Kraj

Duma oszołoma

O tych, którzy nie przebierają w słowach

Stefan Niesiołowski Stefan Niesiołowski Jan Bielecki / EAST NEWS
Wypowiedź reżysera Grzegorza Brauna zaliczyć można do kategorii politycznego oszołomstwa. Problem w tym, że oszołomstwo przenika do głównego nurtu i przestaje przynosić wstyd.
Grzegorz BraunTomasz Gzell/PAP Grzegorz Braun
Krystyna PawłowiczAdam Chełstowski/Forum Krystyna Pawłowicz
Janusz Korwin MikkeWojciech Barczyński/Forum Janusz Korwin Mikke

Artykuł w wersji audio

Nie oczekujcie gładkich słów,/okrągłych zdań, łagodnej kpiny./Ja walę zawsze z obu luf/i nie używam wazeliny – śpiewał w utworze ze „Śpiewnika Oszołoma 2” zapomniany już nieco Leszek Czajkowski. W latach 90. nazywany był „bardem polskiej prawicy” lub „bardem oszołomów”. Przed dwoma laty wspierał kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego. „Piórkiem oszołoma” na łamach prawicowego tygodnika „Nasza Polska” ganił sztab wyborczy prezesa PiS za to, że kandydat stał się „więźniem łagodności”. A przecież: „nie ma gorszej rzeczy/niż kampania nieciekawa/która wrogów nie kaleczy (…)”.

Czajkowski to prototyp oszołoma dumnego. A zadowolone z siebie oszołomstwo właśnie triumfalnie powraca. Postępujące zaostrzanie retoryki doprowadziło w efekcie do takich przypadków, jak wypowiedzi reżysera Grzegorza Brauna o rozstrzeliwaniu dziennikarzy TVN i „Gazety Wyborczej” oraz działacza PiS Artura Nicponia – o referendum dotyczącym zabicia premiera Tuska. Z jednej strony, mamy więc „zdrajców” i „sprzedawczyków” (o których także podczas wrześniowego spotkania Klubu Ronina wspominał Braun), z drugiej – „oszołomów”. Bo zjawisko oszołomstwa przybrało na sile po Smoleńsku (główną rolę odgrywa tu Antoni Macierewicz). Przewaga moralna, jaką nadała sobie po tym zdarzeniu prawica, stała się alibi dla dowolnych zarzutów. Rzecz – w takiej optyce – sięgnęła spraw ostatecznych, życia i śmierci, także wrogów kraju. Wypowiedź Brauna jest produktem takiego myślenia.

W latach 90. pojęciem oszołomstwa posługiwali się ludzie lewicy i centrum w stosunku do skrajnej i agresywnej prawicy – tłumaczy politolog prof. Aleksander Smolar. – Było popularne i miało siłę polityczną. Dziś nie ma takiego potencjału stygmatyzowania. Tym bardziej że – jak twierdzi prawicowy publicysta Tomasz Terlikowski – termin oszołom został oswojony, tak jak wcześniej ciemnogród, moher, katol czy – po przeciwnej stronie – leming. – Przykładowo: statystycznie w Polsce jesteśmy przeciwko aborcji, ale też przeciwko jej karaniu. Jeśli więc ktoś mówi, że aborcja to zabójstwo, a skoro tak, to trzeba za to karać, to wtedy jest nietypowy. Każdy, kto doprowadza swoje myślenie do konsekwentnych wniosków, czasem radykalnych, to oszołom – mówi katolicki publicysta. – Niebawem będziemy się szczycić tym, że jesteśmy oszołomami.

Bywalcy rankingów

Niektórzy już są z tego dumni. „Oszołom ­ słowo wzięte z więziennego żargonu, stało się w III RP, a zwłaszcza po Tragedii Smoleńskiej, jedną z tych obelg, które nosi się z dumą. Jak niegdyś »Wróg ludu« i »Zapluty Karzeł Reakcji«” – pisze Rafał Ziemkiewicz, recenzując „Oszołomów” (powieść, której akcja jest związana z katastrofą smoleńską). Według socjologa prof. Radosława Markowskiego, to próba zdeprecjonowania pierwotnego znaczenia tego pojęcia poprzez ośmieszenie go. – Jeszcze kilka lat temu oszołomami nazywaliśmy tych, którzy w tej radykalnej wizji świata, którą prezentowali, nie reagowali na żadne dowody empiryczne, mieli umysły zamknięte w dogmatach, byli zupełnie oderwani od rzeczywistości i występującej w niej zależności przyczynowo-skutkowej – tłumaczy. – Teraz oszołomy to ci, którzy mają silne przekonania i wyraziście je nagłaśniają. Sami tak siebie nazywają, nie wstydzą się tego.

Prof. Smolar zwraca jednak uwagę, że choć ludzie prawicy stosują pojęcie oszołomstwa afirmatywnie (Krzysztof Cugowski, lider Budki Suflera, były senator PiS: „Jestem oszołomem w moherowym berecie”), to zarazem próbują pod nie podciągać politycznych przeciwników. – Można mieć wyraziste poglądy, mówić rzeczy nieprzyjemne, czasem nawet chamskie, ale nie być oszołomem. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby np. Janusza Palikota nazywać oszołomem – mówi Smolar. Jednak właśnie Palikot to obok Stefana Niesiołowskiego najczęściej wymieniane przez polityków i sympatyków PiS nazwisko, gdy mowa o politycznym oszołomstwie. Co ciekawe, Niesiołowski już niemal 20 lat kojarzony jest z tym określeniem.

W sondażu, przeprowadzonym w 1993 r. na zlecenie „GW” przez pracownię SMG/KRC, znalazł się w pierwszej piątce największych oszołomów ówczesnej sceny politycznej. Wyprzedzili go: Stan Tymiński, Leszek Moczulski, Lech Kaczyński (prezes NIK) i Jarosław Kaczyński (PC), którego respondenci wskazywali najczęściej. – To dla mnie komplement, jeżeli moi przeciwnicy polityczni tak mi ubliżają, bo ja walczę o Polskę, a oni jej szkodzą – tłumaczy Niesiołowski. – Robią to z nienawiści, ponieważ trafnie diagnozuję PiS i jestem absolutnie nieprzemakalny na ich argumenty. Są bezradni, bo zdemaskowałem ich kłamstwa – dodaje i zaznacza, że przedstawicieli PiS ma raczej za cyników i kłamców, nie zaś oszołomów, bo przecież: – Gdyby Jezus przyszedł na świat i powiedział, że w Smoleńsku była katastrofa lotnicza, toby powiedzieli, że jako Żyd jest niewiarygodny.

Wulgarność habilitowana

Jednocześnie Niesiołowski skarży się na szykany, jakie go spotykają ze strony polityków PiS. Bojkotują audycje i programy, jeśli do studia i on jest zapraszany. Jeden z członków władz PO przyznaje, że w sprawie tego pisowskiego szantażu próbuje pertraktować z dziennikarzami. No, bo jak to tak, że PiS wystawia swoich Brudzińskich, Hofmanów, Błaszczaków, a Stefana bardzo mało ostatnio w mediach. – Nie chcę uprawiać polityki z poziomu rynsztoku, więc nie uczestniczę w programach z Niesiołowskim – mówi Joachim Brudziński z PiS (ten od „ruskiej trumny”). – Ale nie mam tego nienawistnego zacietrzewienia względem kogokolwiek.

Dodaje też, że wystąpiłby z partii, gdyby w PiS tolerowano taką wulgarność i agresję, na jaką w Platformie przyzwolenie daje Donald Tusk. Samopoczucie Brudzińskiego pokazuje, jak rzekoma symetria w zachowaniach dwóch głównych partii zwalnia z wszelkiej refleksji. To problem ogólniejszy: co robić, kiedy nieumiarkowany język ma legitymację w postaci wyborczego poparcia np. dla głównej opozycyjnej partii. Trudno potępiać naśladowców, nie zauważając schowanych za elektorat protektorów. A oszołomstwo nowszej generacji stało się, niestety, strategią marketingową.

O tym, jak ważną rolę odgrywa partyjny oszołom, przekonuje Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego: – Taki oszołom jest z reguły lokomotywą wyborczą, bo w tym szlamie informacyjnym uwagę zwracają radykalne wyskoki. Ważna jest wyrazistość, to na niej buduje się zarówno sekta smoleńska, jak i antysmoleńska. Trzeba wciąż przykuwać uwagę, generować historie, eskalować je i mieć na uwadze to, że następuje dewaluacja oszołomstwa. Zdaje sobie chyba z tego sprawę Janusz Palikot, który zaistniał w polityce dzięki regularnym wyskokom i skrajnym sformułowaniom, choćby takim: „PZPN to burdel, w którym dziwki zarażają HIVem”, „Gowin zachowuje się jak katolicka ciota”, a Lech Kaczyński to „cham”. W niedawnym wywiadzie dla „GW” przyznał, że sam też musi być chamem, bo jak będzie mówić tylko mądre rzeczy, to będzie miał 4 proc. poparcia. Nawet Rafał Grupiński, przewodniczący klubu PO, którego trudno nazwać oszołomem, uważa, że wyborcy Platformy oczekują zdecydowanej postawy. – Nie oczekują, że będziemy tak inteligencką partią, jak kiedyś Unia Demokratyczna, że będziemy wszystko tłumaczyć okrągłymi zdaniami. W ten sposób wylądowalibyśmy z kilkuprocentowym poparciem. I dlatego PO legitymizuje Niesiołowskiego, któremu przeciwnicy wytykają, że jako entomolog zna się głównie na muszkach.

Ale w słowach nie przebiera też posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, profesor na Wydziale Prawa i Administracji UW. Jak zaznacza: – Wywodu prawniczego nikt w Sejmie by nie zrozumiał. Siłą rzeczy muszę mówić z odpowiednią ekspresją i wyjaskrawiać pewne sprawy, bo inaczej nikt tego nie zauważy. Osoby mi nieprzychylne mówią: ale oszołomka. W pewien sposób uznaję to więc za komplement, bo to znaczy, że mówię skutecznie. Pawłowicz, choć to dopiero jej pierwsza kadencja w Sejmie, zasłynęła obcesowymi przemowami i komentarzami („spier...” do innego posła – sama kwestionuje zapis stenogramu sejmowego). Feministki oskarżyła o przyczynienie się do śmierci Madzi z Sosnowca oraz zanik uczuć wyższych, a Alicji Tysiąc zarzuciła „głębokie wynaturzenie”.

Pawłowicz nie jest jedyną postacią z kręgu naukowców związanych bądź sympatyzujących z PiS, której można przypisać rodzaj oszołomstwa. Bo jak traktować słowa socjologa prof. Uniwersytetu w Bremie Zdzisława Krasnodębskiego, który w rozmowie z POLITYKĄ stwierdził: – Ktoś, kto jest zwolennikiem PO, nie może być przyzwoitym człowiekiem. Jak oceniać uczestnictwo we wspomnianym wrześniowym spotkaniu Klubu Ronina historyka z UJ prof. Andrzeja Nowaka i brak jego bezpośredniej reakcji na słowa Brauna (dopiero w ubiegłym tygodniu Nowak zdystansował się wobec nich i przyznał, że odebrał je „jednoznacznie źle”)? Profesura nobilituje i rozgrzesza radykalizm, sama, przez taką generalizację, jaką zaprezentował Krasnodębski, go stosując.

Bezkarne sianie nienawiści

Jak podkreśla w „GW” psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński, „w ostatnich latach radykalnie spadł odsetek Polaków, którzy widzą jakikolwiek związek między władzą państwową a ich własnym życiem. Tylko 7 proc. uważa, że jest tu przełożenie”. Niemniej, choć związku nie widzą, atmosferę nienawiści i tak chłoną, bo od niej w informacyjnym szumie nie ma ucieczki. – Dla większości społeczeństwa taka radykalizacja konfliktu politycznego, jaką obserwujemy, jest nie do zaakceptowania – twierdzi jednak prof. Smolar. Przez moment rzeczywiście mogło się wydawać, że osoby zaangażowane dotąd w podgrzewanie tego sporu przejrzały się w słowach Brauna, zobaczyły, do czego one prowadzą w skrajnej postaci. Skrytykował je choćby Tomasz Terlikowski.

Ale zaraz pojawili się obrońcy reżysera. Ewa Stankiewicz, prezes Solidarnych 2010, na swoim blogu oświadczyła: „Zgadzam się z sensem wypowiedzi Grzegorza Brauna, z której wynika, że jeśli w Polsce byłyby wolne sądy, a władze kierowałyby się racją stanu – to część mainstreamowych dziennikarzy i osób znajdujących się aktualnie na najwyższym szczeblu władzy w Polsce w wyniku wyroków wolnych sądów należałoby poddać najwyższemu wymiarowi kary”. Dalej rozwijała swoje teorie o „autentycznym prześladowaniu” Brauna; „bezkarnym sianiu nienawiści” przez Bronisława Komorowskiego i „pierwszej nieudanej jeszcze wtedy próbie zabicia prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji”.

Stankiewicz jest w sposób klarowny umocowana politycznie. Ale są i wolni strzelcy. Jak choćby występujący po kościołach Stanisław Michalkiewicz, który o uczestnikach prezydenckiego marszu w dniu święta niepodległości napisał: „Tacy eunuchoidalni narodowcy, wytresowani w tolerancji oraz starannie wykastrowani z wszelkich »ksenofobii« i »antysemityzmów«, mogą nawet stanowić znakomity kwiatek do kożucha, bo cóż to szkodzi Żydom mieć w Polsce własnych narodowców”. Jak Janusz Korwin-Mikke, jawny lub dyskrecjonalny „ojciec” dużej części polskiej prawicy, od lat szokujący swoimi tezami, kiedy np. dezawuuje paraolimpiadę, opowiadając się za kultem silnych i sprawnych. – Mnie uważa się za wariata, nie oszołoma. Sam uważam się za zimnego, logicznego drania – twierdzi Korwin-Mikke. – Kiedy mówię, że rosnąca przeżywalność niemowląt jest niekorzystna dla narodu, to nie jest to oszołomstwo, ale zimny wniosek z teorii Darwina. Nawet jeśli pewne poglądy znajdują się na granicy normy psychicznej, to i tak funkcjonują w przestrzeni publicznej. Ta fala się rozlewa, a dzięki Internetowi można poznać szokujące opinie lokalnych polityków, radnych, partyjnych działaczy. Coraz więcej można na dole, bo standard elit się obniża.

Muszą być pewne granice, słowa nie są niewinne. Jak się mówi o rozstrzeliwaniu, to przeciwnika politycznego traktuje się jak wroga, którego należy zlikwidować w obronie własnych fundamentalnych wartości. Takie opisywanie polityki jest rzeczą bardzo niebezpieczną – mówi prof. Smolar. I podkreśla, że pod tym względem szkodnikiem jest też Stefan Niesiołowski, jeżeli konflikt polityczny opisuje jako wojnę domową. – Na wojnie, żeby się bronić, trzeba umieć likwidować przeciwników, więc w tym, co mówi Niesiołowski, jest przyzwolenie na takiego Brauna. Bo w tym czarno-białym opisie rzeczywistości, niwelowaniu półcieni, radykalizowaniu konfliktu, kryje się niebezpieczeństwo, że osoby niezrównoważone psychicznie, zalęknione i sfrustrowane potraktują to dosłownie. – I może się powtórzyć historia z Eligiuszem Niewiadomskim, zabójcą Narutowicza.

Zły pomysł na złe słowa

Platforma postanowiła zareagować. Ma to związek nie tylko z wypowiedziami Nicponia, Brauna czy niedoszłego zamachowca Brunona K., ale także ze zwiększającą się aktywnością narodowców, którym bliskie są szowinistyczne hasła. W ubiegłym tygodniu pojawił się projekt zaostrzenia Kodeksu karnego w zakresie przestępstw motywowanych mową nienawiści. Powstać ma także – według zapowiedzi ministra Michała Boniego – rządowa rada monitorująca przejawy mowy nienawiści, dyskryminacji, ksenofobii i agresji w życiu publicznym.

Nasi rozmówcy sceptycznie oceniają ten pomysł. – To zły pomysł, bo nie tworzy się autorytetów instytucjonalnych poprzez komitety ministrów – uważa prof. Aleksander Smolar. Wtóruje mu Ryszard Kalisz z SLD. – Ten projekt jest sformułowany bardzo ogólnie, a w przypadku prawa karnego opis czynu zabronionego musi być bardzo konkretny i dokładnie wskazywać poszczególne elementy, żeby nie wkraczać w wolność słowa. Takie ogólne klauzule to się pisze w konstytucji. Najdalej w krytyce platformerskich pomysłów posuwa się prof. Pawłowicz. – To cenzura. Rząd będzie bronił poprzez ministra Boniego autorytetu rządu, korzystając ze wszystkich możliwych środków. Rząd się ośmiesza. Ale to tylko znaczy, że nie czuje się pewnie, skoro podejmuje takie desperackie działania – kwituje. – Oszołomstwo nabrało znaczenia. Dzisiaj niektórzy mówią nawet: jestem dumny z bycia oszołomem! Podejrzewam, że niedługo będą za to ordery. W wolnej Polsce.

Pozostaje mieć nadzieję, że pani profesor głęboko się myli.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną