Kraj

Daj, premierze, daj!

My wam, wy nam, czyli handel przedwyborczy

„Każdego dnia możemy śledzić, jak premier zanurza się w tłum, ściskając ręce i wysłuchując ludzkich dramatów i próśb o pomoc”. „Każdego dnia możemy śledzić, jak premier zanurza się w tłum, ściskając ręce i wysłuchując ludzkich dramatów i próśb o pomoc”. Image Source / EAST NEWS
Jarosław Kaczyński podarował ogrodnikowi folię, a premier Tusk pani Teresie załatwił pracę. Czy tak powinno funkcjonować dobre państwo?
„Politycy jeżdżą po Polsce, demonstrując wrażliwość społeczną i empatię. Ciągną do nich przede wszystkim ludzie nieszczęśliwi, z poczuciem rzeczywistej lub urojonej krzywdy”.BEW „Politycy jeżdżą po Polsce, demonstrując wrażliwość społeczną i empatię. Ciągną do nich przede wszystkim ludzie nieszczęśliwi, z poczuciem rzeczywistej lub urojonej krzywdy”.
„Uczestniczący w kampanii politycy utrwalają przekonanie wśród Polaków, że tylko władza może zadbać o ich życie (jak żyć?) i nadać mu sens”.Corbis „Uczestniczący w kampanii politycy utrwalają przekonanie wśród Polaków, że tylko władza może zadbać o ich życie (jak żyć?) i nadać mu sens”.

Kiedy Andrzej Ż. oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił przed Kancelarią Premiera, Donald Tusk podróżował wyborczym autobusem, zwanym popularnie tuskobusem. Niedoszły samobójca ciężko poparzony trafił do szpitala. Na wieść o dramatycznym wydarzeniu premier Tusk przerwał wyborczą podróż i wrócił do Warszawy. Wyjaśnił, że musi osobiście zająć się tą sprawą i odwiedzić Andrzeja Ż. w szpitalu. Był z pewnością świadomy, że samobójcza próba – o dość na razie niejasnym charakterze – może okazać się bolesnym ciosem dla kampanii jego partii.

List Andrzeja Ż. napisany jest bowiem w tonacji przedwyborczej. Ż. informuje w nim, że jest rozczarowanym wyborcą PO, stracił wiarę w państwo, miał kłopoty z pracą, z długami, ze zdrowiem. Dla opozycyjnych strategów (choć desperat pisał wcześniej skargi także do liderów PiS i SLD) to mogłaby być wymarzona broń. Jedynym kłopotem jest to, że stacje informacyjne nie mają odpowiednio „mocnych” obrazów i tez do ilustrowania materiałów o samobójczej próbie, więc medialna atrakcyjność tematu maleje. Poparzony człowiek leży w szpitalu izolowany przez lekarzy, więc nie można go odwiedzić w towarzystwie kamer i zadeklarować pomocy, a o zaproszeniu na wyborczy wiec czy występ w reklamie nie ma nawet co myśleć.

Taka jest logika tej kampanii, taka jej narracja. Politycy jeżdżą po Polsce, demonstrując wrażliwość społeczną i empatię. Ciągną do nich przede wszystkim ludzie nieszczęśliwi, z poczuciem rzeczywistej lub urojonej krzywdy, przekonani, że jeśli dotrą przed oblicze polityka, odpowiednio głośno wykrzyczą swój żal, a kamery to zarejestrują, ich los się odmieni. Łzy, żal, pretensje są fotogeniczne i budzą emocje, a telewizja żywi się emocjami. Dlatego w relacjach polityków z podróży po kraju niewiele można zobaczyć codziennej Polski pokonującej trudności, dorabiającej się, osiągającej sukces. Zamiast tego rozciąga się morze nieszczęścia i roszczeń.

Znany socjolog i politolog prof. Radosław Markowski, opisując dwie największe grupy wyborców – „platformerską” i „pisowską” – zauważył, że ten podział ma widoczny fundament ekonomiczny: ta pierwsza Polska to głównie ludzie pracujący i płacący podatki, ta druga to w znacznej mierze Polska budżetowa, czekająca na listonosza, utrzymująca się ze świadczeń, dotacji, zasiłków, rent i emerytur. Ta pierwsza utrzymuje tę drugą, ale kampania, paradoksalnie, adresowana jest niemal wyłącznie do „rzeczpospolitej oczekującej”.

Tuskobus, którym premier ruszył w podróż przez „Polskę w budowie”, by nieść dobrą nowinę o szansach rozwojowych, jakie tysiącom miast i miasteczek dały (i dadzą) unijne inwestycje, zyskał już nową nazwę: ruchomej ściany płaczu. Każdego dnia możemy śledzić, jak premier zanurza się w tłum, ściskając ręce i wysłuchując ludzkich dramatów i próśb o pomoc. Wie dobrze, że stąpa po polu minowym. Śledzony przez kamery, musi cyzelować każde słowo, nie może za dużo obiecywać, ale nie może też nie obiecywać; nie wolno mu także zrobić żadnego grymasu, który mógłby zostać zinterpretowany jako objaw lekceważenia albo arogancji. Od czasu słynnej wizyty u powodzian premiera Włodzimierza Cimoszewicza i frazy „trzeba się było ubezpieczyć”, która uznana została za objaw arogancji władzy, każdy polityk dobrze wie, czym grozi nadmierna szczerość.

Wiedzą to także inni ważni pasażerowie tuskobusu, którzy na zapleczu odgrywają podobne role. Kto się nie dopcha do premiera, próbuje swoje skargi kierować do nich. Na jednym z amatorskich filmów w Internecie można zobaczyć, jak ministra Pawła Grasia, wędrującego za Donaldem Tuskiem ulicami któregoś z miast, łapie za mankiet starszy pan, prosząc o załatwienie wizyty u okulisty, bo ma zaćmę i nie może się dostać do lekarza.

Nie wiadomo, czy starszy pan trafił już do lekarza. Wiadomo, że los Teresy Milczarek z Kutna, której premier wysłuchał na ulicy i otarł łzy, w cudowny sposób uległ odmianie. Odwiedzili ją wysłani przez szefa rządu urzędnicy wojewody, będzie miała pracę, a chory mąż leczenie. Zapewne niedoszły samobójca Andrzej Ż. też mógłby liczyć na jakąś pomoc po spotkaniu z premierem. Teraz jednak najbardziej potrzebuje pomocy lekarskiej, a kiedy wyjdzie ze szpitala (oby!), będzie już po wyborach i jego los zapewne straci swą polityczną nośność.

Być może odmieni się za to los Stanisława Kowalczyka, ogrodnika spod Radomia, tego od papryki, któremu wichura zerwała pokrycie z foliowych tuneli. Swoją złość na bezduszne państwo, które patrzy obojętnie na jego zniszczone tunele, wykrzyczał w oczy premierowi, a kamery to zarejestrowały. Zaczął od kultowego w tej kampanii zwrotu „jak żyć, panie premierze?!”. Donald Tusk nie zapytał, co ogrodnik sam zrobił, nie spytał o ubezpieczenie (wiadomo – Cimoszewicz), kredyty klęskowe ani czy było jakieś wsparcie ze strony lokalnego samorządu albo wojewody (ten stał obok i próbował to wyjaśnić, ale nikt go nie słuchał). Przyjął logikę ogrodnika, że za wichurę odpowiada państwo, i dość niemrawo tłumaczył się, że nie można „budżetować wszystkich kataklizmów, bo zabrakłoby pieniędzy w budżecie”. Nie wypadło to wiarygodnie, bo politycy wszystkich opcji od dawna ugruntowali społeczne przekonanie, że za zjawiska pogodowe odpowiada państwo. Nie tylko za huragany, ale i skutki powodzi, nawet u tych, którzy stawiają domy na terenach zalewowych.

Niezagospodarowaną krzywdę Kowalczyka postanowił wykorzystać Jarosław Kaczyński. Pan paprykarz – rozgoryczony i elokwentny – stał się bohaterem kampanii PiS, a papryka partyjną maskotką. Ogrodnik wystąpił z przemówieniem na partyjnej konwencji, a jego gospodarstwo odwiedził w towarzystwie licznych kamer sam prezes Kaczyński. W decydującej fazie wizyty na podwórko wjechał luksusowy pikap Nissan Navara, wiozący kilka bel plastikowej folii. Ten podarunek dostarczył Daniel Obajtek, wójt Pcimia i lider PiS w powiecie myślenickim.

Tłumaczył przed kamerami, że premier Tusk, gdyby chciał, mógłby Kowalczyka obsypać tonami folii. Wystarczyło powiedzieć jedno słowo. Ale Donald Nic-Nie-Mogę Tusk tego nie zrobił, bo obojętny jest mu los zwykłego człowieka. Za to wójt Wszystko-Mogę zrobił zbiórkę i folia jest, chwalił go prezes jego partii, stojąc na podwórku zasobnego i zadbanego domu ogrodnika. Widoczna zamożność psuła trochę efekt, bo w mediach zaczęła się ocena, kto bardziej zasługiwał na pomoc: pan paprykarz, a może jego sąsiad, który po nawałnicy zaciągnął kredyt na budowę tuneli? A może pani Teresa z Kutna? Ogrodnik w wywiadach tłumaczył, że choć wykrzyczał dramatyczne „jak żyć?”, to żyć z czego ma, ale niepokoi się o przyszłość. Jak sobie poradzi za rok albo dwa?

Taki niepokój towarzyszy tysiącom właścicieli małych i dużych firm, którzy starają się sobie radzić, nie oglądając się na polityków.

Na pojedynek, kto jest bardziej wrażliwy na ludzką krzywdę, można patrzeć jak na element przedwyborczego telewizyjnego widowiska. To efekt tabloidyzacji polityki, dyktatu brukowców, które kochają szantażować polityków tytułami: „premier wozi się luksusowym autobusem, a pan Jan, emeryt (lat 60), musi żyć za tysiąc złotych”. Jest w tym także powtórka z czasów realnego socjalizmu, kiedy obywatel miał wbijane do głowy przekonanie, że wszystko, co ma, zawdzięcza władzy. Także dzisiaj uczestniczący w kampanii politycy utrwalają przekonanie wśród Polaków, że tylko władza może zadbać o ich życie (jak żyć?) i nadać mu sens. Powinna dać pracę, zasiłek, kredyt, a premier powinien wozić ze sobą ogrodniczą folię. Tyle że kiedy polityk w okresie przedwyborczym przebiera się w szaty Świętego Mikołaja i robi prezenty, fałszuje rzeczywistość, utrwala bezradność i postawy roszczeniowe.

Taki typ relacji psuje państwo. Społeczeństwo obywatelskie? Okazuje się, że nie istnieje. Nikt nie pyta, jak działa administracja, samorząd, lokalna społeczność, organizacje pozarządowe. Co one zrobiły? Co wreszcie zrobił sam zainteresowany i jego rodzina? Na ile jest odpowiedzialny za własne życie? Zamiast tego liczy się indywidualny akt łaski, i to nawet nie dla najbardziej potrzebującego, ale dla tego, kto ma donośniejszy głos, bardziej sugestywną opowieść, kto wpadł w oko kamery. Gdyby dziś ktoś chciał wykorzystać hasło wyborcze sprzed 20 lat „bierzmy sprawy w swoje ręce”, potraktowano by to jako prowokację.

Kiedy Jarosław Kaczyński deklaruje, że będzie premierem z przydomkiem „wszystko mogę” i „da się zrobić”, gra cynicznie. Był premierem i przekonał się wielokrotnie, że wszystkich domagających się pomocy z budżetowej kasy zaspokoić nie sposób. Zwłaszcza dziś, gdy światowa gospodarka drży w posadach. Nie przeszkadza to obiecywać 2,5 mld zł na świadczenia dla najuboższych, 14 mld na dodatek dla emerytów i rencistów, jakichś kuponów dla studentów, dotacji dla małych firm, wydłużenia urlopów macierzyńskich. Politycy – to zwłaszcza przywilej opozycji – nauczyli się odpowiadać na pytanie „skąd wziąć pieniądze?” obezwładniającą frazą: są wydatki, na które pieniądze muszą się znaleźć.

Wydaje się, że wyborcy, po 20 latach praktykowania demokracji, nie powinni takiej paplaniny traktować serio. Ale być może politycy mają własne badania i intuicję, które podpowiadają, żeby wyborcę traktować jak dziecko – spragnione opieki, zdjęcia odpowiedzialności, a przede wszystkim niezdolne do zrozumienia złożoności świata. Na tej paternalistycznej (skądinąd uwłaczającej) logice zbudowane są kampanie właściwie wszystkich partii.

Jednym z wielu przykładów (tym razem z PO w głównej roli) jest sprawa cen paliw. W początkowym okresie kampanii, kiedy PiS „drożyznę” planował uczynić przewodnim tematem, politycy tej partii zaczęli powtarzać, że Jarosław Wszystko-Mogę Kaczyński poradziłby sobie z wysokimi cenami na stacjach. Wezwałby prezesów spółek naftowych i przekonał do obniżki cen. Najwyraźniej Donald Tusk posłuchał tej rady, bo kontrolowane przez państwo spółki Orlen i Lotos nagle obniżyły ceny na swoich stacjach, choć sytuacja rynkowa tego nie uzasadniała. Temat drogiego paliwa zniknął jednak z kampanii.

Być może cieszą się kierowcy – choć jakoś tego nie demonstrują, bo ceny nie wróciły do przedkryzysowych poziomów, martwią się za to setki właścicieli niezależnych stacji, bo muszą kupować od Orlenu i Lotosu w hurcie paliwo po tej samej cenie, po jakiej obie firmy oferują je w detalu na swoich stacjach. Dla wielu może to się skończyć bankructwem. Zaciskają zęby czekając, kiedy ta kampanijna promocja wreszcie się zakończy. Bo takie ekonomiczne cuda możliwe są tylko na krótką metę. Żaden właściciel stacji nie wykrzyczał premierowi pytania „jak żyć?”. Choć w tym przypadku adresat byłby właściwy.

Nie ma dziś – i w demokracji nie może być – polityków wszechmogących, którzy wszystko załatwią, jeśli się tylko dowiedzą o bolączkach ludu (najbliższe adresy dobrych władców to Łukaszenka i Putin). Przekonywanie w kampanii, że jest inaczej, deformuje relację między politykami i wyborcami, tworzy wśród wielu obywateli złudne nadzieje, które potem zamieniają się w złość i rozczarowanie. Zawstydzająco niska frekwencja wyborcza jest jednym z efektów tego rozczarowania.

Polityka 40.2011 (2827) z dnia 27.09.2011; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Daj, premierze, daj!"
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną