Kraj

Władca zielonej wyspy

Platforma traci, a w co gra Donald Tusk?

„Tusk okazał się premierem, którego mandatem do władzy nie były działania rządu, lecz opozycji”. „Tusk okazał się premierem, którego mandatem do władzy nie były działania rządu, lecz opozycji”. Mirosław Gryń / Polityka
Choć rządzi Polską od pięciu lat, wciąż pozostaje zagadką. Nie wiemy, czy Donald Tusk posiadł wiedzę, której inni nie mają. Czy też nie rozumie tego, co dla innych jest jasne.
„Premier swoją antypolityką chce posłużyć się w epoce, która zdaje się prosić o realną politykę, o śmiałe i wyraziste decyzje”.Mirosław Gryń/Polityka „Premier swoją antypolityką chce posłużyć się w epoce, która zdaje się prosić o realną politykę, o śmiałe i wyraziste decyzje”.
Robert Krasowski.Tadeusz Późniak/Polityka Robert Krasowski.

Im dłużej na Tuska patrzymy, tym trudniej go rozgryźć. Bez wątpienia jest twardy i zdolny do ryzyka. Pokazał to w 2007 r., kiedy bez najmniejszego problemu pokonał Kaczyńskiego. W bezpośrednim pojedynku, w debacie wyborczej, znokautował rywala, przesądzając o zwycięstwie Platformy. Polityk, w którym Geremek widział „chłopca w krótkich spodenkach”, którego Roman Giertych nazywał „ciamciaramcią”, pokonał najostrzejszego gracza swojej epoki. Jego intronizacja miała więc w sobie rozmach. Nie był premierem, który władzę dostał na tacy, ale ją wydarł w najbardziej brutalnej wojnie na górze, jaką widziała III RP.

Jednak jako premier pokazał inne oblicze, bardzo kunktatorskie, gdyby nie wcześniejsza bitewna odwaga, można by powiedzieć – tchórzliwe. Od samego startu prowadził najbardziej minimalistyczną politykę, jaką widziała polska demokracja. Lider najbardziej reformatorskiego środowiska lat 90. dekadę później stał się czołowym wrogiem reform. Równie fanatycznym w swojej nowej roli, co entuzjastycznym w poprzedniej.

Doszło do tego, że to właśnie jemu Leszek Balcerowicz powiesił sławny zegar zadłużenia. Bo żaden premier od 1989 r. nie wydawał publicznych pieniędzy tak lekko i tak niepotrzebnie. Wydawał tylko po to, aby społeczeństwo nie poczuło najmniejszego bólu, aby nie mogło zgłosić wobec rządu najmniejszej pretensji. Do tego doszedł sławny piar, w którym najciekawszy był nie jego rozmach, ale cel. Otóż był stosowany nie po to, aby nagłośnić sukcesy w rządzeniu, ale aby ukryć fakt, że władza do takich sukcesów w ogóle nie dąży.

Co Tuskiem kierowało – mądrość, oportunizm czy lękliwość? Z relacji, jakie dochodzą z otoczenia premiera, wynika, że Tusk uważa, że przyszło mu rządzić w czasie marnym. Naprzeciw siebie ma prostacką opozycję. Obok tandetnego koalicjanta. A za sobą własną partię, którą gardzi równie głęboko. I wreszcie polskie państwo, w którego możliwości nigdy nie wierzył. Uznał więc, że z takim wojskiem nie będzie próbował ambitnej polityki. Poza tym widział, jak kończyli jego poprzednicy; im większe mieli plany, tym większe ponosili klęski. Bo społeczeństwa nie znoszą reformatorów. Tusk pobrał tę lekcję kilkukrotnie, i to na własnej skórze. Poczynając od porażki KLD w 1993 r., aż po wielką klęskę z 2005 r., kiedy straszenie Polską liberalną i pustą lodówką pozbawiło go podwójnej wygranej. Te doświadczenia wyleczyły go nie tylko z ambitnych projektów. Wyleczyły go z wszelkich projektów.

Poznał społeczeństwo aż nazbyt dobrze. Ta wiedza go zniechęciła. Sprawiła, że powstała władza bez agendy, nastawiona na trwanie. Władza człowieka, który w rządzenie nie wierzy. To tak, jakby ateista został papieżem, aby ustrzec papiestwo przed skutkami nadmiernej wiary. W swojej ocenie społeczeństwa miał Tusk wiele racji. Jednak zbyt konsekwentny sceptycyzm sprawił, że Tusk wyszedł z roli chłodnego mędrca. Bo o ile zrozumienie ograniczeń, jakim podlega premier, było przejawem zimnej inteligencji, o tyle poddanie się im wszystkim, bez najmniejszej walki, miało charakter rejterady. Po co w takim razie brał władzę? Żeby się napawać swoją diagnozą, świadomością słabości mas? A potem tej słabości pokornie służyć? Taka strategia nie wydawała się sukcesem politycznego rozumu, lecz jego porażką. A także złamaniem niepisanej reguły, że nawet w demokracji premier nie jest sługą większości, lecz jej liderem. Zwłaszcza w Polsce, gdzie reformowanie ciągle jest postrzegane jako cel rządzenia.

Mimo pojawiających się czasem narzekań, Tusk jednak spokojnie kontynuował swój eksperyment. Bo przyszło mu rządzić w wyjątkowej epoce. Dwie niepowtarzalne okoliczności dały premierowi całkowitą swobodę. Po pierwsze, naprzeciw niego stał Jarosław Kaczyński. Polityk wyjątkowy, który wystraszył ponad połowę Polaków. Prawicowi publicyści widzieli w tym strachu manipulację mediów, ale niesłusznie. Te lęki były spontaniczne, niechęci do Kaczyńskiego nikt nikomu suflować nie musiał. I chyba nikt by nie potrafił. Siła toksycznej osobowości Kaczyńskiego jest tak duża, że zarówno wyznawców, jak też wrogów werbował sobie bez niczyjej pomocy. Nic dziwnego, że to Kaczyński stanął w centrum politycznej uwagi. Zaś Tusk okazał się premierem, którego mandatem do władzy nie były działania rządu, lecz opozycji. On nie musiał się starać. Dla swojego elektoratu nie był premierem, lecz dzielnym hetmanem, który skutecznie trzyma wrogie hordy poza murami miasta. I póki trzyma Hannibala z dala od bram, może robić wszystko.

Drugą osobliwością pierwszej kadencji Tuska była zielona wyspa. Nie była ona zasługą pasywnego rządu, ale odwrotnie – była warunkiem umożliwiającym pasywność. Szczęście Tuska było z gatunku tych, które zdarzyć się mogą nie raz w dekadzie, ale raz w stuleciu. Gigantyczny strumień pieniędzy z Unii oraz żywotność polskich przedsiębiorców sprawiły, że premier przez kilka lat mógł udawać, że jego władza niczego nikomu odbierać nie musi. Żaden polski premier nie miał takiej swobody. Żaden nie mógł przez całą kadencję odgrywać roli dobrego króla. Prawica zarzuca Tuskowi, że jest obrońcą establishmentu III RP. Ale to część prawdy. Cała prawda brzmi następująco – Tusk był obrońcą wszystkich. I elit, i mas. Strażnikiem wszystkich interesów i wszystkich przywilejów. Jedyną ofiarą rządu, jedyną grupą, której premier Tusk coś zabrał, był Kaczyński i jego partia. Zabrał im władzę. Reszta Polaków mogła się tylko cieszyć. Ale najbardziej cieszyć się mógł sam Tusk. Wydawał dużo, ale miał z czego. Zbierał więc pochwały zarówno od społeczeństwa, jak też od Zachodu. Bo w porównaniu z zachodnimi państwami, które rozrzutność praktykowały od dwóch dekad, Polska jawiła się jako przykład finansowego rozsądku. W ten sposób Tusk zbierał pochwały nie za to, jak sam rządził, ale za to, jak rządzili jego poprzednicy.

Tak przebiegła pierwsza kadencja. Zaczęła się druga, której kontekst nadał kryzys finansowy strefy euro. Coraz groźniejszy, coraz gwałtowniejszy, coraz wyraźniej zmierzający do polskich granic. Kryzys będący owocem dokładnie takiej polityki, jaką w Polsce prowadził Donald Tusk. Bo w latach 90. premierzy wielu europejskich państw uznali, że żyją na wiecznie zielonej wyspie. I na kredyt tej wiecznej prosperity zaczęli hojnie wydawać publiczne pieniądze. To nie Tusk jako pierwszy wymyślił, że nie chce słyszeć o bolesnych reformach. Swoim ministrom finansów wcześniej mówili to premierzy Grecji, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii.

Po wyborach 2011 r. Tusk stanął więc na rozdrożu. Wiedział już, jak się kończy polityka nadmiernego optymizmu. Ale wiedział też, że kryzys finansowy przez długie lata Polsce jeszcze nie grozi. Miał więc sporą swobodę, mógł kontynuować dawną politykę, mógł ją porzucić. Wybrał rozwiązanie pierwsze, ale wybrał zręcznie, bo zjednując sobie zwolenników drugiej opcji. Ku powszechnemu zaskoczeniu, wygłosił reformatorskie exposé, w którym zrezygnował z polityki ochrony status quo. Zapowiedział cięcia wydatków, zasugerował ambitne reformy. Jego słowa zabrzmiały rewolucyjnie, jakby polska polityka cofnęła się do czasów Balcerowicza. Jednak nowe otwarcie było raczej pozorem niż realną zmianą. Było pokazem reformatorskiej determinacji. Zręczną demonstracją surowości w pilnowaniu publicznych pieniędzy po to, by w istocie nie musieć ich pilnować. Aby trudne decyzje odsunąć w odległą przyszłość, aby skutki oszczędnościowej polityki przesunąć poza ramy drugiej kadencji. Rozciągnięcie procesu wydłużenia emerytur na 20 lat było tej strategii najlepszym symbolem. Sensowną decyzję rozwodniono tak mocno, aby jej konsekwencji nikt szybko nie poczuł. Co przecież oznacza, że także budżet szybko jej nie poczuje.

Tusk postanowił kontynuować dawną strategię. Zdecydował, że póki to możliwe, decyzje oszczędnościowe będą odwlekane lub pozorowane. W ten sposób zaczął niezwykle ciekawą rozgrywkę, w której dawną strategię próbuje dostosować do warunków nadchodzącego kryzysu. Swoją antypolityką chce posłużyć się w epoce, która zdaje się prosić o realną politykę, o śmiałe i wyraziste decyzje.

Najciekawsze w tej rozgrywce jest to, że nie wiadomo, jak ją należy ocenić. Nad całą europejską polityką zawisło dziś widmo bankrutującej Grecji. Ale morał z tego doświadczenia wcale nie jest klarowny. Idzie w dwóch diametralnie przeciwstawnych kierunkach. Jeden jest przestrogą przed oportunistyczną polityką, która ucieka przed odpowiedzialnością, przed przywództwem, która psuje masy, która uczy je tylko żądania i brania. Jest zatem krytyką tego wszystkiego, co przez cztery lata robił Tusk. Jest uzasadnieniem dla wyrazistej zmiany kursu, dla ostrej finansowej kuracji. Ale to jest morał, jaki z greckich wydarzeń wyciągają elity, zwłaszcza ekonomiści.

Zupełnie inaczej sprawę widzą sami politycy. Ich morał jest skargą na społeczeństwo, opowiada, że z dzisiejszymi demokratycznymi społeczeństwami nie da się prowadzić rozumnej polityki. Owszem, od dawna wiadomo było, że społeczeństwa bywają kapryśne i bezmyślne. Jednak Grecy pobili wszelkie rekordy. Jako społeczeństwo okazali się całkowicie impregnowani na racjonalne argumenty. Wybrali ucieczkę od problemów. Niemal nieuchronne bankructwo. Dla polityków to dowód na to, że żadnych śmiałych reform we współczesnej demokracji przeprowadzić się nie da. Że dziś trzeba się bać nie cynicznych polityków, ale zblazowanej większości.

Oczywiście, można ufnie oświadczyć, że Polacy nie są Grekami. Jednak wcale tego nie wiemy. Przecież nawet tuż po wielkim załamaniu polskiej gospodarki w 1989 r., przy którym grecki kryzys jest drobnym przeziębieniem, większość Polaków odmówiła reformom poparcia, a Balcerowicza uznała za swojego największego wroga. Wiara w to, że dziś, z powodów profilaktycznych, ze względu na samo ryzyko kryzysu, Polacy pokornie się zgodzą na cięcia, jest więcej niż naiwna. Pójdą za tymi, którzy – jak siedem lat temu – obiecają im pełną lodówkę.

Z tej perspektywy strategia Tuska, który bardziej się boi reform niż kryzysu, zyskuje nowy wymiar. Staje się poważną decyzją, mającą polityczny ciężar, a nie trywialną ucieczką od problemów. Przykład Grecji rewolucjonizuje nasze postrzeganie demokracji, ujawnia nowy środek ciężkości w jej mechanizmie. Pokazuje, że jej dzisiejsi mieszkańcy są raczej Grekami niż Niemcami. Co zresztą widać dookoła – we Włoszech, w Portugalii w Hiszpanii, także we Francji. Premier Tusk zapewnie ciągle sobie stawia pytanie, dlaczego on – władca nadal zielonej wyspy – miałby się zachować bardziej ambitnie od premierów tych państw. Tam przecież kłopoty są większe, a liderzy – jak na skalę ujawnionych problemów – są bierni. Raczej balansują na krawędzi ryzyka, potrzebne cięcia ograniczając do minimum. Do tego minimum, które wyznacza nie racjonalność ekonomiczna, ale społeczna emocja. Bo kryzys finansowy zdemokratyzował politykę w Europie, co – paradoksalnie – stało się tej polityki największym przekleństwem.

Polityka premiera Tuska, choć nic się w niej nie zmieniło, jest dziś zatem zupełnie inna. Bo wpisana została w nowe konteksty. Także ten lokalny. Jarosław Kaczyński, przez lata demonizowany ponad miarę, dziś ze swoimi smoleńskimi sztandarami zapracował na swoją reputację. Dla większości Polaków polityczna alternatywa ciągle więc brzmi tak samo. Nie „reformy albo kryzys”, ale „Tusk albo Kaczyński”. Każda forma politycznej wegetacji, która zapewnia Tuskowi władzę, będzie mu wybaczona. Bo zmniejsza szanse na zwycięstwo Kaczyńskiego.

Wszystkie nitki są dziś w rękach Tuska. Najważniejsze polityczne pytania dotyczą dziś jego intelektualnych zdolności – jego umiejętności oceny ryzyka oraz zdolności oceny stopnia racjonalności polskiego społeczeństwa. Zacznijmy od kwestii ryzyka. Premier należy do tego gatunku polityków, którzy z pogardą traktują eksperckie prognozy. Jeśli ekonomiści będą krzyczeć, że przepaść jest tuż tuż, on będzie sądził, że panikują, że to nie przepaść, ale rów, i rozpościera się on znacznie dalej. Zwykle będzie miał rację, ale być może kiedyś się pomyli. Premierzy Grecji, Portugalii czy Hiszpanii też uważali, że panują nad sytuacją, a potem przespali granicę racjonalnego ryzyka.

Kwestia druga dotyczy sprawy jeszcze ważniejszej. Otóż podejrzenie, że wszyscy jesteśmy Grekami, staje się dziś coraz lepiej uzasadnioną hipotezą. Jednak przekonamy się o tym dopiero wtedy, gdy sami tę drogę do końca przejdziemy. Z jej dramatycznym finałem. Ale wtedy to nie Tusk będzie triumfował. Odwrotnie, to on będzie głównym winowajcą. Bo my wtedy zadamy sobie pytanie, czy aby na pewno musieliśmy tą drogą pójść. Czy założenie, że wszyscy jesteśmy Grekami, nie było aby samospełniającą się przepowiednią? Dramatycznym błędem premiera-fatalisty, który nie zrozumiał, że celem przywódcy nie jest poddanie się przeznaczeniu, ale walka z nim. Bo gdyby walczył, być może skończylibyśmy inaczej. Bo ambitną polityką nie tylko naprawia się kraj, ambitną polityką także wychowuje się społeczeństwo. Grecy stali się rozkapryszonym tłumem tylko dlatego, że przez długie lata nikt ich do niczego nie zmuszał.

Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i naczelny „Dziennika”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Właśnie ukazał się I tom „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”.

Polityka 21.2012 (2859) z dnia 23.05.2012; Ogląd i pogląd; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Władca zielonej wyspy"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną