Wykształciuchy stawiają się Platformie. Problem PO?

Bunt elit
Co się dzieje, pytają zdenerwowani politycy Platformy. Kiedyś się podobaliśmy, a teraz nagle przestaliśmy? Czy to koniec polityki miłości? Przecież to wciąż my, ci sami. A jednak coś się sypie.
Donald Tusk w przeszłości już parę razy leżał na ziemi.
Łukasz Głowala/Forum

Donald Tusk w przeszłości już parę razy leżał na ziemi.

Pęknięcie między Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną psuje wizerunek Platformy.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Pęknięcie między Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną psuje wizerunek Platformy.

Elity mówią Platformie: koniec miłości.
Corbis

Elity mówią Platformie: koniec miłości.

Po ataku elit od Platformy, co pokazują sondaże, odpadają najsłabiej umocowane warstwy wyborców – to już kilkanaście procent. Erozja nie wynika z jakichś specjalnych działań PiS, to problem wewnątrz Platformy i jej elektoratu. Nastąpiło naruszenie zaufania, zerwanie niepisanej umowy pomiędzy partią a jej sympatykami. Tusk zaczął nagle irytować; nawet jego gra w piłkę, wcześniej postrzegana jako sympatyczne hobby, zaczęła drażnić, stała się przedmiotem coraz bardziej złośliwych dowcipów. Przyczyny bezpośrednie to zapewne raport MAK i histeria z tym związana, sprawa emerytur i OFE czy fatalne kwiaty dla ministra Grabarczyka.

Ale być może punktem krytycznym dla Platformy stał się konflikt pomiędzy Tuskiem a Schetyną, zapoczątkowany pozbawieniem tego ostatniego przez premiera ministerialnej funkcji po aferze hazardowej. Platforma stała się polem bitwy, zakulisowej gry interesów. Do dziś nie wiadomo, dlaczego Tusk na własną prośbę zorganizował sobie wewnętrznego wroga. To jedno z takich zaćmień, które potem trudno racjonalnie wytłumaczyć. Schetyna, aby nie dać się już nigdy upokorzyć, zaczął budować polityczną pozycję, która ma mu to zapewnić. A dodatkowo sprawić, aby Tusk przestał być traktowany w partii jako ktoś absolutnie niezbędny i nie do zastąpienia. Właśnie ta atmosfera, że może da się bez Tuska, że może premier zaczął bardziej przeszkadzać, niż pomagać, powoduje, że Platforma wpadła w dryf, wektory wyzerowały się, energia wygasła.

Zmęczone oko

Partia jest zatem podmywana z zewnątrz i od wewnątrz. Jakby powtarzała się sytuacja z czasu rządów SLD, kiedy pewność sondażowa spowodowała, że politycy Sojuszu zajęli się umacnianiem swoich indywidualnych wpływów i interesów. Tym zajęci nie zauważyli momentu, kiedy statek zaczął nabierać wody. W ówczesnym trójkącie prezydent–marszałek Sejmu–premier (czyli między Kwaśniewskim, Borowskim i Millerem) na różne sposoby zaczęło się kwasić, komplikować, przesuwać, aż się ostatecznie urwało. W cieniu afery Rywina, przesłaniającej dzisiaj pamięć o reszcie spraw, głównie personalnych, które się do niej dołożyły, zanikła też nauka, że ryba psuje się od głowy.

Teraz też nagle ruszyła lawina. Zbuntowali się znani ekonomiści, zarzucając Platformie odwrót od reform. Niezadowolona zmianami na uczelniach jest profesura, i nie da się tego wytłumaczyć wpływami PiS w tym środowisku. Narzekają biznesmeni, przedsiębiorcy, którzy coraz cieplej wyrażają się o SLD Napieralskiego, a wyśmiewają platformerską reformę „jednego okienka”. Lekarze nie widzą pozytywnych zmian w służbie zdrowia. Sztandarowy punkt cywilizacyjnego programu partii, autostrady, nie wychodzą tak, jak zapowiadano, co wręcz z szyderstwem powtarzają wszyscy, od lewa do prawa, od polityków po dziennikarzy, nie mówiąc już o szoferach.

Pojawiło się poczucie zmęczenia, podszytego rozczarowaniem, nie tylko w samej Platformie, ale i wśród wyborców. I to w najgorszym dla tej partii momencie, na kilka miesięcy przed wyborami, przy smoleńskiej ofensywie PiS. Wszystko nagle wraca jednocześnie, wysypuje się szafa z trupami. Uwagę budzą znów stare, wydawałoby się zaklajstrowane kwestie, jak kastracja, dopalacze, afera hazardowa z Mirem i Zbychem, powtarzające się gafy Komorowskiego, koszmarne wypowiedzi posłów Platformy, kunktatorstwo w sprawie in vitro, kombinacje lokalnych działaczy.

Platforma i sam Tusk niespodziewanie jawią się jako zużyty establishment, syta partia władzy, za konserwatywna i zbyt przykościelna dla młodych, za mało narodowa dla prawicy, zbyt liberalna dla jednych i za socjalna dla innych, bez wyrazu i pomysłu. Źle, kiedy nic nie robi, jeszcze gorzej, kiedy coś zrobić chce. Widać oznaki wyczerpywania się cierpliwości, blednie argument głosowania na „nie”, na anty-PiS, na nieustanne powstrzymywanie, niedopuszczanie, wybieranie mniejszego zła.

Zmysł estetyczny zaczął dominować nad chłodną analizą. Oko, długo przymknięte na błędy i zaniechania Platformy, nagle zaczęło boleć. Wydaje się, że ten absmak ma przede wszystkim podłoże psychologiczne, oznacza uwolnienie nagromadzonych emocji. Jest odreagowaniem długiego czasu, kiedy trzeba było nieustannie wybaczać Platformie, tłumaczyć jej sprzeczne posunięcia. Rachunek polityczny nadal nakazywałby zwolennikom PO podtrzymywanie jej pozycji, ale właśnie świadomość tej konieczności jest być może powodem buntu.

Odmowa

Publiczny wizerunek Platformy nie musi być do końca prawdziwy, aby skutecznie podkopywać pozycję ugrupowania. Wiele zarzutów wobec tej formacji jest wyolbrzymionych, swoje pretensje mają rozmaite grupy nacisku, lobbies, których wpływy i interesy ucierpiały na skutek regulacji wprowadzanych przez rząd Platformy. Nie jest przecież teraz jakoś specjalnie inaczej niż przez ostatnie trzy lata, kiedy partia rządząca miała lepszą opinię. Ale zebrała się jakaś masa krytyczna, wymagania nagle wzrosły.

Platforma ma wygrywać, ale ładnie, stylowo, ma spełniać obietnice, pokazać wielkość i klasę. Trudno spełnić te warunki w dzisiejszej polskiej polityce, ale publiczności najwyraźniej to już nie obchodzi. Włączyła inną taryfę. Modne stało się narzekanie na partię Tuska. Publicyści związani z PiS nazywają to „przejrzeniem na oczy przez lemingów”. Dla nowych krytyków Platformy powinno być to pewnym ostrzeżeniem i powodem do refleksji.

Coraz więcej osób, z kręgów elit podejrzewanych dotąd o sympatię dla Platformy, czuje się ostatnio w obowiązku poinformować Donalda Tuska, że nie będzie już więcej głosować na jego partię. Nie deklarują przy tym, kogo w zamian wybiorą. Zagłosują więc albo na PiS, albo na SLD (chyba najbardziej, co pokazują rosnące notowania tej partii), albo na PJN, bo innych poważnych możliwości nie ma i nie będzie.

Czym jest PiS, wiadomo, a po Smoleńsku jeszcze bardziej. SLD Napieralskiego, po telewizyjnym sojuszu z PiS i głosach polityków tej partii, że każda koalicja jest dla nich możliwa, staje się nowym PSL, obrotowym ugrupowaniem, które szuka najwyższego stanowiska dla swojego lidera. A Elżbieta Jakubiak, czołowa działaczka PJN, stwierdziła niedawno, że nie będzie komentować wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, bo traktuje go jak rodzinę.

Odmawiający Platformie poparcia (nie wiadomo zresztą, czy to ostateczna decyzja) mogą też do wyborów w ogóle nie pójść, co zresztą niektórzy prominentni krytycy polityki Tuska wręcz zapowiadają, jak choćby Leszek Balcerowicz. To bardzo bolesna deklaracja, gdyż autorytet Profesora jest tak wielki, że może odebrać wolę walki wielu wyborcom, którzy wcześniej zaciskali zęby i szli oddawać głos na PO, mimo że nie do końca potrafili w jej zapowiedziach i obietnicach odnaleźć swoje idee i pragnienia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną