Koniunkturalizm polityków i etyka mediów

Cena strachu
Cena strachu wynosi z grubsza 40 tys. zł na głowę (przed opodatkowaniem), a więc nie jest zbyt wygórowana. Zależy zresztą dla kogo.

U Janusza Palikota na przykład wywołała szok, z którego nie mógł się otrząsnąć do czasu, aż przygniatająca większość jego sejmowego klubu nie cofnęła rekomendacji na stanowisko wicemarszałka pani Wandzie Nowickiej, która nie okazała prawdziwie lewicowej wrażliwości. Panowie uwinęli się z cofnięciem rekomendacji szybko. Poganiał ich poseł Sławomir Kopyciński (nabytek z SLD, gdzie jak widać przeszedł niezłą szkołę gier zakulisowych), donosząc gorące informacje z innych partyjnych gabinetów, że Miller już cofa rekomendację wicemarszałkowi Wenderlichowi, a prezes Piechociński właśnie wyrzuca wicemarszałka Grzeszczaka. W rezultacie ofiarą czystki po awanturze o premie dla prezydium Sejmu padła jedynie Nowicka, a panowie od Palikota tak spieszą do objęcia stanowiska po niej, że na razie nie są w stanie uzgodnić, na kogo ten zaszczyt spłynie. Lista kandydatów mających lewicową wrażliwość rośnie.

Niestety, cena strachu przed opinią publiczną, reprezentowaną w Sejmie przez grono dziennikarzy żarliwie i z oddaniem wykonujących swój zawód (tu szczególnie wyróżniła się młoda dama niepozwalająca zniknąć w windzie wicemarszałkowi Cezaremu Grabarczykowi i szturmująca z kamerą i mikrofonem uparcie zamykające się drzwi), stała się również ceną kompromitacji. Gorliwość, z jaką marszałkowie przed kamerami przekazywali na cele społeczne swoje pieniądze (należne im na podstawie obowiązujących ustaw), lub ich rozbiegane oczy, kiedy próbowali coś jednak uszczknąć dla siebie, prowokowała wręcz do myśli, że może podaliby się do dymisji, skoro nie mają odwagi swoich decyzji bronić i zostawiają na placu boju samą marszałek Ewę Kopacz.

Dziennikarskie „odkrycie” żadnym odkryciem nie było, w wielkiej pogoni za sensacją dociekliwym reporterom niczego nie chciało się sprawdzić. Premie, z dwuletnią przerwą (raz zamrożono je w ustawie budżetowej, drugi raz – kiedy w trakcie roku zmieniała się kadencja), wypłacano, i to wyższe. Nie mógł nie wiedzieć o tym pełen publicznego potępienia dla Prezydium Sejmu Leszek Miller, bo za rządów SLD płacono niemało i wystarczyło na przykład Józefa Oleksego czy Marka Borowskiego spytać. Wiedział o tym Janusz Piechociński, bo zbyt długo w Sejmie przebywa, by nie znać zasad wynagradzania. Nie mógł w końcu nie wiedzieć premier Tusk, bo sam nagrody brał, a za czasów marszałka Komorowskiego płacono jedne z najwyższych. Nagrody były więc rutyną, bo nikomu nie chciało się zmienić starych ustaw i po prostu te 8,5 proc. odpisu od funduszu płac wpisać do tegoż funduszu i ewentualnie podnieść pensje.

Być może marszałek Kopacz zachowała się zbyt rutynowo, ale nikt z wicemarszałków nie zaprotestował, a z całej tej awantury pożytku żadnego nie będzie, jeśli nie ustali się wreszcie przejrzystych reguł wynagradzania osób zajmujących najwyższe stanowiska w państwie. Nigdy nie było odwagi, aby to zrobić, bo o wszystkim decydował właśnie strach. W tej awanturze odważnie i z godnością zachował się jedynie marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który stwierdził, że nagrody będzie nadal przyznawał, bo tabloidy nie będą go uczyć etyki.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną