Kulisy „Pokłosia”: „Od miesięcy jesteśmy w ciężkiej sytuacji ekonomicznej”

Ciężar „Pokłosia”
O kulisach filmu, siedmioletnich potyczkach z PISF, rosyjskich pieniądzach i o tym, dlaczego mimo sukcesu „Pokłosia” jego twórca znalazł się w finansowym potrzasku – mówi producent filmu Dariusz Jabłoński.
„Trudno nie mieć wrażenia, że realizuje się plan części prawicy, żeby takie filmy, które mówią gorzko o historii, nie powstawały”.
Marcin Makowski/Makufly/Monolitf Films/materiały prasowe

„Trudno nie mieć wrażenia, że realizuje się plan części prawicy, żeby takie filmy, które mówią gorzko o historii, nie powstawały”.

„Nie chcę mówić, ile pieniędzy straciliśmy broniąc się przed długami, blisko rok jesteśmy prawie sparaliżowani”.
Marcin Makowski/Makufly/Monolitf Films/materiały prasowe

„Nie chcę mówić, ile pieniędzy straciliśmy broniąc się przed długami, blisko rok jesteśmy prawie sparaliżowani”.

„Nie dziwi mnie to, co dzieje się wokół filmu, ale nie rozumiem tylko zarzutu o antypolskość”.
Marcin Makowski/Makufly/Monolitf Films/Polityka

„Nie dziwi mnie to, co dzieje się wokół filmu, ale nie rozumiem tylko zarzutu o antypolskość”.

Dariusz Jabłoński, producent „Pokłosia”.
Krzysztof Kuczyk/Forum

Dariusz Jabłoński, producent „Pokłosia”.

Grzegorz Rzeczkowski: Ile zarobił pan na „Pokłosiu”, które po dwóch i pół tygodnia wyświetlania obejrzało ponad 200 tysięcy widzów?
Dariusz Jabłoński:
Jako producenci zarobiliśmy dziesiątki tysięcy zwolenników filmu i pewnie iluś przeciwników. A pieniądze? Dla nas nie jest to projekt, który da się przeliczyć na pieniądze, bo pracujemy nad nim od siedmiu lat i jeszcze go nie skończyliśmy. Marzymy, by w ogóle zakończyć produkcję.

To znaczy?
Może to brzmi zabawnie: film jest na ekranach, a proces produkcji jest niezakończony. Ale nie jest mi do śmiechu. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć udało nam się uzyskać ponad milion złotych dofinansowania z europejskiego funduszu dla międzynarodowych koprodukcji, na który zresztą polskie państwo płaci składki. Od polskiego przedstawiciela w tej instytucji wiem, że dofinansowanie „Pokłosia” zostało przyznane jednogłośnie w głosowaniu przedstawicieli wszystkich krajów Europy. Choć pieniądze przyznano nam w czerwcu ubiegłego roku, do dziś nie możemy ich podjąć. Od ponad 9 miesięcy jesteśmy w ciężkiej sytuacji ekonomicznej i ogromnym stresie.

Dlaczego?
Od 8 lutego tego roku leży w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej mój wniosek o podpisanie aneksu do umowy uwzględniającego udział zagranicznych koproducentów. Bez tego aneksu nie możemy podpisać umowy z funduszem europejskim, co oznacza, że nie możemy podjąć przyznanej nam kwoty, a tym samym zamknąć produkcji filmu.

Sytuacja jest kuriozalna, bo dzięki wsparciu PISF, o którym powiem za chwilę, mogliśmy przystąpić do zdjęć, ale z drugiej strony z powodu PISF nie możemy tej produkcji zakończyć.

Dlaczego PISF zwleka z podpisaniem aneksu?
Nie wiem. Nie rozumiem, jaki interes ma organ publiczny w tym, aby w taki sposób blokować zakończenie produkcji tego właśnie filmu? Co jest powodem: ja osobiście, nasza firma jako producent, czy temat? Trudno nie mieć wrażenia, że realizuje się plan części prawicy, żeby takie filmy, które mówią gorzko o historii, nie powstawały.

Dyrektorka PISF Agnieszka Odorowicz w wywiadzie dla „Wprost” stawia zarzut , że nie rozliczył się pan z pieniędzy, które dostał pan od Instytutu na Pokłosie. Nie sądzi pan, że to może być powód zwłoki?
No właśnie - film jest nierozliczony, bo produkcja jest niezakończona! A jest niezakończona, ponieważ od ponad 9 miesięcy nie możemy doczekać się odpowiedzi na pismo w sprawie aneksu i zmiany sposobu finansowania. Otrzymane z PISF środki rozliczamy zgodnie z wymogami tej instytucji i na każde wezwanie. Piszemy pisma, składamy wyjaśnienia, przekazujemy dokumenty, przedłożyliśmy dwa audyty produkcji wykonane przez zewnętrzną firmę. PISF dostał wszystkie dokumenty i przepływy finansowe.

Ale decyzji w sprawie zatwierdzenia aneksu wciąż nie ma i to jest najgorsze, bo bez unijnych pieniędzy nie możemy zamknąć budżetu filmu. Kilkakrotnie przesuwany, ostateczny termin na podpisanie umowy na fundusze europejskie to 10 stycznia 2013. To bardzo mało czasu. Staje się coraz bardziej prawdopodobne, że pieniądze przepadną, a my zostaniemy z długami. I takie będzie pokłosie „Pokłosia” .

Nie przesadza pan?
Niepodejmowanie decyzji wywołuje taki skutek, jakby film w ogóle nie został dofinansowany, albo jeszcze gorzej. Sprawia to wrażenie czekania, żeby problem się sam rozwiązał wraz z upadkiem producenta. Nie chcę mówić, ile pieniędzy straciliśmy broniąc się przed długami, blisko rok jesteśmy prawie sparaliżowani. Ze względu na to, że decyzje PISF nie są podejmowane w trybie administracyjnym, nie możemy nawet złożyć skargi na przewlekłość lub na brak decyzji.

Nie ukrywam, że jestem rozgoryczony. Nasze kolejne projekty filmowe, z pozytywną decyzją ekspertów o dofinansowaniu, PISF wstrzymuje ogłaszając publicznie, że nie da nam na nie pieniędzy, dopóki nie rozliczymy się z „Pokłosia”. Mówi się to też naszym partnerom. Nigdy takiej praktyki nie było, a i ja się z taką praktyką nie spotkałem, żeby organ publiczny, jakim jest PISF, w taki sposób wytwarzał złą atmosferę wokół filmu i producenta. Producenta, który wyprodukował kilkadziesiąt filmów, rozliczając się bez żadnego zarzutu, a jego filmy zdobyły ponad sto nagród w Polsce i na świecie.

Dyrektorka PISF twierdzi również, że budżet „Pokłosia” nieoczekiwanie wzrósł o 60 procent w czasie robienia zdjęć. Może tu leży problem.
Budżet nie wzrósł nieoczekiwanie. Kiedy 12 kwietnia 2011 roku dostaliśmy wreszcie pozytywną decyzję o dofinansowaniu, zresztą po dziesięciomiesięcznym oczekiwaniu, natychmiast rozpoczęliśmy przygotowania. Czasu było bardzo mało, musieliśmy zdążyć przed żniwami, bo niektóre sceny miały być nakręcone w dojrzałym zbożu. Inaczej znów musielibyśmy przekładać realizację filmu o rok, do następnych żniw. Cudem zdążyliśmy wszystko przygotować na czas, dzięki determinacji całej ekipy.

Okazało się jednak, że nie wystarcza nam pieniędzy. Po pierwsze dlatego, że szacunki robiliśmy rok wcześniej, w 2010 roku, gdy składaliśmy wniosek w PISF. Po drugie, Instytut przyznał nam kwotę niższą, niż ta, o którą prosiliśmy. Chcieliśmy 4 mln zł, dostaliśmy 3,5 mln, co stanowi ostatecznie 38 proc. budżetu filmu.

Musieliśmy znaleźć więc inne źródła finansowania. Nie byliśmy w stanie przed zdjęciami podpisać wszystkich umów, w tym międzynarodowych. W związku z tym zawarliśmy umowę z PISF, uzyskując jego przyrzeczenie, że kiedy te umowy będą gotowe, zawrzemy aneks włączający koproducentów zagranicznych i zatwierdzający zmianę sposobu finansowania, oraz że możemy liczyć na podniesienie dotacji do 4 mln zł. Byliśmy szczęśliwi, że PISF wyszedł nam naprzeciw i możemy realizować tak długo oczekiwaną produkcję.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną