Będzie kara dla sędziego Milewskiego?

Władza i sprawiedliwość
Krajowa Rada Sądownictwa na prośbę ministra sprawiedliwości złożyła wniosek do rzecznika dyscyplinarnego o ukaranie sędziego Ryszarda Milewskiego.

Prowokacja wobec sędziego z Gdańska pokazała przede wszystkim słabość człowieka, nie systemu. Państwo przez ostatnie dwie dekady zapewniło sędziom niezależność, duże korporacyjne uprawnienia, wysokie zarobki i emerytury. Pozostał częściowy wpływ ministra sprawiedliwości na obsadę stanowisk w sądach (decyzje są opiniowane przez Krajową Radę Sądownictwa), ale gdyby całkowicie zlikwidować kontrolę państwa w tej dziedzinie, ci sami, którzy dzisiaj potępiają sędziego Milewskiego za służalczość, twierdziliby, że sędziowie są zbyt niezależni, że tworzą państwo w państwie, poza jakąkolwiek kontrolą. Od dawna takie tezy wygłasza zwłaszcza prawicowa opozycja.

Sędzia Milewski nie miał prawa obawiać się, że jeśli nie będzie odpowiednio „uprzejmy” wobec rzekomego urzędnika z Kancelarii Premiera, to przestanie być sędzią. Nic takiego mu nie groziło. Ale mógł obawiać się o swoje stanowisko prezesa sądu okręgowego, bo to jednak w jakiejś mierze, przynajmniej teoretycznie, zależy od ministra, chociaż droga od pracownika KP, za jakiego podawał się prowokator, do podejmującego decyzje szefa resortu sprawiedliwości jest daleka. Niemniej te, powiedzmy, 20 proc. jego kariery, czyli stanowisko – jak mógł przypuszczać Milewski – było zależne od czynników politycznych. Zwłaszcza że po aferze Amber Gold gdański sąd znalazł się pod lupą ministerstwa. I Milewski był „usłużny” wobec rzekomego urzędnika właśnie na te 20 proc. W końcu nie uzgadniał wyroku czy orzeczenia. Popełnił błąd, wykazując się zbyt niską asertywnością jak na prezesa sądu, dlatego nie powinien tego stanowiska zajmować.

Ale też robienie z tego przypadku kolejnego dowodu na to, że „państwa nie ma”, jest politycznym kuglarstwem. Nie ma co wytaczać ustrojowych armat, kiedy jeden człowiek wykazał się słabością charakteru. Łatwo natomiast o hipokryzję. W tym samym czasie, kiedy PiS się oburza na usłużność sędziego, eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki pisze, że niezawisły sąd w Budapeszcie zdecydował o areszcie dla byłego szefa MSW z czasów komunistycznych Węgier, „a u nas trwa kabaret sądowo-medialny z chorymi generałami”. I pisze dalej Czarnecki: „a więc to kwestia politycznej woli. Premier Viktor Orbán i naród węgierski ją mają. Premier Tusk albo jej nie ma, albo jest tchórzem podszyty”. Czyli, zdaniem polityka PiS, Tusk, mając odwagę Orbána, powinien zadzwonić do sędziego zajmującego się sprawą Jaruzelskiego i powiedzieć coś w rodzaju: wicie, rozumicie, ja i naród domagamy się aresztu i skazania, czy można wam i składowi sędziowskiemu zaufać, czy to sprawdzeni ludzie?

Adam Hofman natomiast, poseł PiS, w telewizyjnym programie mówi, że władza nie odpowiada właściwie na społeczne poczucie sprawiedliwości, bo nie jest w stanie posadzić gangsterów. Można się pogubić – to ma być ten sędzia na telefon czy nie?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj