Balotelli jak Mozart, jak Buster Keaton

Doręczyciel

Nie wytrzymał. Buster Keaton uśmiechnął się przy gagu. Nie da się powtórzyć ujęcia, miliony widziały na żywo, jak zadarł koszulkę i wrzasnął w szalonej euforii. Strzelenie gola Niemcom w meczu, podczas którego pierwszy kwadrans zapowiadał dla Włochów wszystko, co najgorsze, zaskoczyło nawet Balotellego.

Nigdy się nie cieszy po zdobytych bramkach, twierdzi, że to jego zawodowy obowiązek, przecież listonosz nie cieszy się po każdym dostarczonym liście. Balotelli wychodzi na boisko z narcystyczną, acz całkiem uzasadnioną pewnością, że nie ma na świecie takiego obrońcy ani bramkarza, którzy mógliby go powstrzymać. Z kamienną twarzą strzela bramki fenomenalne, brzydkie trafienia właściwie mu się nie zdarzają. Jest zaiste futbolowym Mozartem – arcydzieła wychodzą spod jego nogi bezwiednie, w życiu za nimi nie nadążą. Umie napytać sobie biedy, zresztą, także na murawie, kiedy mu nie idzie, wścieka się jak dziecko, obraża na cały świat, kopie rywali za to, że nie chcą statystować przy jego popisach i wylatuje po czerwonych kartkach.

Wczoraj nie dał rady, ale nie można powiedzieć, by złamał obietnicę. Miał okazać radość po bramce zdobytej w finale Mistrzostw Świata. Zakładając, że taki mecz powinien być starciem dwóch najlepszych drużyn globu, wszystko się zgadza: jeszcze wczoraj po południu wszyscy byli skłonni twierdzić, że jedenastka Loewa to najzdolniejsza generacja w historii najzdolniejszego piłkarsko narodu.

Niemcy na tym turnieju nie okazali nawet minuty słabości, zdominowali totalnie każdego przeciwnika, wygrywali jak chcieli, kontrolowali grę i pokazywali olbrzymie rezerwy. Byli maszyną do wygrywania, nieczułą na podrygi rywali. Balotelli z właściwym sobie brakiem instynktu samozachowawczego, włożył między tryby tej maszyny głowę - i zatrzymał mechanizm. Niemcy zdurnieli – sztab szkolił ich do zwycięstw, zapomnieli już, co było na zajęciach poświęconych wydobywaniu się z opresji, nikt nie miał w kajecie notatek dotyczących taktyki po stracie gola. O ile w pierwszych minutach trafiali w światło bramki i nie wygrywali tylko z powodu genialnej intuicji Pirlo, który wybił piłkę z linii - oraz wyjątkowo szczęśliwych interwencji Bufona – po kwadransie poczuli bezmiar niemocy.

Na domiar złego ten błazen o ponurym obliczu, Buster Balotelli zawziął się i postanowił dokręcić poprawione ujęcie. Kropnął w okno bramki Neuera z taką mocą, że potem już nie miał sił dociągnąć do końca spotkania, ale wyszło na jego: dobił Niemców bez uśmiechu. Listonosz doręczył przesyłkę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj