Polska obok

Myśli listopadowe
Dlaczego szykujemy się do święta 11 listopada w nastrojach niezbyt patriotycznych?

Przynajmniej ci z nas czują się w to święto nieswojo , którzy zgodzą się z profesorem Łagowskim, że w Polsce treścią patriotyzmu jest kult patriotyzmu i tyle. Albo z innym profesorem, politologiem Radosławem Markowskim, który z obecnego głębokiego pęknięcia w społeczeństwie, wyciąga wniosek, że może by nie szukać już za wszelką cenę zgody tam, gdzie każdy, kto chce widzieć, widzi, iż jest ona niemożliwa.

Markowski rozwija wizję Polski podzielonej nieterytorialnie na włości pisowskie i platformiane lub bardziej generalnie na Polskę oświeceniowo-świecką i katolicko-narodową. Ten niby żart znanego politologa analizuje w najnowszej Polityce Jacek Żakowski.

Ale nie ma zmiłuj. Jakby na dowód tego dyskusyjnego przecież opisu naszej publicznej kondycji, Markowskiego jeden z bojowników prawicy nazywa "Palikotem polskiej politologii". Tak mamy.

Ktoś powie: e, tam. Wyjdźcie z swoich nisz panowie, Polska nie kończy się na sporach w Warszawie. Spierają się elity, a szersze rzesze żyją swoim życiem z dala od nich. Tam ani PiS ani PO nie są miarą wszystkiego, nie rozpalają takich emocji, jak zdaje się mediom i politykom. Przeciwnie, ta milcząca Polska ma w nosie wojnę polsko-polską, chodzi wokół swoich spraw codziennych i często właśnie ona popycha wózek przemian skuteczniej niż rząd, Kościół i opozycja.

Może to i prawda, ale czy na pewno? Mnie się ostatnio nie raz zdarzyło być świadkiem sytuacji jakby przekalkowanych do Polski 2010 z rysunków Mleczki z czasów pierwszej Solidarności. Jak to było? Tata działa w PZPR, mama w Solidarności, a dzieci się jąkają. Teraz to powinno brzmieć tak: tata działa w PiS, mama w Platformie, a dzieci robią sobie dzikie żarty w Internecie albo zwołują się przez Facebook na manifę.

11 listopada pokaże, czy coś tu drgnęło. Na razie policja zapowiada, że nie dopuści do zamieszek w Święto Niepodległości. Szykują się marsze prawicy i kontrakcja nie-prawicy. Prezydentowi marzy się pokaz "radosnej dumy" z niepodległości, wolności i demokracji, a może mieć pokaz nienawiści. Biało-czerwonymi kotylionami tego się, niestety, nie zasłoni. Pomysł jest niezły, ale nieco teatralny, a polityka polska, choć pełna teatru, kiepskiego teatru, na gestach nie może się kończyć.

Byłoby pięknie, gdyby Polska obywatelska, zainteresowana sprawami publicznymi, umiała się zdobyć na rozejmy w pewnych symbolicznych momentach, takich jak 11 listopada. Ale z tym w Polsce zawsze był kłopot i nie ma widoków na poprawę.

Święto 11 listopada wprowadzono niedługo przed upadkiem II RP. Nie zdążyło się zakorzenić w sercach Polaków, wtedy też do trzewi podzielonych na obóz piłsudczykowsko-sanacyjny i prący do władzy obóz endecko-faszyzujący. Potem przyszła wojna, potem komunizm, który Święto Niepodległości zdelegalizował. Polacy mieli teraz świętować 1 maja i 22 lipca. Tylko nieliczni opozycjoniści starali się pamiętać i publicznie obchodzić 11 listopada, za co często spadały na nich areszty i szykany.

Warto o tej krótkiej historii 11 listopada przypomnieć dlatego, żeby wypracować bardziej skuteczną formę jego popularyzacji tak, by w III RP zaczęło się wreszcie zakorzeniać. Parady wojskowe, kotyliony, ordery, msze nie wystarczą.

Ale może nie muszą? Może rzeczywiście należy się nauczyć żyć z tym, że nie wszyscy muszą się czuć patriotami według wykładni partyjnej czy kościelnej, ale po prostu własnej, tak, jak ich nauczono w domu lub jak się sami nauczyli. A nawet z tym, że są tacy, którzy nie są i nie chcą być dziś w nastroju patriotycznym.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj