Trzy spotkania, które zmieniły III RP

Trzy kamyki
Buzek i Kuczyński, Geremek i Tusk, Rywin i Michnik. To oni – w naszej subiektywnej historii mijającej dekady – w dużej mierze zdecydowali o tym, co dzisiaj dzieje się w kraju. Co i kto określi trzecią dekadę III RP?
Kamyk 1, czyli przypadkowi ojcowie PiS
Stefan Maszewski/REPORTER, Kuba Kamiński/FOTORZEPA

Kamyk 1, czyli przypadkowi ojcowie PiS

Kamyk 2, czyli Platforma na ruinach Unii
Leszek Zych, Wojciech Druszcz/Polityka

Kamyk 2, czyli Platforma na ruinach Unii

Kamyk 3, czyli utracona reputacja III RP
Wojciech Druszcz, Sławomik Kaminski/Agencja Gazeta

Kamyk 3, czyli utracona reputacja III RP

Pierwszy kamyk: Kuczyński wymyśla Kaczyńskiego

W czerwcu 2000 r. doszło do rozpadu koalicji AWS i Unii Wolności, która wycofała z rządu swoich ministrów, w tym minister sprawiedliwości Hannę Suchocką. Niemniej unici po cichu wspomagali premiera Jerzego Buzka w szukaniu nowych szefów resortów. Waldemar Kuczyński, dawny doradca Tadeusza Mazowieckiego, należał do tych, którzy zdecydowanie opowiadali się za nominacją Lecha Kaczyńskiego na ministra sprawiedliwości – jego rola w tym lobbingu była wręcz najistotniejsza. I tak się stało. Kuczyńskiemu zdawało się, że jest to kandydat dobry na trudne czasy, twardy i sprawiedliwy, sprawdzony jako prezes NIK, a mniej swarliwy i bardziej koncyliacyjny niż jego brat.

Po latach Waldemar Kuczyński, od dawna chyba najbardziej dokuczliwy i bezkompromisowy krytyk rządów braci Kaczyńskich, z pewnym zakłopotaniem drapie się w głowę. Któż wiedział, kto by przypuszczał? Któż wiedział, że ta decyzja otworzy drogę powrotu do polityki Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Lech Kaczyński, szybko wypromowany na wielkiego szeryfa i pogromcę przestępców (zwłaszcza że rząd Buzka był oskarżany o tolerowanie nepotyzmu i korupcji) za rok stanie na czele nowo utworzonego Prawa i Sprawiedliwości, za pięć lat zostanie prezydentem i złoży meldunek z wykonania zadania swojemu bratu. Bez ministrowania w resorcie sprawiedliwości nie powstałoby PiS, skoncentrowane wtedy na kwestiach egzekucji prawa. Może dlatego Kuczyński tak wytrwale stara się odkupić tamtą swoją „winę”.

Drugi kamyk: Geremek wypycha Tuska

W grudniu 2000 r. w Unii Wolności doszło do wyboru nowego przewodniczącego. Na miejsce ustępującego Leszka Balcerowicza, który został prezesem NBP, do walki o następstwo stanęli Bronisław Geremek, wywodzący się ze starego trzonu partii, i Donald Tusk, kiedyś jeden z założycieli Kongresu Liberalno-Demokratycznego, partii w 1994 r. włączonej do Unii. Wygrał Geremek – mimo że trwały zabiegi, aby w ogóle nie startował i ustąpił młodszemu. Tusk, trochę obrażony i na pewno bardzo zawiedziony, już w styczniu następnego roku założył wraz z Andrzejem Olechowskim i Maciejem Płażyńskim Platformę Obywatelską.

I ta zaczęła płynąć na nowych falach historii, gdy UW powoli tonęła. Gdyby Geremek wypuścił Tuska do funkcji szefa partii, Platforma by nie powstała, a Tusk mógłby wylecieć wraz z Unią Wolności z wielkiej polityki, podobnie jak kilku innych działaczy tej partii, których dzisiaj można zobaczyć co najwyżej w roli doradców prezydenta Komorowskiego. Gdyby zaś Platforma nie powstała, teraz moglibyśmy mieć dominujący PiS i karłowaty SLD, a IV RP kwitłaby w najlepsze. Chyba żeby Tusk rozruszał chylącą się wówczas ku upadkowi Unię Wolności, ale to mało prawdopodobne. Bronisław Geremek jest zatem czwartym ojcem założycielem Platformy, i to całkiem ważnym.

Inna sprawa, że jakoś tak się złożyło, że w III RP partie powstawały parami. W 1990 r. Bujak i Frasyniuk założyli ROAD, protoplastę Unii Demokratycznej, potem Wolności, a bracia Kaczyńscy powołali Porozumienie Centrum, próbę generalną przed PiS. Teraz, u progu trzeciej dekady, powstała Polska Jest Najważniejsza oraz Ruch Palikota. Analogie dla nowych tworów są budujące, ale czy ciężar nowych inicjatyw dorównuje poprzednikom? Co prawda także PiS i Platforma miały początkowo bardzo umiarkowane wyniki w sondażach i w wyborach w 2001 r. Sytuacja zmieniła się radykalnie, kiedy ruszył trzeci kamyk lawiny.

Trzeci kamyk: przychodzi Rywin do Michnika

W lipcu 2002 r. Lew Rywin w rozmowie z Adamem Michnikiem, powołując się na premiera Leszka Millera oraz na „grupę trzymającą władzę”, zaproponował umieszczenie w ustawie o radiofonii i telewizji zapisu rzekomo umożliwiającego Agorze kupno kanału telewizyjnego Polsat. W zamian za 17,5 mln dol. dla „grupy” i prezesurę kanału dla siebie. „Gazeta” mogła się obawiać, że to prowokacja ze strony Włodzimierza Czarzastego, wpływowego członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, przedstawiciela nowej, agresywnej wobec środowisk dawnej opozycji i dość aroganckiej frakcji SLD.

Michnik nagrał Rywina, co „Gazeta Wyborcza” ujawniła pół roku później. Skutki były druzgoczące dla rządzącego SLD, bardzo dokuczliwe dla „Gazety Wyborczej” i politycznie bardzo korzystne dla PiS i PO. Obydwie partie ochoczo przystąpiły do budowania nowej Polski na gruzach – jak się wielu wydawało – skrachowanej III RP. Dołożyły się do tego kolejne afery związane z rządzącym SLD: starachowicka, opolska. „Kanclerz” Leszek Miller nie był w stanie zdyscyplinować rozpasanego aktywu, zajętego własnymi, często szemranymi interesami.

Radykalna prawica, opowiadająca przez lata o zdradzie Okrągłego Stołu, nagle znalazła się w główny nurcie. Już po trzech latach od feralnego spotkania wyłoniła się w praktyce IV RP. Wcześniej była opracowana teoretycznie przez Pawła Śpiewaka i Rafała Matyję, ale końcowy efekt wymknął się z laboratorium. Dwaj wielcy zwycięzcy tej „porywinowej” rewolucji, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, zwarli się – po okresie ułudy POPiS – w śmiertelnym boju o władzę. Od początku nie byli to przyjaciele, przyroda dba o równowagę.

Gdyby, gdyby, gdyby

Historiozofowie powiedzieliby, że nawet jeśli te trzy spotkania były jakoś przypadkowe (w końcu zamiast Lecha Kaczyńskiego ministrem sprawiedliwości u Buzka mogła zostać Barbara Piwnik, której proponowano to jako pierwszej), to głębsze procesy i zjawiska taką mają siłę, że zawsze przebiją się na powierzchnię. Znajdują tylko swoich wykonawców.

Tak pewnie jest, ale już sam przebieg zdarzeń zależy w dużym stopniu od cech osobowościowych ludzi powołanych do odegrania roli bohatera, od wielu jednostkowych decyzji. Gdyby Lech Kaczyński nie został ministrem sprawiedliwości, to Jarosławowi Kaczyńskiemu byłoby o wiele trudniej – jeśli w ogóle byłby w stanie – doprowadzić do tak efektywnej walki z III RP. Gdyby Tusk został przewodniczącym Unii Wolności, musiałby się niezwykle utrudzić, by przekształcić ją na sposób platformerski i poprowadzić niejako przeciw samej sobie.

Gdyby Michnik nie przyjął Rywina, potraktował go jako kogoś niespełna rozumu, kazał wyrzucić na zbity pysk portierowi, nie uruchomiłby procesu, którego skutków przecież nie mógł sobie nawet wyobrazić. Ale też może później Michnik jakoś przeczuwał, że taśmy z nagranym bełkoczącym Rywinem mogą zmienić Polskę, może dlatego zwlekał przez kilka miesięcy z ich ujawnieniem? Może zdał sobie sprawę z ich niesprawiedliwej siły rażenia. Dyskusje, czy to Rywin był sprawcą politycznej smuty, czy tylko charakterystyczną emanacją tamtego czasu, będą trwały jeszcze długo. Wyborcy postawili tamę tej smucie w 2007 r. Zakończyli aferę Rywina. Ale określiła ona atmosferę całej dekady.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną