Wojna o fotoradary trwa

Łapią i łupią
System śledzenia, fotografowania i karania polskich kierowców ma poprawić wpływy do budżetu i bezpieczeństwo na drogach. Tymczasem wywołuje wściekłość na nowych piratów drogowych, którzy świetnie uzbrojeni ruszyli w Polskę na łowy.
Polska ma najgorsze w całej Unii statystyki wypadków śmiertelnych na drogach.
Leszek Zych/Polityka

Polska ma najgorsze w całej Unii statystyki wypadków śmiertelnych na drogach.

Nieoznakowany Ford Mondeo z fotoradarem.
Jan Bielecki/EAST NEWS

Nieoznakowany Ford Mondeo z fotoradarem.

Minister finansów wpisał do budżetu kwotę, jaka państwo ma uzyskać z mandatów - 1,2 mld złotych.
Cezary Piwowarski/Wikipedia

Minister finansów wpisał do budżetu kwotę, jaka państwo ma uzyskać z mandatów - 1,2 mld złotych.

Przyciemniane szyby, pięć anten na dachu, głowica radaru wystająca z kratki chłodnicy i wielka kamera na środku deski rozdzielczej. Tak uzbrojony Ford Mondeo na służbie Generalnej Inspekcji Transportu Drogowego wyrusza na trasę. – Uwaga mobilki na czarnego nieoznakowanego Mondeo na numerach WE w okolicy Raszyna. Inspekcja jedzie kosić – ostrzegają się kierowcy przez CB. Jedna z pięciu anten na dachu Mondeo to CB, dlatego obsługa samochodu też słyszy dialogi kierowców. To znaczy normalnie nie słyszy, bo po pięciu tygodniach jazdy już się nauczyła, że dla zachowania zdrowia psychicznego CB lepiej nie włączać.

Tym razem, w ramach wyjątku, CB jest włączone, żeby pokazać społeczny kontekst tej pracy. A społeczny kontekst nie przebiera w słowach.

Pogląd na rozbudowywaną przez Inspekcję Transportu Drogowego sieć fotoradarów kierowcy mają ugruntowany. – Jedzie takie gówno i tylko drogę tarasuje. Samochód rzeczywiście jedzie wolno, bo przepisowo. Kierowcy za nim podminowani, gdyż przez ostatnią godzinę mozolnie przebijali się przez Warszawę ze średnią prędkością 15 km na godzinę. Za Jankami (14 km od stolicy w kierunku Katowic) każdy chce wdepnąć, bo mu się naiwnie wydaje, że nadrobi.

Ale na przodzie peletonu czarne Mondeo z wideoradarem. A za nim długi łańcuszek samochodów i wolny lewy pas. Jazda szarpana. Za Magdalenką (kilka kilometrów dalej) Mondeo przyśpiesza do przepisowych 100 km na godzinę i reszta peletonu robi to samo. Po kilkuset metrach Mondeo zwalnia do przepisowych 70 km. I tak co kilka kilometrów. Dozwoloną prędkość na danym odcinku ustawia się w radarze ręcznie. Załoga musi więc co chwilę zmieniać ustawienia.

A peleton się gotuje. Nie każdy wytrzymuje to napięcie. – Właśnie są na 398 km i chyba mi k…. zrobili zdjęcie – aktualizuje pozycję jeden z kierowców. Zdjęcia nikt mu nie zrobił, bo przejazd jest w trybie testowym. Ale w sumie by się należało, bo na ograniczeniu do 70 jechał 95 km na godzinę.

CANARD po francusku

W kwestii prędkości rządzący poczęstowali kierowców kijem i marchewką. W 2010 r. posłowie znowelizowali ustawę Prawo o ruchu drogowym i podnieśli ogólne limity prędkości. To była marchewka. W tej samej ustawie schowali jeszcze kij. Do życia powołano Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD – po francusku znaczy – kaczka), czyli sieć automatycznych fotoradarów. Ludzie myśleli, że system nigdy nie powstanie. Albo powstanie, ale będzie, jak było.

Wcześniej radarów było niewiele, a te działające tak szybko zapychały się zdjęciami, że policja przez kolejne tygodnie siedziała i obrabiała materiał dowodowy. Na 6 tys. funkcjonariuszy drogówki fotoradarami zajmowało się 500. A i tak sprawy ciągnęły się tygodniami. Wystarczyło, że fotoradar zrobił zdjęcie służbowego auta i zaczynała się administracyjna droga przez mękę z ustaleniem prowadzącego pojazd. Przy drogach seryjnie ustawiano kolejne maszty na fotoradary, lecz kierowcy szybko się zorientowali, że prawdziwe urządzenia goszczą w nich od święta. – Układ był prosty. My udajemy, że fotografujemy, a kierowcy udają, że jeżdżą zgodnie z przepisami – wspomina jeden z byłych policjantów.

Wreszcie Polska, z wysokimi statystykami śmiertelności na drogach, dostała unijne 54 mln euro na stworzenie kopii zachodnich systemów automatycznego pomiaru prędkości. Ponieważ policja nie miała spektakularnych sukcesów z fotoradarami, zadanie powierzono Inspekcji Transportu Drogowego. Wzorować mieliśmy się głównie na Francji. A wyniki mieć jak w Holandii: w 2001 r. w wypadkach samochodowych zginęło 993 Holendrów, po wprowadzeniu (jak twierdzi policja) automatycznych radarów śmiertelność na holenderskich drogach spadła do 650 osób.

Ku niemiłemu zaskoczeniu kierowców polski system, po początkowych perturbacjach przy przetargach, zaczął działać dość szybko. W sierpniu 2012 r. żniwa rozpoczęły się również na drogach. Fotoradary CANARD zrobiły 68 845 zdjęć. Ale wtedy system głównie opierał się jeszcze na starych, zawodnych urządzeniach, które dawały 40-proc. skuteczność odczytu zdjęć. Przy drogach montowano już jednak 300 nowoczesnych. CANARD szybko nabierał prędkości. A od grudnia leci już niemal pełną parą wzmocniony 29 samochodami z wideorejestratorami. Niezawodność odczytu skoczyła do 70 proc. Na koniec roku w zasobach systemu było już 616 702 zdjęcia. Mandaty dostało i przyjęło już 83 535 kierowców. Pozostali niebawem znajdą swoje w skrzynkach pocztowych.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną