Zdemaskowała księdza-pedofila. Co robi dzisiaj?

Przyciąg
10 lat temu Lucyna uderzyła w proboszcza z Tylawy, inicjując pierwszy w Polsce proces księdza o pedofilię. Teraz panie z pomocy społecznej uderzają do Lucyny, wykorzystując jej dobre serce.
„Spowiadał dziewczynki w lesie w pozycji usta–usta, a wykorzystując dar bioenergoterapeutyczny leczył je, gładząc krocza i miejsca, w których w przyszłości wyrosną piersi”.
Tadeusz Późniak/Reporter

„Spowiadał dziewczynki w lesie w pozycji usta–usta, a wykorzystując dar bioenergoterapeutyczny leczył je, gładząc krocza i miejsca, w których w przyszłości wyrosną piersi”.

Lucyna Krawiecka ma emocje na wierzchu, upiera się, że świat jest czarno-biały.
Dawid Rygielski/Materiały prywatne

Lucyna Krawiecka ma emocje na wierzchu, upiera się, że świat jest czarno-biały.

Było lato 2001 r. Ona, żona grekokatolickiego księdza, już wiedziała, że niedługo opuści Tylawę, Podkarpacie. Mąż dostał od biskupa dekret i 100 dol. na dobry początek, miał budować parafię na drugim końcu ściany wschodniej, w Bartoszycach, Mazury. Nie mogła tak po prostu wyprowadzić się, wiedząc – w sekrecie, od koleżanek córki – co robi z dziewczynkami Michał M., proboszcz w Tylawie od 35 lat. Wyobrażała sobie, że staje przed Bogiem na Sądzie Ostatecznym, a Bóg ją pyta, dlaczego zlekceważyła to, że przyszedł do niej w tych dziewczynkach? We wsi mówili o Lucynie, że ma jakiś przyciąg do dzieci. Latają do niej i przesiadują aż do kolacji.

Już budowała z mężem nową parafię, gdy w 2004 r., po kilkuletnim procesie, ks. Michał M. został skazany na dwa lata w zawieszeniu na pięć, z 8-letnim zakazem zbliżania się do dzieci. W uzasadnieniu wyroku sędzia tak scharakteryzował proboszcza: oskarżony był w parafii jedynym kapłanem; on, i wyłącznie on, ludzi chrzcił, żenił, karcił, na końcu udzielał ostatnich namaszczeń.

W międzyczasie spowiadał dziewczynki w lesie w pozycji usta–usta, a wykorzystując dar bioenergoterapeutyczny leczył je, gładząc krocza i miejsca, w których w przyszłości wyrosną piersi, wkładał palec w pochwę itd.

Lucyna

Gdyby chcieć scharakteryzować Lucynę Krawiecką, można by tak: w życiu wyznaje zasadę maksymalizmu, nawet trójkę własnych dzieci karmiła piersią łącznie 10 lat. Ma emocje na wierzchu, upiera się, że świat jest czarno-biały. W przeciwieństwie do męża, który jako duszpasterz i spowiednik ma obowiązek akceptować odcienie pośrednie, być cierpliwym względem grzeszników.

W odczuciu Lucyny Bartoszyce były zesłaniem na dziadowską prozę popegeerowską. Mąż miał odczucie przeciwne – to awans, w Tylawie było kilkudziesięciu grekokatolickich parafian, tu tysiąc. Za nią, zdobywczynią (z powodów tylawskich) Gwoździa Sukcesu „Gazety Wyborczej” za Osobowość 2001 r., poszła ogólnopolska opinia, że zachowuje się nietypowo, zaangażowana, mocno uczuciowa w temacie biednych dzieci. Bartoszyckie panie z pomocy społecznej zaczęły podrzucać jej sieroty niemal pod próg.

Iza

Najpierw dzieci miejscowych przynosiły Lucynie szczeniaczki w kartonach: Jeśli pani nie weźmie, nasz tatuś je potopi. Pierwszego człowieka podstawiły jej koleżanki. Iza miała 17 lat i próbę samobójczą spowodowaną perspektywą domu dziecka (ojciec osadzony, od matki uciekła). Niech ta Lucyna da jej chociaż jakieś życiowe podstawy, taka dzielna pani.

Iza co weekend przyjeżdżała do domu Lucyny ze szkoły w Giżycku. Wieczorami przy stole w kuchni Lucyna rysowała przed nią liczne perspektywy, jeśli będzie żyła inaczej niż ojciec i matka. Potem prała i składała w kostkę czyste rzeczy do plecaka. A ponieważ nie pozwalała Izie przerwać nauki, wyjechać do Francji i zostać tam modelką, dziewczyna po 18 urodzinach, kiedy dojrzała urzędowo, podziękowała za opiekę i nie odezwała się więcej.

Oskar i Oliwka

Podstawieni jako drudzy w kolejności. Można powiedzieć, że nie za sprawą przyciągu Lucyny, ale jej najstarszej córki Oli, która dorastała w domu, gdzie hasła, że wszystkie dzieci są nasze, nie traktowano przenośnie. Ola, będąc licealistką, odnalazła się w wolontariacie. Przychodziła do Oskara, lat 9, i Oliwki, lat 5, czekających na własne lokum razem z mamą w ośrodku interwencji kryzysowej w Olsztynie, 60 km od Bartoszyc.

Pewnego dnia do domu w Bartoszycach zapukała kuratorka i, wręczając Lucynie klucz, powiedziała: Proszę bardzo. Pomoc społeczna znalazła matce Oskara i Oliwki pokoik. Ale nie ma kto jej przewieźć i umeblować (potrzebny zlew, regały, kuchenka, lodówka, telewizor, jakiś karnisz). Matka podała paniom socjalnym adres Lucyny, opisując ją jako dobrą kobietę, która na pewno pomoże.

Po trzech miesiącach od umeblowania, będąc w stanie upojenia, matka zadzwoniła na policję, że ma depresję i zamierza podusić własne dzieci. Liczyła na rentę, ale na kilkumiesięcznej obserwacji w psychiatryku nie znaleźli u niej choroby, a tym samym nie zdobyła szansy na stały dochód. W tym czasie dzieci mieszkały w domu dziecka, ale kiedy matka opuściła szpital, nie chciała ich z powrotem. Swoją decyzję uzasadniała całkowitym brakiem sił życiowych.

Kuratorka przyszła powiedzieć Lucynie, że psycholodzy zdiagnozowali rodzeństwo jako przywiązane do niej lękowo. Chodzi głównie o to, że Lucyna kupiła Oskarowi telefon komórkowy, żeby podczas pobytu w domu dziecka wiedział, że ma kogoś życzliwego na zewnątrz i że zawsze może zadzwonić. Przywiązanie lękowe polega na tym, że tonący brzytwy się chwyta, żeby nie zostać sierotą, więc on i siostra chwycili się Lucyny.

3,5 roku temu została zastępczą rodziną niespokrewnioną. Jedyną taką w okolicy. Zwykle zastępcze rodziny na terenach popegeerowskich są spokrewnione, gdyż dzieci mają rozbudowaną familię po okolicznych wsiach. Najczęściej rodzinami zostają niepijące babcie tych dzieci. Ale babcia Oskara i Oliwki odmówiła ich przyjęcia, a dalsi krewni tłumaczyli pracownikom socjalnym, że nie są materialistami (za niespokrewnienie jest 800 zł miesięcznie na dziecko, za spokrewnienie – 100 zł mniej). Czasem brali dzieci w weekendy. Oliwka nie pamiętała tych pobytów, gdyż zaraz po przybyciu robiła się senna (krewni podawali jej psychotropy, żeby nie absorbowała ich sobą). Oskar nie spał. Kiedy opowiadał, że u cioci Lucyny jest źle, bo pije herbatę w niemytym kubku, krewni ożywiali się i telefonowali do psychologa. Oskar przyznawał przed psychologiem, że kłamał. Tłumaczył, że musiał, bo wujkowie tylko o tym chcieli słuchać, a on chciał ich sobą zainteresować. W zadaniu domowym: porównaj swoje cechy do zwierząt, napisał: jestem mądry jak sowa i fałszywy jak żmija.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną