Deregulacja na święte nigdy

Gowin wylał dziecko z kąpielą
Rada Ministrów niby zaakceptowała pierwszą część listy zawodów, które Jarosław Gowin próbuje otworzyć, ale nie wiadomo, kiedy projektem zajmą się posłowie. Oznacza to, że zły program, zrobiony w słusznej sprawie, odłożony został do szuflady.

Zły, ponieważ sprawę należało zacząć inaczej. Od wyłuskania profesji, w których o dostępie do zawodu nie decydują konsumenci, ale korporacje. Wbrew deklaracjom nie kierują się one dobrem klienta, ale własnym, a  zamknięcie zawodu przed młodszymi konkurentami nie oznacza wcale wyższej jakości usług. Często – wręcz odwrotnie.

Na przykład z powodu ograniczenia konkurencji kolejki do notariuszy są długie, a ceny wysokie. Korporacje w sposób mniej lub bardziej zawoalowany narzucają swoim członkom (w zamian za ochronę przed młodszą konkurencją) tzw. ceny minimalne. Nawet więc ci, którym opłacałoby się ceny obniżyć, nie mogą tego zrobić. O liczbie notariuszy nie decyduje czas oczekiwania klientów na akt notarialny, ale strach samych notariuszy, że po otwarciu większej liczby kancelarii ceny będą musiały zmaleć. Podobnie, jak w przypadku komorników, których korporacje decydują o wielkości rewirów. Zmniejszenie rewiru oznacza mniejsze kolejki oczekujących, ale także mniejsze zarobki komorników. Zwycięża interes członków korporacji.

Jarosław Gowin lekcji nie odrobił. Przedstawił projekt niespójny, pomieszał otwarcie zawodów z kryteriami przyjęcia do nich. Dał przeciwnikom broń do ręki, przestraszył, że taki sposób deregulacji obniży jakość usług. Konsumenci, którym dobrze przeprowadzona regulacja służy, tego projektu mogli się wystraszyć.

Wykazał się też brakiem odwagi. W sprawie taksówkarzy zepchnął problem na gminy. To one mają decydować, czy egzaminować ich ze znajomości miasta, czy nie. Tymczasem to nie w tym jest pies pogrzebany. Taksówkarz może sobie zainstalować GPS i dojedzie. Chodzi o to, czy o liczbie taksówek w mieście mają decydować korporacje taksówkowe, chcące ograniczać konkurencję, czy też klienci. Czy na postojach będą czekały auta, czy ludzie. Jeśli państwo decyduje się na ochronę interesów taksówkarzy, to dlaczego nie piekarzy? Dziennikarzy? Wytwórców butów? Wygląda na to, że  chroni się zarobki tylko tych, którzy najskuteczniej protestują. W każdym przypadku łatwo przecież dowieść, że zawód jest odpowiedzialny i byle kto nie powinien go wykonywać.

Minister Gowin ma dziś ważniejsze problemy do rozwiązania, włożenie projektu otwarcia do zawodów do szuflady może mu być nawet na rękę. Tylko konsumenci maja prawo czuć się zawiedzeni. W politycznej grze nasze interesy najczęściej nie są brane pod uwagę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną