Wizyta Obamy w Polsce. Lepiej być nie mogło?

Przystanek Polska
Rozczarowani wizytą Baracka Obamy wylewają żale: nie wygłosił przemówienia, nie podpisał umowy o stacjonowaniu wojsk, nie zniósł wiz. Ale czy ktoś nam to w ogóle obiecywał?
Barack Obama przed kompanią honorową Wojska Polskiego.
Piotr Bławicki/EAST NEWS

Barack Obama przed kompanią honorową Wojska Polskiego.

Powitanie prezydenta Stanów Zjednoczonych przed Pałacem Prezydenckim.
Tadeusz Późniak/Polityka

Powitanie prezydenta Stanów Zjednoczonych przed Pałacem Prezydenckim.

Spotkanie z kombatantami przed Grobem Nieznanego Żołnierza.
Paweł Supernak/PAP

Spotkanie z kombatantami przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

Jak sobie radzicie? – zapytał Barack Obama towarzyszących mu dziennikarzy tuż przed odlotem do Warszawy. Jeszcze tylko jeden dzień”. Pięciodniowy maraton po Europie dobiegał końca, większość zadań została wykonana: w Dublinie zadbał o głosy irlandzkiej mniejszości przed swoją reelekcją w przyszłym roku, w Londynie reanimował specjalny związek amerykańsko-brytyjski, w Deauville dopieścił światowych przywódców. Została Warszawa, ostatnia stolica dostawiona do i tak wyczerpującego programu. Z jednej strony wypadało pojechać, by przełamać serię gaf i nieporozumień ostatnich dwóch lat, z drugiej strony Biały Dom nie miał dopiętego planu wizyty ani pomysłu, co prezydent USA miałby w Warszawie zrobić czy powiedzieć. Stanęło więc na wizycie roboczej.

Obama miał powody do powściągliwości: w kwietniu 2009 r. wygłosił w Pradze ważne przemówienie na temat rozbrojenia atomowego, szeroko komentowane w świecie, ale w samym regionie niepodchwycone zupełnie. Na dodatek przywódcy Europy Środkowej dali wówczas pokaz kłótliwości: najpierw prezydent i premier Czech kazali Obamie wybierać, z którym z nich zje kolację (skończyło się tym, że wieczór spędził z żoną); dzień później musiał rozmawiać z dwugłową delegacją z Polski, bo Lech Kaczyński i Donald Tusk nie potrafili ustalić, kto powinien się spotkać z prezydentem USA. Powstało wówczas pamiętne zdjęcie z uśmiechniętym Obamą i obrażonymi na siebie polskimi przywódcami.

Kaczyński już wtedy zaprosił prezydenta USA do Polski, ale nie otrzymał terminu, z kolei Tusk bezskutecznie zabiegał o wizytę w Białym Domu. Przełom nastąpił dopiero po tragedii smoleńskiej – Obama chciał przyjechać na pogrzeb prezydenta, ale zatrzymała go chmura pyłu wulkanicznego znad Islandii. W tym kontekście należało też odczytywać obecną wizytę – jeszcze przed jej rozpoczęciem „New York Times” pisał, że ma być ona „zadośćuczynieniem za nieobecność na pogrzebie Lecha Kaczyńskiego”. Tymczasem, śledząc rodzime media, można było odnieść wrażenie, że Obama przyjeżdża do Polski z wizytą państwową, a w Irlandii, Wielkiej Brytanii i Francji będzie jedynie przelotem. Stało się dokładnie na odwrót.

Nikt nie zgotował amerykańskiemu prezydentowi tak ciepłego przyjęcia jak Irlandczycy. Powitano go jak pierwszego obywatela świata. Mówimy o amerykańskim marzeniu – krzyczał do mikrofonu premier Irlandii Enda Kenny – a przecież to on sam jest tym marzeniem. To on, prapraprawnuk naszego rodaka! Witaj w domu… A tłumy ledwie dawały kilkusekundowe przerwy w oklaskach i okrzykach. Współczesna polityka to nie tylko obiady w salach kolumnowych i rozmowy przy drzwiach zamkniętych, to także emocje tłumów. Jeśli ktoś w Polsce chciałby wiedzieć, co to jest „dyplomacja publiczna” i jak wyreżyserować widowisko polityczne – musi obejrzeć choćby fragmenty przemówienia Kenny’ego i odpowiedzi Obamy. Oczywiście lobby irlandzkie w USA jest bodaj cztery razy liczniejsze niż amerykańska Polonia (bo liczy 40 mln) i przodek Obamy ze strony matki rzeczywiście był biednym Irlandczykiem, a nie Polakiem, ale jeśli następnym razem Obama przyjedzie, trzeba do organizacji wizyty w Polsce włączyć najlepszych polskich reżyserów filmowych. Kontrast między Irlandią a chłodnymi i wymarłymi ulicami Warszawy był zbyt rażący.

Jeśli Irlandia zachwyciła gościnnością, to Wielka Brytania politycznym sprytem. W Londynie przed Obamami rozwinięto najlepsze czerwone dywany: mieszkali u Elżbiety II, która powitała ich 41-krotnym salutem z dział i podjęła kolacją państwową, mogli też sfotografować się z parą książęcą, której niedawny ślub był wielkim wydarzeniem także w Ameryce. W zamian brytyjski premier David Cameron otrzymał wielokrotne zapewnienia, że oba kraje łączy nadal specjalny związek, co potwierdziła mowa Obamy w parlamencie. Komentator szacownego „The Times” ocenił, że – uwaga! – od czasów Churchilla nie słyszano w Westminsterze takiego mówcy. Pretensje za wycofanie się Ameryki z interwencji w Libii wyrażano za zamkniętymi drzwiami, przed kamerami demonstrowano świetną atmosferę.

Europejskie wakacje Obamów skończyły się po drugiej stronie kanału La Manche. Michelle Obama wróciła do Waszyngtonu, w Deauville błyszczała już Carla Bruni, po raz pierwszy z widoczną ciążą. Nawiasem mówiąc, dziecko prezydenta Sarkozy’ego narodzi się na początku francuskiej kampanii wyborczej i nietrudno przewidzieć, jaki wpływ macierzyństwo dawnej modelki wywrze na wybory. Prezydent USA nie przyjechał jednak gratulować francuskiego infanta, tylko spotkać się z przywódcami ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata, w tym zwłaszcza z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem. Negocjacje w sprawie natowskiej obrony antyrakietowej idą tępo, co też musiało rzutować na późniejsze polsko-amerykańskie rozmowy o współpracy wojskowej. Rosyjscy komentatorzy twierdzą, że Miedwiediew nie może wiele ustąpić przed rosyjskimi wyborami prezydenckimi, ale uważają też, że ciągle otwarta jest droga do porozumienia, tym bardziej że Rosja chce dziś pomóc Zachodowi w znalezieniu wyjścia z impasu libijskiego i posłała do Trypolisu swego najlepszego w regionie negocjatora. Podczas obrad plenarnych grupa G8 dała dowód nowoczesności – spotkała się z założycielem Facebooka Markiem Zuckerbergiem i zainteresowana przemianami wyasygnowała 20 mld dol. na wsparcie arabskich demokracji (co również powinno rzutować na wizytę w Warszawie, o czym za chwilę).

Europejscy (a zwłaszcza środkowoeuropejscy) komentatorzy strategii globalnej od dawna ubolewają, że Waszyngton nie poświęca już uwagi Europie, a kieruje całą energię swej dyplomacji ku Chinom i Azji w ogóle. Jasne, Chiny rosną, rosną też Indie (poza tym coraz lepiej radzi sobie Brazylia). Jednak nie dajmy się zwariować: spośród swoich wszystkich inwestycji zagranicznych (astronomiczna kwota 3200 mld dol.) więcej niż połowę Amerykanie ulokowali w małej – jak na świat – Unii Europejskiej, a Europa prawie trzy czwarte wszystkich swoich inwestycji ulokowała w USA. Codziennie między UE i USA przepływają towary i usługi wartości 2 mld dol. Obie potęgi są dla siebie najważniejszymi partnerami gospodarczymi. Ale Obama nie odwiedził ani razu instytucji unijnych.

Owszem, dyplomacja unijna pod kierownictwem lady Ashton jest jeszcze w proszku. Jednak zarówno w Waszyngtonie, jak i głównych stolicach europejskich dominuje dziś narodowy charakter polityki zagranicznej. Dla Ameryki specjalna rola Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji nie podlega kwestii. Niedawno ujawniono, że Obama odbywa regularne, poufne wideokonferencje z wymienioną „wielką trójką”, z innymi rozmowa, nawet telefoniczna, należy do rzadkości.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną