Po fazie grupowej zapamiętamy…

Radość smutku

Z trudem dociągniemy do jutra. Pierwszy dzień bez piłki jest zwiastunem nieuchronnego zespołu odstawieniowego, który nas dopadnie z początkiem lipca. 

Błogosławiona niech będzie UEFA za to, że w następnej edycji mistrzostw Europy zagrają 24 drużyny – rozkosz życia w fazie grupowej przedłużona zostanie tym samym aż o pięć dni, na podobieństwo mistrzostw świata. Odnoszę wrażenie, że układ sześciogrupowy daje nadzieję na zmęczenie futbolem, dzień przerwy jest wtedy nieodzowny. Organizm kibica, po siedemnastu dniach nieustannej futbolowej wyżerki, jest chwilowo nasycony, podczas gdy dwanaście dni, które mamy za sobą, nijak mnie nie zmęczyły. Chcę więcej, chcę codziennie i chociaż ten detoks był stopniowany - bo już w sobotę odebrano nam prawo do dwóch meczów dziennie - nijak nie mogę się pozbierać.

Błogosławiona niech będzie UEFA za to, że polska reprezentacja futbolowa, która osiągnęła już poziom tak niski, że jej fani mają orgazm po remisach u siebie, a trener oficjalnie uznaje za sukces fakt uniknięcia kompromitacji (przecież mogło być gorzej, nie przegraliśmy z nikim 0:6), mimo to będzie miała szanse do mistrzostw awansować. Udział 24 drużyn europejskich w turnieju stworzy szansę na historyczny awans nawet Węgrom, Albańczykom, Finom i innym smutnym narodom, które o piłkarskich tryumfach śnią dłużej, niż rycerze w jaskiniach Giewontu (Węgrzy, jak wiemy, śnią tym boleśniej, że na ich oczach wymiera pokolenie, pamiętające jeszcze czasy, kiedy Madziarzy byli potęgą). Oto więc będziemy się za dwa, trzy lata potykać o awans z narodami jeszcze bardziej zgnębionymi futbolowo. Wiem, trudno to sobie wyobrazić, ale takie istnieją.

A zatem - jest nadzieja, że w ciągu tych czterech lat polscy kibice wybiorą jakąś pieśń moralnych zwycięzców i wzruszą cały świat tak, jak to uczynili Irlandczycy. 

Może nawet uda się nam wybrać pieśń tak przejmującą, że przeciwnicy po jej usłyszeniu oddadzą nam zwycięstwo. Będzie im głupio z nami wygrać. Jestem przekonany, że gdyby kibice irlandzcy zaintonowali „Pola Athenry” godzinę wcześniej, Hiszpania pozwoliłaby wyrównać ich pupilom. Mimo coraz piękniejszych bramek (wczoraj Ibra udoskonalił przedwczorajszy wyczyn Balotellego), najwspanialszym przeżyciem pierwszej części turnieju pozostanie ten niesamowity akt zbiorowej melancholii, która spowiła stadion w Gdańsku. Nikomu nie przyszłoby teraz do głowy zaśmiać się z ekipy, która przywiozła najgorszego bramkarza (Shay Given) i sprawiała wrażenie, że nawet Polacy przy dobrych wiatrach mogliby z nią wygrać.

„Pola Athenry” to zdumiewająca manifestacja radości wspólnego smutku, która przebojem wdarła się na listę skarbów światowego dziedzictwa futbolu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną