Po śniadaniu Mellera z premierem

Szarpidruty i premier
Dla mnie rozmowa zaczęła się tuż przed końcem, kiedy Zbigniew Hołdys postawił premierowi pytania o kulturę. Tego przede wszystkim oczekiwałem po tym programie. Ale nie chcę powiedzieć, że jestem zawiedziony. Raczej zaskoczony. Raz na plus, raz na minus.

Najpierw tym, że artyści dyskutowali z Tuskiem o drogach, okręgach jednomandatowych, partiach wodzowskich itd. To było w porządku, ale miało taki skutek, że premier uzyskał od razu przewagę. Zbijał zarzuty zręcznie i przekonująco. Na tym tle jego talent polityka i komunikatora rozkwitał swobodnie.

Zaskoczyło mnie także, że nasi artyści nie zadali pytań o udział Polski w wojnach w Iraku czy Afganistanie. Na Zachodzie to byłby pierwszy kierunek natarcia. Polityka wewnętrzna, proszę bardzo, zagraniczna – nie ma takiego numeru. No może, z wyjątkiem tematu rosyjsko-smoleńskiego. W tym sensie wyszło prowincjonalnie. Nasi muzycy okazali się nieodrodnymi synami narodu. Nawet w sprawie marihuany w zasadzie, z wyjątkiem Marcina Mellera, trzymali z Tuskiem wspólny front odmowy.

Pytali o podsłuchy i cenzurę Internetu, a ja myślałem, że zapytają premiera, jak rozumie wolność słowa i ekspresji w sztuce i czy podoba mu się targanie po sądach artystów typu Nieznalskiej czy Kozyry pod zarzutem znieważania uczuć religijnych.

Najbardziej może zaskoczyło mnie, że nie padły pytania o Kościół i miejsce religii w demokracji. Chętnie bym się na ten temat czegoś więcej dowiedział od premiera, a skończyło się na wzmiance - i tylko wzmiance - o in vitro.

Zastanawiałem się też, czemu na śniadanie z premierem nie zaproszono żadnej równie dociekliwej artystki. Kobiety wystąpiły w programie jedynie w roli barmanek.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj