Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Stadion Narodowy

Bardzo mi się spodobała historia z naszym Stadionem Narodowym. Rozumiem oczywiście, że ludzie, którzy przyjechali z daleka, często całymi rodzinami – po czym musieli obejść się smakiem lub szukać zakwaterowania w nieludzko drogiej Warszawie, płacąc przy tym za wyżywienie, komunikację miejską i trwoniąc czas – mogą być słusznie wściekli i domagać się sowitego odszkodowania, które im się ze wszech miar należy. Nie zmienia to faktu, że rzecz jest sama w sobie nieodparcie komiczna.

Jacques Carelman wydał u Ballarda w 1976 r. dwa tomy leksykonu „Rzeczy nie do znalezienia (bezużytecznych)”. Czegóż tam nie ma: rower z dwiema kierownicami z przodu i z tyłu, pływająca gilotyna dla marynarzy, strzelba z lufą zawiązaną na supełek, pantofle nocne ze szpilkami do biegania po domu, prysznic z parasolem chroniącym przed wodą etc. etc. Gdyby pisał trzeci tom, nasz Stadion Narodowy znalazłby się w nim na poczesnym miejscu. „Najnowocześniejszy stadion Europy” wyposażony w dach, który nie zamyka się podczas deszczu i mrozu, czyli jedynie wtedy, kiedy jest akurat potrzebny. Tego nie wymyśliliby ani surrealiści, ani sam Carelman, chociaż „Combat” pisał o jego dziele: „Brewiarz fantazji i triumfującego szaleństwa”, zaś „Le Figaro Litteraire” przestrzegało: „Bardzo to śmieszne, ale i niepokojące”.

Kolejnym etapem wodewilu stały się wzajemne oskarżenia. Otóż, umówmy się od razu – nie można mieć żadnych pretensji do konstruktorów areny. Każdy ma prawo mieć swoje poczucie humoru, fiołki w głowie czy też jedno i drugie jednocześnie.

Polityka 43.2012 (2880) z dnia 24.10.2012; Felietony; s. 104
Reklama