Kraj

WszechPrzewodniczący

Przestroga na 2012: Tusk i pokusa władzy absolutnej

Model rządów Tuska - coraz częściej bardzo silne przywództwo. Model rządów Tuska - coraz częściej bardzo silne przywództwo. REUTERS/Peter Andrews / Forum
Po wyborach i sukcesie prezydencji pozycja premiera jest silniejsza niż któregokolwiek z jego poprzedników. W rządzie i partii nie ma konkurencji, pojawiają się jednak pytania, czy Donald Tusk nie stał się jedynym, monopolistycznym ośrodkiem władzy w Polsce.

- Gdyby Donald kazał wybrać na szefa klubu PO krowę, posłowie wybraliby krowę – to zdanie, wypowiedziane przez osobę z kierownictwa Platformy, dobrze obrazuje zarówno pozycję, jaką w ostatnich tygodniach zyskał w partii premier, jak i stan ducha platformianych parlamentarzystów.

Po wyborach, które Platforma wygrała głównie dzięki zaangażowaniu Donalda Tuska, premier skupił w swoim ręku ogromną władzę. Właściwie niepodzielnie rządzi partią, kontroluje klub parlamentarny, a także - mimo obecności koalicyjnego PSL - w znacznej mierze rząd. Stał się na tyle silny, że bez większych perturbacji pozbył się Grzegorza Schetyny - największego konkurenta w partii, „lidera wewnątrzpartyjnej opozycji”, który ze stanowiska marszałka Sejmu spadł na fotel szefa komisji spraw zagranicznych.

Pozycję i autorytet premiera wzmocniła jeszcze dobiegająca końca półroczna prezydencja Polski w UE. Tusk, którego notowania w Brukseli sukcesywnie zwyżkują, zbierał pochwały od najbardziej prominentnych polityków unijnych. Martin Schulz, szef socjalistów w europarlamencie, który w połowie stycznia zastąpi Jerzego Buzka w fotelu przewodniczącego PE, stwierdził nawet, że była to jedna z najlepszych prezydencji w ostatnich 15 latach.

Nie dziwne więc, że z taką pozycją - i to jeszcze w sytuacji narastającego zagrożenia rozlewającym się po Europie kryzysem - premier może czuć się bardzo pewnie. I pozwalać sobie na znacznie więcej niż do tej pory.

Sejm bez świętych krów
Wszyscy na Wiejskiej widzieli, jak premier bez mrugnięcia okiem wykonał roszady personalne po wyborach. Twardą ręką potraktował wszelkie głosy sprzeciwu. - Nawet najważniejsi politycy PO niechętnie podejmują dziś decyzje bez akceptacji Tuska. Oglądają się na siebie i czekają, co powie szef. Nie chcą się narażać – mówi osoba z kierownictwa Platformy.

Tak było chociażby z wyborem przewodniczących komisji sejmowych. Kandydaci zostali wybrani w klubie, ale ostateczny - decydujący głos - należał do premiera. Wyłącznie do Tuska należało wcześniejsze wskazanie obsady najważniejszych stanowisk w Sejmie – marszałka, wicemarszałka oraz szefa klubu. Premier usunął wszystkich, którzy zajmowali je w poprzedniej kadencji, stawiając na nowe nazwiska.

Przy okazji podzielił stanowiska tak, aby przedstawiciele najważniejszych frakcji w Platformie poczuli się usatysfakcjonowani – „tuskowcy” w osobie Ewy Kopacz dostali najważniejsze stanowisko w parlamencie, czyli marszałka Sejmu, „schetynowcy” – szefa klubu (został nim Rafał Grupiński), zaś „spółdzielcy” – fotel wicemarszałka, który zajął Cezary Grabarczyk. – Tusk w ten sposób pokazał, że nie ma w partii świętych krów i że na trudne, kryzysowe czasy potrzebna jest świeża krew. Reszta ma się wziąć ostro do roboty, by do wakacji sprawnie przeprowadzić przez Sejm pakiet ustaw, które mają wprowadzić zmiany ogłoszone w expose – tłumaczy poseł PO.

Ale premier nie tylko wymaga od posłów ciężkiej pracy. Żąda także pełnej mobilizacji i koncentracji, bez której nie tylko ambitny program reform, ale i jego władza, może zostać poważnie zachwiana. Przewaga PO w Sejmie to zaledwie kilka głosów. Wystarczy, że paru posłów nie przyjdzie na ważne głosowanie, a opozycja się zmobilizuje i już Platforma ma problem.

Bez litości
O tym, że premier nie będzie miał litości, jeśli któryś z nich poważnie zawali, świadczy wydarzenie z początku grudnia. Jak informowało radio RMF FM, premier lecąc do Marsylii na ważny szczyt Europejskiej Partii Ludowej (należy do niej Platforma) nie zabrał ze sobą 30–osobowej delegacji posłów PO. Miała być to kara za to, że parlamentarzyści, z marszałek Ewą Kopacz i szefem komisji spraw zagranicznych Grzegorzem Schetyną na czele, przegapili zmianę terminu głosowania na szczycie – odbyło się ono dzień wcześniej. Gdy przez kancelarię szefa rządu ta informacja dotarła do Tuska, ten postanowił ukarać zapominalskich.

Ale podporządkowanie premierowi to nie tylko efekt mieszaniny respektu i poważania, jakim niewątpliwie Tusk cieszy się wśród posłów PO. Wielu zdaje sobie sprawę, przed jak poważnymi stoją wyzwaniami i jak poważne mogą być konsekwencje, jeśli im nie sprostają. – Nie wiadomo jak rozwinie się kryzys i jak mocno w nas uderzy. Jeśli nastąpi kolejne tąpnięcie, cały budżet, który właśnie uchwalamy, będzie można wyrzucić do kosza – tłumaczy jeden z ważnych posłów Platformy.

Rząd zderzaków
Równie twardą ręką premier zawiaduje ministrami. Postawił na lojalność – w drużynie znaleźli się głównie ci, którzy nie są w stanie zagrozić pozycji premiera i których w razie czego łatwo można wymienić, jeśli zawiodą. Jak zderzaki, o których wspomniał w dniu powoływania rządu. Funkcję kontrolną i koordynującą pracę ministerstw ma w imieniu premiera sprawować silniejsza niż dotąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, do której trafili najbardziej lojalni i zaufani współpracownicy. Każdy z ministrów dostał lub w najbliższym czasie dostanie harmonogram pracy nad projektami z expose. Jego niewypełnienie może oznaczać szybką dymisję.

Ministrowie zabrali się więc ostro do pracy, umykając przed światem w swych gabinetach. Media informowały nawet, że na wyraźne życzenie premiera paru z nich (m.in. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin) dostało zakaz publicznego wypowiadania się do czasu poznania swych resortów. Informacje te dementował co prawda rzecznik rządu Paweł Graś, ale mało kto w nie uwierzył.

Przynajmniej nie ci ministrowie, którzy mają doświadczenie jeszcze z pracy w poprzednim rządzie PO–PSL. – Premier i jego otoczenie niezbyt lubią tych, którzy wykazują się dużą aktywnością medialną – twierdzi jeden z nich. W rządzie i wśród polityków PO można usłyszeć głosy, że zbyt częsta obecność w mediach kosztowała utratę stanowiska przez poprzednika Gowina, Krzysztofa Kwiatkowskiego. – Dlatego lepiej za bardzo się nie udzielać. Każdy zdaje sobie sprawę, że premier może podpisać ich dymisję jednym ruchem pióra – twierdzi poseł z klubu PO.

O tym, że „nie będzie zmiłuj”, premier przypomina na każdym kroku. Nawet wojewodom podczas spotkania przy okazji wręczania im nominacji. Powiedział, że zostali powołani na czas nieokreślony i że to sformułowanie mają traktować bardzo dosłownie.

Na razie sprawując władzę twardą ręką premier może czuć się pewnie. Sondaże sprzyjają Platformie (ostatni sondaż OBOP dla „Gazety Wyborczej” daje jej 38 proc. poparcie). Sytuacja ekonomiczna kraju też jest dobra (wzrost gospodarczy w trzecim kwartale tego roku przekroczył 4 proc.). Mimo to część polityków i ekspertów ostrzega premiera przed trzymaniem się tego modelu sprawowania władzy. - Jeśli Tusk tylko rozstawia ludzi, dając im swobodę działania, to nie jest źle. Ale jeśli wiąże się z tym brak autonomii ministrów i działaczy partii, to wtedy może dojść do zablokowania procesu decyzyjnego – ostrzega prof. Jacek Raciborski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, badacz polskiego życia politycznego. A to może być zgubne w sytuacji, gdy trzeba będzie szybko przepychać przez Sejm ważne ustawy.

Król-słońce
Po niedawnym szczycie w Brukseli, na którym zapadły decyzje dotyczące ratowania strefy euro, premiera skrytykował Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent wytknął Tuskowi i jego ministrom, że odpowiednio nie poinformowali opinii publicznej, z czym polski rząd jedzie na szczyt. Nie uprzedził też o słynnym berlińskim wystąpieniu szefa MSZ Radosława Sikorskiego. - Po wyborach coś w komunikacji między rządem a społeczeństwem zawodzi - stwierdził Kwaśniewski, który przypomniał, że do tej pory rząd Tuska znany był ze sprawnego PR.

Najbliższym zagrożeniem dla gabinetu PO – PSL będzie już uchwalanie priorytetowych ustaw, które - jak można się spodziewać – mają przechodzić przez parlament w szybkim tempie. Dlatego pojawiają się obawy, że z Wiejskiej wyjdą przepisy wadliwe, które albo zawetuje prezydent, albo opozycja zaskarży do Trybunału Konstytucyjnego. – I wtedy zamiast przyspieszenia, nastąpi dramatyczne opóźnienie – ostrzega prof. Raciborski. Czym to grozi, przekonał się rząd AWS – UW, który pod koniec lat 90. w pośpiechu wprowadzał cztery wielkie reformy i szybko roztrwonił społeczne poparcie. Niektóre z nich – na przykład emerytalna - pozostały niedopracowane przez całą dekadę, przez co nigdy w pełni nie weszły w życie.

Zdaniem socjologa, gdyby taki scenariusz miał się powtórzyć w przypadku PO, na niekorzyść partii zadziałałby dodatkowo model władzy, jaki zbudował Tusk. Jest on charakterystyczny dla partii oligarchicznych, w których dla sprawnego zawiadywania dużą liczbą działaczy potrzebna jest zhierarchizowana struktura z silnym liderem na czele. - Ten styl przywództwa prowadzi do sytuacji zero-jedynkowych: albo się wygrywa wszystko, albo się wszystko przegrywa. Dopóki partia zwycięża, jest w porządku. Ale gdy nadchodzi kryzys okazuje się, że partia jest na niego nieodporna, bo nie potrafi zareagować zmianą przywództwa. To może w konsekwencji prowadzić do jej rozpadu – tłumaczy prof. Raciborski.

Oczywiście w przypadku PO groźba zrealizowania takiego scenariusza jest bardzo odległa, wręcz niewyobrażalna. - Obawa, że premierowi uderzy woda sodowa, istnieje. Ale widać, że Donald Tusk bardzo dużo się nauczył. Patrząc choćby na to, kogo dobiera do grona doradców wygląda na to, że chyba jednak potrafi słuchać – twierdzi prof. Radosław Markowski, politolog z SWPS i Instytutu Studiów Politycznych PAN. - Nie odnoszę wrażenia, że jest, jak określał to Giovani Sartori, umysłem zamkniętym ideologicznym, który nie dopuszcza do siebie ocen innych niż swoje.

Jednak przykłady Unii Wolności, ale przede wszystkim SLD, które dziesięć lat temu wydawało się hegemonem, uczą, że sytuacja potrafi się szybko zmieniać. Przede wszystkim zaś – że partie bywają zadziwiająco mało odporne w sytuacjach, gdy poważnemu nadwątleniu ulega pozycja ich lidera, a równorzędnych następców brak.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną