Kraj

Z PO po kraju

Politycy PO spotykają się z wyborcami

„Nie spodziewałem się wielkiej frekwencji, ale miałem nadzieję, że jednak ktoś się zjawi” - mówi poseł Jarosław Katulski. Na zdjęciu - spotkanie w Świeciu. „Nie spodziewałem się wielkiej frekwencji, ale miałem nadzieję, że jednak ktoś się zjawi” - mówi poseł Jarosław Katulski. Na zdjęciu - spotkanie w Świeciu. Wojtek Szabelski / freepress.pl
Platforma Obywatelska ruszyła w Polskę, aby „POrozmawiać o konkretach”, ale wyborcy do tych partyjnych rozmów raczej się nie palą.
Spotkanie Dariusza Rosatiego w Górze Kalwarii pod Warszawą.Piotr Małecki/Polityka Spotkanie Dariusza Rosatiego w Górze Kalwarii pod Warszawą.

W dziesięciotysięcznym miasteczku Nowe (województwo kujawsko-pomorskie), 250 km od Warszawy, nikt nie był zainteresowany „Planem dla Polski”. Jarosław Katulski, poseł, i Paweł Olszewski – rzecznik klubu PO, wynajęli salę posiedzeń w urzędzie gminy. Po tym jak w tutejszej fabryce ekskluzywnych mebli zwolniono ostatnio kilkuset pracowników i wzrosło bezrobocie, dla mieszkańców wczesna popołudniowa godzina nie powinna być problemem. Jednak w wynajętej w urzędzie gminy sali posiedzeń (40 zł za godzinę) wszystkie z 40 krzeseł pozostały puste. – Nie spodziewałem się wielkiej frekwencji, ale miałem nadzieję, że jednak ktoś się zjawi – mówi Katulski. Nie pomogły ogłoszenia w lokalnych mediach. Paweł Olszewski jakby przeczuwał i został w stolicy. – Pani poseł Kidawa-Błońska ma dziś spotkanie w Warszawie i musiałem dyżurować za nią w Sejmie – tłumaczy.

W Warszawie zjawiło się 150 wyborców. Katulski ma nadzieję, że mieszkańcy jego rodzinnej Tucholi nie zawiodą: – Choć raczej spodziewam się więcej przeciwników PO, bo to rozemocjonowany elektorat, który wykorzysta każdą okazję, aby dołożyć partii rządzącej.

Zobligowani wezwaniem Donalda Tuska posłowie ruszyli w Polskę. „Pięć lat naszych rządów to dobra okazja, by powiedzieć państwu, co już zrobiliśmy w tym trudnym czasie, kiedy mieliśmy do czynienia z kryzysem gospodarczym, katastrofą smoleńską i powodzią, i o tym, co jeszcze mamy w planach” – mówił do wyborców podczas spotkania w Górze Kalwarii Dariusz Rosati. Każdy z 206 parlamentarzystów zasiadających w ławach PO ma zorganizować do połowy grudnia po osiem spotkań. – Każdy został wyposażony w pakiet startowy: po 270 niebieskich broszurek o tym, co udało nam się już zrobić, i dwustustronicowe Pomarańczowe książeczki o sukcesach rządu z danymi zebranymi w ministerstwach, płyty z prezentacjami multimedialnymi, plakaty informujące o spotkaniach, wzór zaproszeń do mediów i partyjne długopisy – mówi koordynator projektu poseł Jakub Rutnicki. Na niektórych spotkaniach są też cukierki krówki z partyjnym logo i niebieskie opaski na rękę. Każdy poseł dostał też na drogę 1,2 tys. zł na wynajęcie sal, które jak na razie nie pękają w szwach.

Pineski na mapie platformerskich wojaży gęstnieją szczególnie po zachodniej i północnej stronie Polski. Tam gdzie PiS trzyma się mocno, posłom Platformy na razie się nie spieszy. Z objazdu zwolnieni są podobno tylko ministrowie. – Zwracają się do Polaków w mediach, na konferencjach prasowych i zajmują się ciężką pracą ministerialną, więc nieoficjalnie są zwolnieni z objazdu – mówi współpracownik ministra Jacka Rostowskiego. Ze spotkań należy zdawać na bieżąco raporty udokumentowane zdjęciami.

Magnat

Andrzej Kania po spotkaniu w Ostrołęce, na które przyszło zaledwie kilku działaczy Platformy, uznał, że warto wpraszać się na imprezy, gdzie wysoka frekwencja jest gwarantowana. We wsi Tatary (30 km od Ostrołęki) w której stoi 60 domów, gmina, dokładając do środków unijnych, wyremontowała za 440 tys. zł dawny budynek skupu mleka i otworzyła świetlicę. W zeszłą środę wybrał się tam poseł Kania ze swoją asystentką. Podczas mszy stał w pierwszym rzędzie, obok sołtysa, wójta, starosty i radnego sejmiku wojewódzkiego. W oficjalnych powitaniach wymieniano go zaraz po księdzu proboszczu.

– Jako poseł ziemi kurpiowskiej dziękuję, że ta świetlica powstała. Nie wiadomo, w którą stronę pójdzie Europa, ale my mamy swoją małą ojczyznę i na znak mojego przywiązania przywiozłem wam wycinankę kurpiowską – mówił do 150 mieszkańców, którzy świętowali otwarcie świetlicy. Większość z nich pierwszy raz widziała posła, ale raczej nie robił na nich wielkiego wrażenia. Metka z logo firmy Magnat na garniturze sołtysa dobrze oddaje, kto ma w Tatarach poważanie. – My tu mamy swoje sprawy do załatwienia i damy sobie radę z tym samym sołtysem, którego wybieramy od 26 lat, nie potrzebujemy polityków – mówi pani Jadwiga z tatarskiego zespołu ludowego. Inni też podejrzliwie patrzyli na posła, który podjechał pod samą świetlicę swoim nowym Mercedesem.

 

Podczas wystawnego obiadu, z pieczonym dzikiem w roli głównej, poseł zrobił rundkę po wszystkich stołach. – Jak się poseł z nami napije, to i głosy może na pana oddamy – zachęcali biesiadnicy. – Tu dziś nie chodzi o głosy, ale o wspólną radość, że otworzyliśmy piękną świetlicę – odpowiadał Kania, maczając usta w regionalnej mioduszce. Aby wkupić się w łaski tatarzan, obiecał, wznosząc toast za ich zdrowie, że w przyszłym roku zorganizuje im wyjazd do Sejmu. O tym, że nie uda mu się tu nic opowiedzieć o „Planie dla Polski”, przekonał się ostatecznie, gdy zespół ludowy zaśpiewał: „A wy chłopy z miasta trzymajcie się za poły i nie zaglądajcie chłopom do stodoły”. Wtedy asystentka posła Kani wyniosła do samochodu kilkadziesiąt niebieskich książeczek z logo PO, których nie zdążyła nawet rozpakować. – No nie udało się porozmawiać, bo nie było do tego atmosfery – tłumaczy Kania.

Skrócić dystans

Atmosfera była za to w Kazimierzu Dolnym. Do Domu Architekta w rynku przyszło 90 osób. Włodzimierz Karpiński, jak na wiceministra administracji i cyfryzacji przystało, ubrany w garnitur i koszulę na spinki, czuł bojowe nastroje zebranych, więc zaczął od słów: – Te spotkania mają zredukować poziom agresji i wierzę, że tak się stanie. Jestem przede wszystkim Polakiem, a dopiero później należę do PO.

W Kazimierzu w ostatnich wyborach parlamentarnych PiS wyprzedziło Platformę o 10 proc. Asysta ministra obsłużyła multimedialną prezentację pięciu lat sukcesów rządu PO-PSL, z uwzględnieniem tego, jak wiele Karpiński zrobił dla Lubelszczyzny. Padło wiele liczb i nazw skomplikowanych programów, ale jeszcze więcej było trudnych pytań.

Samoloty z prezydentami tak po prostu nie spadają, dlaczego my oddaliśmy to śledztwo Rosjanom – pyta pani około pięćdziesiątki. Karpiński: – Proszę państwa, wiadomo, z kim mamy do czynienia, a mówię jako niedoszły uczestnik tego lotu, ale oni się cieszą z takiego naszego polskiego mordobicia w sprawie Smoleńska, więc nie róbmy tego. W Polsce jest prowadzone śledztwo i wszystko będzie wyjaśnione. Kobieta nie dawała za wygraną: – A dlaczego chcecie zamknąć Radio Maryja? Karpiński zapewnił, że nikt nie chce zamykać, a on sam go słucha, ale „pomieszanie polityki i wiary prowadzi do świętej wojny”. Kiedy wyczuł, że nikogo do swoich racji nie przekona, stwierdził: należy uznać, że żyjemy w dwóch różnych światach i po prostu musimy się szanować.

O Smoleńsk, ale w nieco innym tonie, pytali też Julię Piterę, Elżbietę Glapińską i Mirosława Koźlakiewicza mieszkańcy Gostynina (25 km od Płocka). Chcieli wiedzieć, dlaczego PO nie robi żadnych konferencji w tej sprawie, a PiS co chwilę pokazuje ekspertyzy naukowców dowodzących, że to był zamach. – Nie zostawiajcie tak tej sprawy – apelowali.

Do biura PO w Gostyninie, w którym mieści się oddział Providentu i firmy doradczo-kredytowej, przyszło może 30 osób, z czego połowa to lokalni działacze partyjni. Dla niektórych była to okazja, aby upomnieć się o pieniądze za prace przy autostradach, dla innych, by wypomnieć, że rząd nie prowadzi żadnej polityki na rzecz osób niepełnosprawnych i wielodzietnych rodzin. Posłanka Glapińska uspokajała, że przedstawienie wszystkiego, co PO dla nich robi, zajęłoby dwie godziny. Pitera wyczytała kilka zdań z Pomarańczowej książeczki „Pięć lat stabilnego rozwoju”. Odpowiedź dostał też mężczyzna, który poirytowany zapytał, po co PO zmieniła ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego na „księdza Jarosława Gowina”. – Zapewniam pana, że minister sprawiedliwości nie jest księdzem – powiedział Koźlakiewicz.

Szczególnie tam, gdzie PO nie ma dobrych wyników wyborczych i gdzie padają ostre pytania, posłowie starają się skrócić dystans. Mówią, że pracują dla ludzi, że stąd pochodzą, wręczają wizytówki z numerami telefonów komórkowych, zachęcają do odwiedzania biur poselskich. – A jak ktoś na was nie głosuje, to też może przyjść? Może – padła odpowiedź.

Każdy, kto przyjdzie na spotkanie, dostaje „Formularz kontaktowy spotkania Plan dla Polski”, przygotowany „z myślą o konstruktywnym dialogu, w przekonaniu, że żadne Państwa konkretne pytanie nie powinno pozostać bez odpowiedzi”. Można wpisać w niego „kluczowe zagadnienia”, oczekiwania i pytania „dotyczące tego, co obecnie robi koalicja PO-PSL”, a także, co wyborca robi w swojej pracy zawodowej, nazwę instytucji, w której pracuje, i dane kontaktowe. – Pytań to ja mam wiele, ale kontaktu do siebie to wolę nie podawać – mówi nieufny mieszkaniec Gostynina.

Zajmiemy się tym

Prawie na wszystkich spotkaniach posłowie muszą radzić sobie z jednym pytaniem: o te 300 mld z unijnego budżetu, obiecane w kampanii wyborczej. – To ile tych pieniędzy w końcu będzie, bo już słyszymy, że mniej – pytał Karpińskiego w Termach Pałacowych mieszkaniec Nałęczowa. Minister starał się wybrnąć, snując opowieść o sąsiedzie, który prosi drugiego o zbudowanie płotu, bo sam nie ma na niego pieniędzy. – Sąsiad się zgadza i buduje, a ja siadam przed domem i wybrzydzam, że deski nie takie i kolor farby mi się nie podoba. Nie bądźmy wybrednym sąsiadem. Jakby mi ktoś dawał moją roczną pensję, to ja bym ją wziął i podziękował, zamiast wybrzydzać – tłumaczył. Zaś Dariusz Rosati do dziesięciu osób zebranych w starym kinie w Górze Kalwarii mówił, że czy dostaniemy 72 czy 74 mld euro, nie ma większego znaczenia. Obiecywał też, że ten kryzys gospodarczy skończy się już w połowie przyszłego roku.

Takich zaskakujących obietnic pada na spotkaniach więcej. Minister Karpiński obiecał w Nałęczowie, że PO nie przystanie na propozycję biskupów, aby wprowadzić maturę z religii, choć „bardzo docenia, że Kościół przyczynia się do ochrony polskości”. Szef sejmowej komisji finansów mówił, że nauczyciele to dla Platformy ważna grupa wyborcza, ale „w najbliższym czasie rozwiążemy sprawę Karty Nauczyciela, by tak bardzo nie obciążała budżetów samorządowych”. Z kolei wiceminister Karpiński, w kontekście dyskusji o uprzywilejowanych grupach zawodowych, zapewnił: – Daliśmy sobie radę z policjantami, a teraz bierzemy się za górników.

Ci, którzy skorzystali z poselskich zaproszeń, byli przede wszystkim zainteresowani sprawami lokalnymi. Bo co im po nowych autostradach, które omijają ich małe miejscowości? Wielu wciąż wierzy w nadzwyczajną moc sprawczą parlamentarzystów. Z ochotą więc skarżyli się na lokalnych włodarzy i zdarzało się, że posłowie pogrozili samorządowcom palcem. – Skończyły się czasy, kiedy towarzysz mógł wykonać telefon do centrali, by partia pomogła, ale zrobię co w mojej mocy i w granicach prawa – uprzedzał Karpiński, gdy w Kazimierzu prosili go o pieniądze na remont drogi czy odbudowę zawalonej kilka lat temu szkoły.

Właściwie wszędzie mieszkańcom najbardziej doskwiera brak dostępu do lekarzy specjalistów. – Pan też przestanie być we władzy i będzie chorował, więc lepiej niech pan się zajmie tymi sprawami – przestrzegali w Kazimierzu. Julia Pitera nie pozostawiała złudzeń i próbowała wyjaśniać, że rząd ma pieniądze, ale to lokalne władze powinny po nie mądrze sięgać: – Jak wójt czy burmistrz jest do niczego i nie umiał tych pieniędzy wykorzystać, to go zmieńcie.

Małgorzata Kidawa-Błońska, która razem z warszawskimi posłami PO zaprosiła mieszkańców Targówka na spotkanie do urzędu dzielnicy, oczywiście nie namawiała do zmiany władz stolicy. Wysłuchała za to uwag o korkach, drożejących biletach i rosnących opłatach za użytkowanie wieczyste. Warszawiacy głośno protestowali przeciwko pomysłom posłanki PO Lidii Staroń, dotyczącym spółdzielni mieszkaniowych. Są przekonani, że nowa ustawa nie tylko skomplikuje ich rozliczenia (remonty, czynsze), uniemożliwi wpływ na to, co dzieje się na dawnych terenach spółdzielczych, ale też jest cichą likwidacją ich spółdzielni.

Chęć uspokojenia swoich wyborców zwyciężyła nad lojalnością wobec partyjnej koleżanki.

– Pani Staroń ma za sobą tylko kilku posłów, a większość klubu nie popiera jej pomysłów, więc proszę się nie obawiać – mówiła wiceszefowa klubu. A jeśli chodzi o sprawę źródełka oligoceńskiego, które od kilku miesięcy nie działa, poseł Maciej Kierwiński obiecał skuteczną interwencję.

Posłowie często po cichu narzekają na te „gospodarskie wizyty”, że to pachnie gierkowszczyzną, że będzie wyśmiewane, że wygląda jak pokazówka z innych czasów. Że władza nigdy nie zbiera tłumów, że łatwiej opozycji zebrać niezadowolonych. Ludzie głębszej wiary przypominają, że z tuskobusa też żartowano i wyszydzano ten pomysł jako absurdalny i nieskuteczny, a jednak pomógł. Sam premier Tusk ma osobiście wspomóc Pomarańczową książeczkę w grudniu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną