Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Obym się mylił

Nie tak dawno temu dziennikarze prasy angielskiej opisywali w tonie dość protekcjonalno-ironicznym, jak płoną samochody na paryskich przedmieściach. Musieli się teraz boleśnie gryźć w języki, kiedy w Londynie płonęły już nie samochody, ale domy. W ciągu paru dni liczba zdemolowanych i ograbionych sklepów przerosła o 250 proc. to, co przez trzy lata stało się we Francji. Nie ma tu, oczywiście, mowy o jakiejś idiotycznej satysfakcji. Trzeba było jednak wypadków angielskich, żeby dotarło dobitnie do opinii międzynarodowej smutnych prawd parę. Po pierwsze, iż podobne rebelie nie mają charakteru lokalnego i nie chciałbym być Kasandrą, ale Hiszpania, Grecja, Włochy i nie tylko one, nie wykluczyłbym nawet Rosji i Niemiec, już stoją w kolejce. Po drugie, dzikie te rozruchy nie mają charakteru rasowego, narodowościowego czy imigranckiego. Po trzecie, cechuje je wzrastająca za każdym razem brutalność i determinacja, eskalacja gwałtu.

Nie trzeba chyba nawet wspominać, że uczeni w piśmie socjologowie już przyłożyli szkiełka do oczu i zasypali nas gradem wzajemnie sprzecznych interpretacji, teorii i analiz genezy wypadków. Dzielą się one z grubsza na dwie grupy: uczenie skomplikowaną, z której nic nie można zrozumieć, a jeszcze mniej wynika; oraz szermującą banałami, iż na przykład „biedni nie lubią bogatych”, „młodzież zawsze buntuje się przeciw zastanym porządkom” etc., co też niczego nie wyjaśnia, bo było tak zawsze i wszędzie. Pozwolę więc sobie wyłuszczyć tezę własną.

Kiedy znalazłem się we Francji, w grudniu 1981 r., parę dni po proklamowaniu w Polsce stanu wojennego, oglądałem we francuskiej telewizji rozmowę z miejscowym milionerem komunistą (w głowie mi się wtedy nie mieściło, że istnieje coś takiego), który najspokojniej w świecie tłumaczył, jakimi to oazami szczęścia i wolności są kraje tzw. demokracji ludowej. Ale w takim razie – ripostował przestraszony jakby dziennikarz – dlaczego obywatele tamtych krajów nie mogą, no, na przykład swobodnie podróżować po świecie? Milioner, to trzeba mu przyznać, iż po proletariacku nie dbał o maniery, klepnął go po plecach. – A ty gówniarzu (petit merdeux – cytuję dokładnie), gdzie byś ty mógł jeździć, gdyby ci nie płacono za to, że pokornie gadasz, co szef każe? – Do ciotki na imieniny, a i to jeśli nie mieszka za daleko. Więc nie podskakuj. Jak zechcę, kupię udziały w twojej firmie, a wtedy, jeśli użyję moich wpływów, to i ciotka cię nie zobaczy... Zgasiłem telewizor z najwyższym obrzydzeniem. Dowodem, jak mnie ten dialog zezłościł, jest to, że pamiętam do dzisiaj tę audycję. Bezczelność komunisty milionera przekroczyła wszelkie granice. Tak mi się wtedy zdawało. Dopiero w 30 lat później zacząłem mieć niejakie wątpliwości.

Wielki francuski filozof personalista, założyciel „Esprit”, Emmanuel Mounier (umarł 22 marca 1950 r., w dniu moich urodzin, z którego to powodu omal nie zostałem Emmanuelem, na szczęście tata się zorientował, że EMManuel StoMMa to może już przesada) pisał w 1936 r., iż: „Wolność jest wielką rzeczą, trzeba jednak najpierw zapewnić ludziom ekonomiczne, społeczne, moralne i intelektualne warunki wolności”. I tutaj jest może właśnie pies pogrzebany.

Cały system XIX-wiecznego mieszczaństwa czy – jak kto woli – wczesnego kapitalizmu opierał się na zasadzie separacji i hierarchii. Staram się zawsze tłumaczyć studentom, iż obok ksiąg mistrzów, źródłami są także choćby i kicze najbardziej populistycznej literatury. Jeśli nie świadczą o faktach, to w każdym razie o mentalności autorów, a ta przecież nie wzięła się z niczego, jeśli akceptowały ją tysiące czytelników. W „Małej księżniczce”, autorstwa Frances Hodgson Burnett, Sara Crewe, po tym, jak przepadły kopalnie diamentów jej ojca (Burnett szła na skróty, nie poruszyłyby równie publiczności kopalnie węgla), z dnia na dzień z uprzywilejowanej pensjonariuszki prywatnej szkoły staje się nędzarką: półniewolnicą, półpopychadłem. Potem, rzecz jasna, dzieją się cuda i urocza Sara powraca do swojego dawnego statusu. W międzyczasie jednak, chcąc nie chcąc, godzi się z losem. Tak jest zbudowany świat. Powróciwszy na należne jej miejsce w społeczeństwie, dokonuje dzieł charytatywnych. Z jej funduszów płacone będą bułeczki dla okolicznych żebraczek.

Minęły lata i prawnuczki Sary Crewe być może wstąpiły do Armii Zbawienia, gdzie przy dźwięku psalmów zapewniają bezdomnym ciepłą zupę. Bardzo się to oczywiście chwali. Co jednak było krzykiem protestu Mouniera w 1936 r., zmieniło się w drobnej tylko mierze. W tym, że co w jego czasach uznawane było za lewicowe albo wręcz rewolucyjne, odnajduje się dzisiaj w bodaj wszystkich deklaracjach. Jak mantrę powtarzają politycy prawicowi, lewicowi, centrowi czy manewrowi zgrabne i cyzelowane zdania o wolności, równości, demokracji i solidarności społecznej. Ba, nasze umiłowanie wolności i solidarności sięga już Iraku, Afganistanu, Libii… Codzienne działania miłujących zaprowadzanie wolności w Afganistanie (choć fakt, że o tak oferowaną wolność większość „tambylców” nigdy nie prosiła) kosztują tylko Unię Europejską setki milionów euro, co przestaje umykać uwagi młodzieży. Nic nie pomoże, iż w szkołach wciąż wbija się jej do głowy dumne pojęcia „wolność” czy „liberalizm”…

Ale Afganistan to także problem uboczny. Najgroźniejsza jest tworząca się przepaść. Ludzie uwierzyli w swoją wolność, a nagle przestają się czuć wolni. I właśnie im bardziej słodkie będą bajeczki o równości i braterstwie, podczas gdy nożyce płac rozwierają się coraz szerzej i makler z paryskiej bursy zarabia w miesiąc więcej niż 40 robotników, którzy w tym czasie postawili 10 domów; im bardziej wystawne będą dyplomatyczne przyjęcia, kiedy kilkaset tysięcy Francuzów żywić się musi w „restauracjach serca”, tym bardziej narastać będzie gorycz. Wielkim problemem dzisiejszych czasów jest to, iż nikt już nie wierzy w zhierarchizowany świat „Małej księżniczki”, a szumne gadanie o wolności, za którym nie stoi próba choćby realizacji postulatu Mouniera nie bez racji odbierane jest jako hipokryzja i właśnie rozjusza. To, co działo się w Paryżu i Londynie, może niedługo okazać się tylko drugorzędnymi zamieszkami. Obym był fałszywym prorokiem.

Polityka 34.2011 (2821) z dnia 16.08.2011; Felietony; s. 88
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną