Kraj

W Polskę, panowie

Jak podbić serce wyborcy

Premier Donald Tusk na śniadaniu z mieszkańcami wielkopolskiego Rzecina. Premier Donald Tusk na śniadaniu z mieszkańcami wielkopolskiego Rzecina. Radek Pietruszka / PAP
W tej chwili po kraju krąży ponad 7 tys. kandydatów do parlamentu. Na mityngach, w sklepach, na bazarach, podczas wizyt domowych widzą swojego – na ogół sceptycznego – wyborcę. Jak sobie z nim poradzić?
Jędrzej Wijas, kandydat SLD, śpiewa death metal.AN Jędrzej Wijas, kandydat SLD, śpiewa death metal.
Jarosław Kaczyński spotkał się z wyborcami pod bramą główną nieistniejącej Stoczni Szczecińskiej, gdzie złożył kwiaty.Marcin Bielecki/Forum Jarosław Kaczyński spotkał się z wyborcami pod bramą główną nieistniejącej Stoczni Szczecińskiej, gdzie złożył kwiaty.

Artykuł w wersji audio

Racjonalnie rzecz biorąc, spotkanie przedwyborcze jest dość ryzykownym, a czasem bezsensownym przedsięwzięciem. Hałas i chaos. Pytania albo pełne agresji, albo – niezrozumiałych dygresji. Politycy w większości uparcie wystawiają się na tę próbę, choć są i tacy, których konfrontacje z publicznością przyprowadziły do stanów depresyjnych. Ich opowieści układają się w instruktaż, jak wejść między ludzi, żeby wyjść z tego obronną ręką.

Zasada 1: Rozbierz się

Naczelna zasada marketingu politycznego brzmi: nie ma lepszego sposobu, by uwieść wyborcę, niż wizyta znanego polityka, który nadstawi ucha, uściśnie rękę i spojrzy w oczy. Jeśli jesteś znany z telewizji, w terenie będą cię raczej podziwiać i chętnie obejrzą na żywo. Dlatego – jak uważa sztab PO oraz marketingowi eksperci – przejazd Tuskobusa nie zaszkodzi premierowi. Mimo ataków wściekłych kiboli, zawiedzionych plantatorów papryki, płaczących emerytów, kpin oponentów i złośliwych mediów. Ktoś, kto potrafi wysłuchać i nie boi się otwartej krytyki, zawsze zyskuje. To jest bardzo specyficzna umiejętność. Wyobraź sobie, że stoisz na golasa na tekstylnej plaży. Następnie polub tę sytuację. Już? Teraz możesz ruszyć w teren i przekonywać wyborców do swojej osoby.

Widać, że Donald Tusk to potrafi. Podobne umiejętności posiada Małgorzata Kidawa-Błońska, szefowa kampanii PO: – Szliśmy ostatnio Nowym Światem, wstępowaliśmy do sklepów, rozmawialiśmy z ludźmi. Za nami przez cały czas szedł człowiek i krzyczał, że należy mi się kulka w łeb. Trwało to ponad godzinę. Na początku było mi nieprzyjemnie, ale potem po prostu przestałam go słyszeć. Tego się w polityce nauczyłam, żeby nie brać do siebie inwektyw.

Poseł B. (prawie codziennie widać go w telewizji) kiedyś wstydził się zaczepiać ludzi i wchodzić do cudzych domów. Ale gdy został posłem, zrozumiał, że wstyd to przeżytek. Być może wygląda jak nagi wśród ubranych i być może dlatego pokazują go palcami. Ale lubi sobie wyobrażać, że jego opozycja też jest goła i ten widok sprawia mu znaczną ulgę.

Zasada 2: Nie jedź, jeśli cię nie znają

Jeśli nie występowałeś do tej pory publicznie, nie zrobiłeś żadnego skandalu, nie jesteś bohaterem zabawnego filmiku w Internecie, będziesz dla wyborcy tylko kandydatem do koryta i w terenie dostaniesz raczej baty. O ile ktoś w ogóle zechce cię obejrzeć.

Tę brutalną zasadę sprawdził kandydat Marcin w jednej z dzielnic Krakowa w czasie kampanii metodą od drzwi do drzwi, o której słyszał, że jest jeszcze skuteczniejsza niż publiczne spotkania. W czasie trzech tygodni nacisnął tysiąc domofonów, odwiedził 300 mieszkań, uciekał przed czterema psami, w tym jednym rottweilerem, który gonił go do furtki. Raz drzwi otworzył mężczyzna bez majtek, wziął ulotkę, zapytał o zdrowie i zamknął drzwi. – Kiedy ludzie wpuszczali mnie do mieszkania, a ja się przedstawiałem, czułem, że jestem przedstawicielem wrażej elity, która chce się napaść ich kosztem. Po trzech tygodniach kampanii kandydat Marcin położył się z ciężką grypą, zdiagnozowanym stanem depresyjnym i wstrętem do oglądania ludzi w ogóle.

Poseł J. startuje z piątego miejsca na liście PO w okręgu „średnio biorącym”. Druga liga. – Miałem kilka spotkań w szkole, ale przyszli na nie sami znajomi, którzy i tak na mnie zagłosują. Próbowałem namówić kolegów z innych ugrupowań, żeby urządzić debatę na tematy edukacyjne i o tym, jak rozwijać kulturę w regionie. W klubie mówią, że takie tematyczne spotkania, na które przychodzą ludzie z odpowiedniej branży, mają sens. Ale konkurenci odpowiedzieli, że im się nie chce.

Zasada 3: Nie pij

Posła B. prawie codziennie widać w telewizji. – W dwa tygodnie obszedłem dwie dzielnice. Trafiałem na stypy, spotkania rodzinne. Ludzie w ogóle nie chcieli rozmawiać o moim programie, tylko o sobie. Nawet nie narzekali; opowiadali, że ciocia Jadzia, która zmarła na raka trzy lata temu, lubiła ogórkową, a syn się będzie żenił. Częstowali wódką. Czuli, jakbym był ich kumplem, bo mnie znali z telewizora. Przerwałem tę kampanię, bobym został alkoholikiem. Ponadto – tłumaczy B. – kiedy grzęźniesz na cudzych imieninach, to ile domów obskoczysz w ciągu tygodnia?

Obecnie poseł B. jest sceptyczny wobec zorganizowanych spotkań z wyborcami. Ludzie przychodzą i mówią: „A w komisji to pan wyglądał, jakby miał balejaż, a na żywo nie”. Albo: „No, taki młody i przystojny to pan już nie jest”. Poseł B. odmawia więc spotkań, organizowanych debat, nie chodzi nawet na bankiety z establishmentem lokalnym.

Zasada 4: Przygotuj sobie osobowość

Sergiusz Trzeciak, ekspert ds. marketingu politycznego, zajmuje się praktyką zachowań kampanijnych, a nawet przekształca tę praktykę w teorię. Teoria mówi, że zanim mniej znany kandydat zaproponuje wyborcy bezpośrednio swoją osobę, powinien utrwalić swój wizerunek w mediach społecznościowych. Trzeba w tym celu wymyślić coś specjalnego. Dlatego poseł Tadeusz Aziewicz, kandydat PO, występuje w internetowym spocie ze śledziami, a Jędrzej Wijas, kandydat SLD, śpiewa death metal, choć wydaje się to żenujące (ludzie wolą zobaczyć żenola niż człowieka bez właściwości – głosi teoria). Piotr Wipler, startujący z siódmego miejsca na stołecznej liście PiS, przyznaje, że o ile spotkania w realu nie są dla niego specjalnie druzgocące (ostatnio jeden pijany na mityngu w pubie mówił tak niewyraźnie, że inwektyw nie było słychać), o tyle jego profil na Facebooku służy dużej liczbie frustratów. Pisior czy katofaszysta to najlżejsza obelga.

Zasada 5: Zawieź kiełbasę lub szefa

Mniej znany kandydat powinien mieć w zanadrzu kiełbasę wyborczą, na którą zwabi głosy. Najlepiej przywieźć ze sobą zespół muzyczny lub osobę znaną publicznie. Można rozdawać długopisy, baloniki, zeszyty, breloki, urządzić piknik. Dobrze jest przywieźć lidera partyjnego, żeby pokazać, że się człowiek liczy. Sergiusz Trzeciak radzi jednak kandydatom, żeby uważali przy prezentowaniu lidera. Może on świecić zbyt silnym światłem i przyćmić kandydata. Lider może też wzbudzać zazdrość partyjnych kolegów. Przekonali się o tym poznańscy działacze Akademickiego Klubu Obywatelskiego oraz poznańscy kandydaci PiS, którzy 20 września chcieli wręczyć Jarosławowi Kaczyńskiemu Medal Przemysława i nawet zaprosili media na tę uroczystość. Niestety, zaraz musieli odwołać, bo Joachimowi Brudzińskiemu ze Szczecina udało się zmienić trasę prezesa tak, by nie trafił on do Poznania. (– Mogło chodzić o pokaz siły i wzmocnienie pozycji szczecińskiego lidera). Kiedy kandydat ma już kiełbasę wyborczą, powinien poszukać miejsca na spotkanie. Poseł B. odradza stanowczo imprezy otwarte: – Po godzinie ludzie podają ci ręce upaprane karkówką i ketchupem, po półtorej są pijani i trzeba uciekać.

Zasada 6: Zadbaj o atmosferę

Kandydat Marcin: – Mieliśmy spotkanie w szkole. Zapytałem moją publiczność, czy jest jakiś problem lokalny, który moglibyśmy wspólnie rozwiązać. Wstała pani i widziałem, że bardzo chce mi pomóc. Powiedziała, że potrzebna w okolicy jest szkoła. Powiedziałem grzecznie, że przecież właśnie siedzimy w szkole. Skonfundowała się, pomyślała chwilę i powiedziała, że w takim razie potrzebna jest druga szkoła.

Poseł C., kandydat z trzeciego miejsca na liście swojej partii: – Poszedłem na spotkanie. Powiedzmy, że to było Choszczno, choć spotkanie naprawdę odbyło się w innym mieście. Trafiłem na grupę osób, która mnie przekonywała, że tylko zbudowanie stacji kosmicznej w ich mieście mogłoby zaktywizować ludność lokalną. Jak mogłem tam zdobyć głos?

Sergiusz Trzeciak uważa, że kandydat, który pozwala sobie mówić o stacji kosmicznej, nie odrobił lekcji z marketingu. Żeby atmosfera była odpowiednia, kandydatowi potrzeba na spotkaniu jeszcze co najmniej pięciu przeszkolonych osób i sprawnego prowadzącego. Prowadzący bierze na siebie rolę złego policjanta i odbiera głos pieniaczom. Przeszkoleni biją brawo i wspierają kandydata w odpowiednich momentach. Powinni siedzieć w pierwszym rzędzie, w ostatnim, jeden na środku, reszta – oskrzydlać spotkanie. Kiedy na spotkaniu ktoś wstaje i mówi za długo, najpierw wkracza prowadzący (nigdy kandydat), a kiedy wyborca nie chce przestać, ostatnią instancją jest zaufany ze skrzydła, który powinien powiedzieć żarcik ośmieszający gadającego. Poziom żartu zależy od wyrafinowania widowni. Do środowiska wiejskiego nadaje się np. żart typu: Co, żona ci w domu nie daje… pogadać. Na spotkaniu uniwersyteckim nie przejdzie, choć – przyznają specjaliści – standardy się szybko zmieniają.

Zasada 7: Nie bądź rozczarowany wyborcą

Poseł Jan Łopata z PSL przyznaje masochistycznie, że spotkania z wyborcami go wręcz napędzają, choć satysfakcję miał większą jako samorządowiec. Wtedy wiedział, że jak coś obieca, to będzie miał szansę to spełnić. Jako kandydat na posła tej pewności nie ma. – Na przykład zakład mięsny w Bogaczowie skupił od rolników rzepak, ale im nie zapłacił. Rolnicy chcieliby, żebym ja wziął tych ludzi z zakładu, zaciągnął ich do banku, kazał wypłacić pieniądze. A jedyne, co im mogę obiecać, to fundusz skupowy. To ich nie satysfakcjonuje, bo za długo na pieniądze trzeba czekać.

Małgorzata Kidawa-Błońska pamięta, że kiedy na początku 2001 r. zaczynała karierę polityczną, na pierwszym spotkaniu w Ursusie wyborcy ją opluli. – Chciało mi się płakać, ale nie uciekłam, udało mi się wysłuchać tych ludzi. Obserwuje ona obecnie znaczną redukcję czystego chamstwa. – Trzeba jednak przyznać, że mało jest dyskusji merytorycznej. Przygotowujemy naszych kandydatów, żeby nie byli rozczarowani. Zarządzanie emocjami to podstawa sukcesu.

Poseł B., sceptyczny, odbył w swojej karierze ponad 300 spotkań: – Dwa razy zadano mi pytanie o program i realizację.

Poseł C.: – Witam się i zaraz słyszę narzekania, że bezrobocie, że nic się nie dzieje, że politycy kradną i wszyscy są tacy sami. Ale jest przygotowany. – Zawsze, jak idę na spotkanie, to sobie wybieram jakąś dziurę w jezdni i zepsutą latarnię. I mam jak znalazł. Jak się który przyczepi, to pytam: a pan widział tę dziurę? Gdzie pan napisał w tej sprawie? Jak się pan przyczynił? I mam go w garści, bo oni są raczej apatyczni i nic im się nie chce.

Doradca Trzeciak nie pochwaliłby posła. Naczelną zasadą relacji z wyborcą jest unikanie konfrontacji. Trzeba mówić: rozumiem pana zdenerwowanie, nigdy: pan nie ma racji. – A już agresywny kandydat jest zagrożeniem śmiertelnym. W Anglii uczą polityków, by na hasło: fuck you!, jak automat odpowiadali: bless you! Mają świetne rezultaty.

Wracając do Choszczna, poseł C. ma wrażenie, że na spotkania przedwyborcze przychodzi specyficzna grupa, która ma emocjonalne braki. – Opowiadałem kumplowi z partii opozycyjnej o dziwakach, którzy przyszli kłócić się na moje spotkanie. Mówię: facet z łysiną, z wąsem, z jamnikiem na smyczy. A on na to, że ten sam gość z kolegą wykrzykują na jego mityngach. Więc pomyślałem, że gdy dziwni ludzie wysiadują na spotkaniach z kandydatem, normalni kupują ogórki na targu. Wolę pójść do tych, co kupują ogórki.

Zasada 8: Graba i pędzisz dalej

Doradca Trzeciak przyznaje, że bardziej nowocześni kandydaci odchodzą obecnie od zorganizowanych spotkań z wyborcą. Chyba że chodzi o branżową, merytoryczną dyskusję, co jest rzadkością. Ważniejsza jest ulica. Rozumie to kandydat Wipler z PiS i w ciągu tygodnia objedzie Warszawę wynajętym tramwajem.

Poseł J. też stoi na ulicy (miasto 20-tysięczne, na skraju okręgu), ale mu przykro, że nikt nie chce brać od niego ulotek. Jutro poprosi córkę, żeby mu pomogła. Poseł C. realizuje się za to w kontaktach ulicznych: – Idę na rynek i zaczepiam przechodniów. Przede mną stoją wynajęci ludzie i rozdają moje ulotki. Interesują mnie ci, którzy są na granicy przekonania. Jak ktoś mówi: ty gnoju, omijam go wielkim łukiem. Jak mówi, że jestem ekstra uśmiecham się, graba, i pędzę dalej.

Polityka 40.2011 (2827) z dnia 27.09.2011; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "W Polskę, panowie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną