Energetyka wiatrowa w Polsce

Polsko-polskie wojny z wiatrakami
Elektrowni wiatrowych mamy w Polsce jeszcze niewiele, ale donkiszotów sporo. Protestów wybuchło już dwieście.
Wojen o wiatraki rozgrywa się dziś w Polsce około dwustu, choć wieże ze śmigłami nie są jeszcze u nas tak natrętnym elementem krajobrazu jak w Europie Zachodniej.
Dominik Sadowski/Agencja Gazeta

Wojen o wiatraki rozgrywa się dziś w Polsce około dwustu, choć wieże ze śmigłami nie są jeszcze u nas tak natrętnym elementem krajobrazu jak w Europie Zachodniej.

Moc wszystkich polskich wiatraków wynosi około 1,5 tys. MW; najwięcej zbudowano ich w Zachodniopomorskiem i Wielkopolskiem.
Jan Włodarczyk/Forum

Moc wszystkich polskich wiatraków wynosi około 1,5 tys. MW; najwięcej zbudowano ich w Zachodniopomorskiem i Wielkopolskiem.

Kraina wiatraków powraca” – taki tytuł nosiła niedawna konferencja zorganizowana na Żuławach. Chodziło o rekonstrukcję starych wiatraków, których było tu kilkaset – służyły jako młyny i przepompownie wody.

Tytuł konferencji okazał się aż zbyt proroczy. W okolicy ma powstać 260 współczesnych wiatrowych gigantów, po 150–160 m wysokości. – Zniszczą krajobraz kulturowy Żuław – powiada Marek Opitz, prezes Klubu Nowodworskiego. Podobnego zdania jest Mieczysław Ancewicz, szefujący Stowarzyszeniu Jazowa. Jazowa sąsiaduje z ruchliwą drogą krajową Gdańsk–Warszawa – w sierpniu przeciwnicy wiatraków wyszli tu z transparentami na przejście dla pieszych.

Na przeciwnym brzegu Nogatu z wiatrakami walczy Stowarzyszenie Aktywności Społecznej im. Tadeusza Reytana, któremu przewodzi Waldemar Badeński (rodzinna firma pszczelarska). – Bo czujemy się jak Reytan, co kładł się na progu i rozrywał koszulę – objaśnia Mirosław Januszaniec (rolnik, ponad 100 ha). Budzyński dodaje, że chodzi o symbol nieugiętej walki i odwagi cywilnej.

Wojen o wiatraki rozgrywa się dziś w Polsce około dwustu, choć wieże ze śmigłami nie są jeszcze u nas tak natrętnym elementem krajobrazu jak w Europie Zachodniej. Moc wszystkich polskich wiatraków wynosi około 1,5 tys. MW; najwięcej zbudowano ich w Zachodniopomorskiem i Wielkopolskiem. Przy europejskich potentatach jesteśmy karzełkiem. Niemcy dysponują 25,7 tys. MW z wiatru, Hiszpania – 19 tys. MW. Ale do 2020 r. – według prognoz Polskiego Stowarzyszenia Elektrowni Wiatrowych, skupiającego firmy tej branży i lobbującego na jej rzecz – ta łączna moc ma wzrosnąć w Polsce do 13 tys. MW.

Prezes PSEW Krzysztof Prasałek liczbę otwartych projektów, których finałem mają być elektrownie wiatrowe, szacuje nawet na 2 tys. Jeden projekt oznacza 10–20 MW, co może oznaczać zarówno pojedyńczy wiatrak, jak i skupisko 60 wież. Projekty te często prowadzą tzw. deweloperzy – firmy, które przygotowują całą stronę formalnoprawną (prawa do gruntów, wymagane pozwolenia), a dopiero potem znajdują inwestora z pieniędzmi. O co nie tak trudno, bo biznes wiatrowy wiąże się z rozmaitymi formami dofinansowań i preferencjami dla tego sposobu pozyskiwania energii.

Społecznicy kontra wójtowie

Reytanowiec Januszaniec początkowo był nawet za wiatrakami. W 2006 r. wójt zorganizował spotkanie. Wiatraki miały nieść samo dobro. Około 50 osób na hurra podpisało u notariusza przedwstępne umowy, że zgodzą się, by stanęły na ich ziemi. Januszaniec też podpisał. Zapisy trafiły do ksiąg wieczystych. Potem nastała cisza. Aż latem 2008 r. rolnik zorientował się, że gmina z myślą o farmach wiatrowych przystępuje do zmiany studium zagospodarowania przestrzennego. I że podobno odbyły się już konsultacje w tej sprawie. Okazało się, że tylko z dwiema osobami, akurat tymi, na których polach inwestor zdecydował się stawiać elektrownie. Januszaniec ustalił, że choć podpisał umowę z konkretną spółką, ta, nie pytając go o zdanie, może przekazać swe prawa innym firmom. Zaangażował prawnika, sądownie przeprowadził wykreślenie umowy z ksiąg wieczystych. Nie on jeden. Bo na wieść o rzekomych konsultacjach w Gronowie zrobił się ogólny rwetes.

Potem zawiązało się stowarzyszenie. Jego liderzy odczuwali lekceważenie ze strony gminnych władz, potem zdenerwowanie, teraz słyszą oskarżenia, że blokują rozwój. A oni uważają, że przyszłość Żuław to związany z turystyką projekt Pętli Żuławskiej, to baterie słoneczne i ogniwa fotowoltaiczne, może tu i ówdzie mały, bardzo nowoczesny wiatrak, wpisujący się w krajobraz, pracujący na potrzeby danej wsi. Uważają, że farma wiatrowa to zysk, ale głównie dla inwestora. Mieszkańcy będą mieli z tego mało, a stracą dużo na jakości życia. Więc nie warto.

Ludzie od Reytana wystartowali w ostatnich wyborach samorządowych. W gminie Elbląg do rady weszły dwie osoby z ich grona, w Gronowie – pięć.

Spółka EPA ze Szczecina, która chciała budować farmę w Gronowie, napotkawszy opór, zrezygnowała z planów. Ale pojawiła się firma Eurowind Services z Gdańska. Zamierza postawić 20 wiatraków na terenie gmin Gronowo i Elbląg. Na Żuławach zatem lokalna wiatrakowa wojna trwa.

Marszałkowie kontra lobbyści

Krzysztof Prasałek, prezes PSEW, uważa, że głównym źródłem protestów są błędy w polityce informacyjnej. Protesty wybuchają często w wyniku nadmiernego zaangażowania władz gminy, które forsują inwestycję za wszelką cenę.

Wójt lata jak kot z pęcherzem, żeby tylko te wiatraki postawić, niezależnie od tego, czego chcą mieszkańcy – potwierdza jeden z radnych. W doniesieniach lokalnych donkiszotów powtarza się, że przygotowania do inwestycji są prowadzone w konspiracji, konsultacje społeczne pozorowane. Rozentuzjazmowani lokalni włodarze mówią językiem lobby wiatrowego: o efekcie cieplarnianym, o tym, ile czystej energii Polska musi wyprodukować do 2020 r. I że Unia wymaga, więc gmina musi się do tego przyłożyć. Zmiany miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego często są robione pod konkretnego inwestora wiatrowego i przez niego finansowane. Poważny problem dostrzega w tym zajmująca się korupcją minister Julia Pitera.

Do gry – na tyle, na ile mogą – usiłują się włączyć władze województw. Marszałkowie zlecają wykonanie opracowań, które pokazują, gdzie dobrze wieje, ale też gdzie jest chroniony krajobraz, ptaki, zabytki kultury, zaś wiatraki mogłyby tym walorom zaszkodzić.

Niedawno taki dokument powstał w województwie kujawsko-pomorskim. Władze województwa zaskoczył run inwestorów wiatrakowych na tereny nad Wisłą. Uznały, że dobrze byłoby ochronić przed wiatrakami atrakcyjne przyrodniczo obszary przyległe do Wisły, Brdy, Drwęcy, Noteci i Kanału Bydgoskiego. Wież nie powinno się budować w odległości mniejszej niż 1 km od budynków mieszkalnych. Podobne założenia przyjęto w województwach zachodniopomorskim i dolnośląskim.

Zainteresowaliśmy się, jak jest w Niemczech – są landy, gdzie wymagana odległość od budynków mieszkalnych wynosi 1,6 km – relacjonuje Antoni Pawski, dyrektor Kujawsko-Pomorskiego Biura Planowania Przestrzennego i Regionalnego. We Francji wydano podobne zalecenie: nie bliżej niż 1,5 km od domostw.

Opracowanie natychmiast spotkało się z kontrą Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej oraz wójtów – że dyskryminuje wiatraki, że zapisy nie mają umocowania w prawie. Faktycznie, marszałka można posłuchać lub nie. Ale wolno mu informować, edukować, inspirować, sugerować, uświadamiać obywateli. Toteż interwencje PSEW u marszałków można uznać za lobbystyczną presję; w końcu to przecież próba blokowania kanału informacji, nad którym lobby nie ma kontroli.

Na tym froncie też robi się gorąco.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną