Bp Jarecki po alkoholu spowodował wypadek

Biskup na bani
Bp Piotr Jarecki pijany w sztok wylądował na drzewie w Warszawie. Bogu dzięki, że kogoś przy tym nie zabił lub nie zranił, na przykład dziecka. Dla biskupa nie ma usprawiedliwienia podwójnie. Jako dla kierowcy i jako dla ,,pasterza’’.

Szkoda, że policja odstąpiła od opcji wysłania biskupa do izby wytrzeźwień.

Co roku Kościół apeluje do kierowców, by nie jeździli pijani. Biskup tych apeli nie słyszał? Swoim zachowaniem wystawia na pośmiewisko takie skądinąd słuszne akcje kościelne.

Dobrze, że bp Jarecki od razu przyznał, że ma problem alkoholowy. I że Kościół nie usiłował sprawy zamiatać pod dywan, bo w innych podobnych przypadkach ze znanymi duchownymi alkoholikami różnie z tym dawaniem świadectwa prawdzie bywało.

Ale dajmy pokój biskupowi. Jest moralnie upokorzony, bo przecież jego Kościół tak chętnie przemawia z pozycji stróża moralności publicznej. Mam nadzieję, że biskup odejdzie na czas leczenia z pełnionych funkcji kościelnych, a potem zobaczymy.

Jednak po ludzku trudno mi pojąć, jak mogło dojść do tego pijackiego incydentu. Tu zaczyna się inny wątek: jak działa Kościół, że taka pijana sprawa tak długo była w nim tolerowana. Gdzie było najbliższe kościelne otoczenie bp Jareckiego? Czy jego zwierzchnik nie wiedział o jego problemie? Czemu pozostawiono go bez pomocy, nie odesłano do leczenia? Bulwersuje mnie też brak jasnej odpowiedzi, jak biskup zdołał tyle wypić do wczesnego popołudnia? Gdzie i jak długo pił? Jeśli nie pił sam, jak można go było wypuścić z libacji do samochodu? Więc jeśli nie pił sam, to z kim?

Tak czy inaczej, wstyd.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną