie był kierownikiem zespołu plastycznego w Domu Wojska Polskiego. – Dzięki jego pomocy i znajomościom w wojsku udało mi się wyreklamować od poboru – wyznaje Michałowski. Później, kiedy Jacek zaplątał się w działalność opozycyjną, ojciec miał z tego tytułu problemy. Uznano, że rodzina Michałowskich to element niepewny, i zwolniono go z pracy.

Wojsko zagroziło Jackowi, kiedy oblał egzamin na psychologię. Wcześniej chciał zostać aktorem, ale nie dostał się do szkoły teatralnej. Za drugim podejściem zdobył indeks Wydziału Psychologicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Był 1975 r., miał wtedy 20 lat. Już za rok doszło do buntu robotników Radomia i Ursusa, a on sam – jak nakazywała rodzinna tradycja – znalazł się w centrum wydarzeń.

Brody, swetry i sztruksowe spodnie

Działał w Komitecie Obrony Robotników. Trafił tam z kilkoma kolegami ze szkolnej paczki, między innymi z Łukaszem Kądzielą. – Był w grupie studentów, nazywaliśmy ich młodym narybkiem w KOR – wspomina Henryk Wujec, wówczas czołowy działacz opozycji. – Spokojny chłopak, jednocześnie odważny i rozważny.

Michałowski sądzi, że droga do KOR była naturalną konsekwencją życiowych wyborów, jakich dokonał już wcześniej. Jeszcze w liceum zaczął się udzielać w Klubie Inteligencji Katolickiej, wówczas organizacji ledwo tolerowanej przez władze, postrzeganej jako zbyt niezależna. – Nikt z mojej rodziny do KIK nie należał, poszedłem tam trochę przypadkiem, z kolegami z liceum. Pamiętam, że zapisywał mnie Wojciech Arkuszewski.

Do nazwy Klub Inteligencji Katolickiej już wtedy miał zastrzeżenia. Zamiast łączyć, dzieliła. – Wprowadzała podział na inteligentów i nieinteligentów, na katolickich i niekatolickich.

Swoich poglądów nie krył. – To był zawsze facet dojrzały. Twardy charakter, ale nie typu macho – ocenia Grzegorz Lindenberg, socjolog i dziennikarz, kolega Michałowskiego od dzieciństwa. Rówieśnicy, poznali się w przedszkolu, chodzili do jednej klasy w liceum im. Żmichowskiej. – W mieszkaniu swojej babci organizował wieczorki kulturalne, czytywaliśmy własne wiersze. Jacek chyba wierszy nie pisał. Tam pierwszy raz usłyszałem, jak śpiewa Jacek Karczmarski.

To się nazywało Spotkania Czwartkowe, Larry (Grzegorz Lindenberg) się myli. Pisywałem wtedy wiersze, niektóre do dzisiaj pamiętam. Nosiliśmy brody, czarne swetry, spodnie sztruksowe, taki styl kontestatorów – opowiada Michałowski.

Pamięta też, kto ze szkolnych przyjaciół zachodził regularnie. Między innymi Marek Kunicki-Goldfinger (dzisiaj historyk), Basia Hollender (dziennikarka „Rzeczpospolitej”), Boguś Luft (był dziennikarzem, dzisiaj jest ambasadorem w Mołdawii).

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną