Kraj

Kino smoleńskiego niepokoju

Jak się robi film smoleński

Antoni Krauze, reżyser i scenarzysta. Obecnie pracuje nad filmem o roboczym tytule „Smoleńsk”. Antoni Krauze, reżyser i scenarzysta. Obecnie pracuje nad filmem o roboczym tytule „Smoleńsk”. Andrzej J. Gojke / KFP
Scenariusz niemal gotowy, zdjęcia mają ruszyć wiosną. Pierwszy fabularny film o katastrofie z 10 kwietnia ma zdemaskować smoleńskie kłamstwo władzy, na razie jednak jego twórcy zmagają się z twardymi regułami wolnego rynku.
Kadr z filmu dokumentalnego „Mgła” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej.AN Kadr z filmu dokumentalnego „Mgła” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej.

Artykuł w wersji audio

Kiedy reporter mówi, że dzwoni z POLITYKI i interesuje nas jego film, głos reżysera natychmiast staje się lodowaty. – A cóż panu przeszkadza!? – pyta z oburzeniem. – Nic, chcemy się tylko dowiedzieć, jak powstaje dzieło. – Jestem bardzo zajęty filmem i na nic innego nie mam czasu. Dziękuję panu serdecznie – rzuca sucho do słuchawki i się rozłącza.

Antoni Krauze, lat 72. Reżyser i scenarzysta. Krytycy mówią: wybitny. Prywatnie, jak mówią jego znajomi, jowialny i serdeczny, w poglądach pryncypialny. W PRL związany z legendarną Piwnicą pod Baranami, jako asystent Krzysztofa Zanussiego pracował przy „Strukturze kryształu”. Jego najsłynniejsze filmy z tamtego okresu to „Meta” i „Prognoza pogody”. Po 1989 r. bez spektakularnych sukcesów. Z cienia wyszedł dwa lata temu filmem o Grudniu ’70 „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”, który uczynił go – głównie dzięki staraniom prawicowych publicystów – niemal bohaterem walki o zapomnianą prawdę.

Krauze chętnie się do tej walki włączył, oznajmiając niedługo po premierze „Czarnego czwartku”, że do Polski wrócił klimat PRL z lat 70. Wraz z nim wszechobecne kłamstwo, które nie pozwala pokazać innej prawdy – o prezydencie Lechu Kaczyńskim i katastrofie w Smoleńsku. „Tak jak było kłamstwo katyńskie, tak teraz mamy kłamstwo smoleńskie” – oświadczył rok temu na łamach „Newsweeka” i ogłosił, że w imię walki z kłamstwem nakręci film. Bo choć jakiś czas się wahał, to dziś już wie na pewno: zamach był. Wie, bo na temat katastrofy przeprowadził prywatne śledztwo. „Przeczytałem tysiące stron, całe mieszkanie mam zawalone materiałami na ten temat. Obejrzałem setki nagrań, rozmawiałem z dziesiątkami osób, które mają na ten temat wiedzę lub które były świadkami pewnych wydarzeń” – mówił niedawno braciom Karnowskim na łamach „Uważam Rze”. Zaś na ich portalu – wPolityce.pl – dopowiadał: „Będę korzystał z faktów, a nie propagandy”. A co mówią fakty? „Od samego początku wskazują (…), że był to zamach. Nie znamy jeszcze sprawców tego zamachu, ale wiemy na tyle wiele, że możemy mówić o spisku i zamachu”.

Co łaska

Tomaszowi Miernowskiemu, prezesowi Fundacji Smoleńsk 2010, która zbiera pieniądze na film, słowo „zamach” przechodzi przez usta z większym trudem. Jeśli już, to raczej w trybie przypuszczającym. – Może był zamach, może nie, na pewno pozostał wielki znak zapytania po wielkim dramacie. Nie można machnąć na to ręką, bo skoro pozwolimy, by w ten sposób potraktowano śmierć 96 osób z prezydentem na czele, to co będzie, jeśli w niejasnych okolicznościach zginie pan lub ja?

– Ale same argumenty i informacje już nic nie znaczą. Trzeba to powiedzieć w formie artystycznej. Trzeba, by ludzie to przeżyli – dodaje Miernowski.

Ale co do potrzeby walki o prawdę zgadza się z Krauzem w stu procentach. – Polska nie jest już krajem demokratycznym, władze ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza znalazły się w jednym ręku. Wszystkie nadużycia władzy są tego skutkiem. Taka zdegenerowana demokracja jest gorsza od dyktatury. Ludzie się boją, odwracają się na sam dźwięk słowa „Smoleńsk” – dodaje Miernowski, który przed laty jako szef produkcji brał udział w powstawaniu największych hitów polskiej kinematografii (m.in. „Nocy i dni” i „Piłkarskiego pokera”). – Ale to nie będzie film o tym, co stało się w Smoleńsku. To będzie film o naszym prawie do poszukiwania prawdy, zadawania pytań, przedstawiania wątpliwości oraz o tym, co spotyka ludzi, którzy szukają prawdy. Kolega Antoniego Krauzego jeszcze z czasów wspólnych studiów w łódzkiej filmówce jest drugą po reżyserze osobą w tym przedsięwzięciu. Fundacja Smoleńsk 2010 musi zebrać niebagatelną kwotę – Miernowski twierdzi, że koszt może sięgnąć nawet 10 mln zł (czyli mniej więcej tyle, ile kosztowało „Pokłosie”).

 

Siedzimy w popularnej wśród filmowców warszawskiej kawiarni Mozaika. Od października dwa razy w tygodniu gości tu Jan Pietrzak ze słynnym niegdyś kabaretem Pod Egidą, w którym występuje m.in. znana aktorka Ewa Dałkowska, prywatnie żona Miernowskiego i kandydatka do jednej z głównych ról w „Smoleńsku” (to roboczy tytuł filmu).

– Fundacja to autorski plan Antosia. On ją wymyślił, on dał pieniądze na kapitał założycielski, on też zaprosił do niej ludzi – opowiada Miernowski. Pieniądze to tysiąc złotych, czyli minimalna kwota potrzebna do założenia fundacji. Ludzie to, oprócz prezesa, członkowie Rady Fundacji. Są wśród nich m.in. prawicowy publicysta Bronisław Wildstein (jako szef Rady), znany kompozytor muzyki filmowej Michał Lorenc (ma napisać muzykę także do „Smoleńska”), były szef telewizyjnej Jedynki za prezesury Wiesława Walendziaka Maciej Pawlicki (ma być producentem filmu), Andrzej Chodakowski, reżyser słynnego filmu „Robotnicy ’80”, oraz pisarz Marek Nowakowski. – To ludzie o nieskazitelnych życiorysach, którzy mają gwarantować, że pieniądze zebrane na film zostaną prawidłowo wykorzystane – tłumaczy Tomasz Miernowski.

Fundusze mają pochodzić głównie z drobnych składek od ludzi i większych od sponsorów. Twórcy filmu z góry założyli, że ani do Telewizji Publicznej, ani do Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej nie pójdą, bo – jak tłumaczył Krauze Janowi Pospieszalskiemu na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” – wiadomo „jaki jest stosunek kręgów państwowych do kwestii katastrofy smoleńskiej i jej wyjaśnienia”. Poza tym „różne instytucje, dając pieniądze, rościłyby sobie prawo do zmian w scenariuszu”.

Sądząc po tym, co mówi prezes fundacji i co można przeczytać na forach prawicowych portali, odzew jest spory. Pierwsze pieniądze już wpływają na konto fundacji, które bez trudu znaleźć można w Internecie i na łamach prawicowych gazet. – Po 20, 30, 50 zł, są nawet takie po złotówce. Taki wdowi grosz. Ale są też przelewy i po 5 tys. zł – mówi Miernowski. Sam jednak przyznaje, że takie datki wystarczą prawdopodobnie jedynie na funkcjonowanie fundacji i akcje promocyjne (fundacja myśli m.in. o rozdawaniu nalepek z napisem „sponsor filmu”).

SKOK ma inne plany

O pozyskanie zasobniejszych w gotówkę sponsorów zabiega sam reżyser oraz Maciej Pawlicki. Ci jednak niezbyt chętnie garną się do wsparcia produkcji. Oczywistym zainteresowanym wydawało się PiS. Do siedziby partii przy ul. Nowogrodzkiej Antoni Krauze wybrał się osobiście. Spotkał się z ludźmi odpowiedzialnymi za finanse partii tylko po to, by usłyszeć, że PiS pieniędzy nie da. – Nie będziemy przekonywać przekonanych – mówi nam jeden ze współpracowników Jarosława Kaczyńskiego.

Krauze niczego też jak na razie nie wskórał w spółkach związanych z PiS. – Prezes Srebrnej Kazio Kujda nie powiedział ani tak, ani nie. Ale raczej w to nie wejdzie, bo Srebrna zainwestowała w książkę o Lechu Kaczyńskim i raczej nie będzie chciała wkładać pieniędzy w kolejną, i to tak niepewną inwestycję – dodaje nasz rozmówca. Inna osoba związana z PiS twierdzi, że wszystko mogłoby się zmienić, gdyby odpowiednie polecenie wydał sam prezes. Ale na to raczej się nie zanosi. Jeden z jego najbardziej zaufanych współpracowników – wiceszef PiS i wiceprezes Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego Adam Lipiński o finansowym wsparciu dla filmu Krauzego wypowiada się z dystansem. – Na razie jest za wcześnie, by o tym mówić. Twórcy musieliby się do nas zwrócić z odpowiednią aplikacją. Jeśli to zrobią, na pewno ją rozpatrzymy.

 

Z podobnym skutkiem zakończyła się wizyta twórców filmu w powiązanej ze SKOK spółce Apella. Jej prezesem jest Romuald Orzeł, były prezes TVP z nominacji PiS, a członkiem rady nadzorczej senator tej partii i do niedawna szef SKOK Grzegorz Bierecki. W tym przypadku także okazało się, że potencjalni inwestorzy mają inne plany. Według „Presserwisu” Apella zainwestowała w dwutygodnik opinii „W sieci”, którym będą kierować Jacek i Michał Karnowscy.

Dlatego kolejnym źródłem, do którego chce sięgnąć Antoni Krauze, jest amerykańska Polonia oraz gruzińscy biznesmeni. Reżyser liczy na ich przychylność wobec Polski i prezydenta Kaczyńskiego. – W Polsce ciężko będzie znaleźć możnego sponsora. Potencjalni darczyńcy to głównie ludzie z chudymi portfelami, a w prawicowym biznesie konkurencja jest duża, m.in. ze strony szefa „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, który zbiera na internetową telewizję – twierdzi polityk, który ma dobre rozeznanie w sympatyzujących z prawicą spółkach.

– Wystarczyłoby, żeby milion Polaków dało po 10 zł i mielibyśmy na film – rozmarza się Miernowski.

W pałacu i Tupolewie

To ma być współczesny „Człowiek z marmuru” – tak przynajmniej zapowiada Antoni Krauze. Podobnie jak w pamiętnym filmie Andrzeja Wajdy, główną bohaterką będzie dziennikarka, która próbuje dotrzeć do prawdy, czyli w tym przypadku zbiera informacje o katastrofie smoleńskiej. Jej pierwowzór to Ewa Stankiewicz, reżyserka i jedna z najgorliwszych wyznawczyń smoleńskiej religii.

Smoleńską Krystyną Jandą ma być Marta Honzatko, znana z głównej roli żeńskiej w „Czarnym czwartku”. Jej matkę zagra Dałkowska. W filmie mogą również zagrać aktorzy sympatyzujący z PiS i prawicą, m.in. Jerzy Zelnik czy Maria Pakulnis, mówi się również o obecności znanego hollywoodzkiego aktora Andy’ego Garcii, który w gruzińskim filmie o wojnie z Rosją zagrał prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. W produkcji smoleńskiej miałby zagrać tę samą rolę. Nie wiadomo, kto zagra prezydenta Kaczyńskiego. Mówiono o Marianie Opani, ale on się nie zgodził. – Trudno jest obsadzić film. Znana aktorka powiedziała nam: „ Zagrałabym w tym filmie, ale ja mam kredyt...” – mówi Miernowski.

Film ma się zaczynać i kończyć scenami katastrofy, resztę fabuły mają wypełnić wydarzenia z poprzedzających i następujących po niej dni. Tajemnicą, której reżyser nie chce ujawnić nawet zaprzyjaźnionym dziennikarzom, jest zakończenie filmu. – To będzie niespodzianka. Właśnie kończę pisanie scenariusza, bo wciąż pojawiają się nowe wątki – mówi POLITYCE scenarzysta Marcin Wolski, sympatyzujący z PiS satyryk, związany m.in. z „Gazetą Polską” i kabaretem Pietrzaka.

Na pewno mocno zostanie wyeksponowany wątek gruziński. Incydent w Gruzji, gdy została ostrzelana kolumna prezydenta Kaczyńskiego – „to był sprawdzian, jak zareagują polskie władze. Co zrobią, jak postąpią w sytuacji, gdyby zginął polski prezydent. Pamiętamy tamtą reakcję obozu rządowego: »ślepy snajper«, »jaki prezydent, taki zamach«. Rosjanie dostali wolną rękę. Właściwi ludzie otrzymali sygnał: A proszę bardzo, zabijajcie, palcem nie kiwniemy” – powiedział Krauze w „Uważam Rze”.

Film ma być bogato poprzeplatany archiwalnymi materiałami dokumentalnymi. Niektóre sceny zaplanowano w Pałacu Prezydenckim („jeśli będzie zgoda”), filmowcy myślą nawet o wynajęciu bliźniaczego Tupolewa 154M, który stoi na lotnisku w Mińsku Mazowieckim („jeśli wcześniej go nie sprzedadzą”). Premiera zaplanowana jest na kwiecień 2014 r., w czwartą rocznicę katastrofy.

Wyjaśnienie Marii Pakulnis:

Z przykrością stwierdzam, że opublikowana w artykule „Kino smoleńskiego niepokoju” informacja, że w filmie „Smoleńsk” może zagrać sympatyzująca z PiS i prawicą Maria Pakulnis jest nieprawdziwa. Przede wszystkim informuję, iż przypisywanie mojej osoby do jakiejkolwiek opcji politycznej należy traktować jako nadużycie i nierzetelność, gdyż w swojej działalności publicznej nigdy nie ujawniałam swoich poglądów politycznych. Ponadto oświadczam, iż nie otrzymałam ani nie wiedziałam o jakiejkolwiek propozycji udziału w przygotowywanym przez Antoniego Krauze filmie pt. „Smoleńsk”.

Maria Pakulnis

Polityka 48.2012 (2885) z dnia 28.11.2012; Polityka; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Kino smoleńskiego niepokoju"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną