Saga rodu Romaszewskich
Zofia i Zbigniew Romaszewscy
Seweryn Sołtys/Fotorzepa

Zofia i Zbigniew Romaszewscy

Zbigniew Romaszewski, jako senator, zajmował się głównie obroną praw człowieka.
Tomasz Paczos/Forum

Zbigniew Romaszewski, jako senator, zajmował się głównie obroną praw człowieka.

Agnieszka Romaszewska-Guzy z mężem Jarosławem.
Stanisław Ciok/Polityka

Agnieszka Romaszewska-Guzy z mężem Jarosławem.

W 1967 r. Romaszewscy dokonali wyboru mającego wpływ na całe ich dalsze życie. W Polsce gęstniała antysemicka atmosfera, a jednocześnie narastał bunt studencki. Po karnym usunięciu studenta Adama Michnika z uczelni Romaszewscy zbierali podpisy w jego obronie. Po wydarzeniach marcowych 1968 r. w ich mieszkaniu zbierali się tzw. dysydenci, jeszcze nie spiskowali, ale już prowadzili dyskusje, w których wykuwały się opozycyjne postawy.

Do rzeczywistej opozycji Zofia i Zbigniew przystąpili w 1976 r., kiedy w reakcji na brutalne stłumienie wystąpień robotniczych w Ursusie, Płocku i Radomiu powstał Komitet Obrony Robotników. Przejęli od Mirosława Chojeckiego kierowanie tzw. grupą radomską, a kiedy powstało Biuro Interwencji KOR, Zofia stanęła na jego czele. – Zbyszek to genialny organizator, razem z Zosią stworzyli działający jak zegarek system pomocy represjonowanym – mówi Mirosław Chojecki.

Oboje jeździli do Radomia, by wspomagać robotników. Zofia wspominała później jednego z podopiecznych o nazwisku Gierek. Został zmasakrowany, bo kiedy, pytany o nazwisko, odpowiadał: Gierek, milicjanci myśleli, że z nich drwi. Tenże Gierek nie okazał wdzięczności, kiedy w 1983 r. zeznawał na procesie Romaszewskich. Obciążył ich, mówiąc m.in., że łamali praworządność i czerpali z tego korzyści dla siebie. Inny podopieczny z Radomia okazał się współpracownikiem SB, w nagrodę władza pomogła mu założyć stację benzynową.

Życie konspiracyjne

Agnieszka, jak wspomina, już w wieku 4 lat zaczęła rozumieć, że żyje w świecie konspiry. U jej babci Ewy Płoskiej pomieszkiwał pisarz January Grzędziński, przed wojną adiutant marszałka Piłsudskiego. W 1965 r. został aresztowany m.in. za publikowanie w paryskiej „Kulturze”. – Zachowałam się niestosownie, bo kiedy przed domem zobaczyłam panów w długich płaszczach ortalionowych, donośnie poinformowałam babcię, że to stoją tajniacy – opowiada Agnieszka. Zapamiętała pierwszą rewizję w domu, esbecy szukali dokumentów Grzędzińskiego, a jeden z nich bestialsko nakłuwał drutem jej ulubionego misia.

W 1976 r. w mieszkaniu rodziców SB urządziła regularny kocioł, chcieli wyłapać ludzi z KOR. Agnieszka miała 14 lat, intuicja podpowiedziała jej, co zrobić. Esbecy wpadli raniutko, a ona, zwykle opieszale szykująca się do szkoły, teraz błyskawicznie się ubrała i spakowała torbę. Esbecy uzyskali z centrali zgodę, aby latorośl Romaszewskich wypuścić. Agnieszka, rzecz jasna, do żadnej szkoły nie poszła. Powiadomiła wszystkich znajomych rodziców, że w mieszkaniu jest kocioł.

Po maturze w 1980 r. wybierała się na studia, ale była uzasadniona obawa, że z powodu działalności rodziców przepadnie na egzaminie. Dlatego wystartowała w olimpiadzie wiedzy historycznej i ją wygrała. Jako zdobywczyni pierwszego miejsca została przyjęta na Wydział Historii UW bez egzaminu. Rok później poznała Jarosława Guzego, wówczas szefa Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Spodobał jej się, dopytywała o niego znajomego studenta Jacka Rakowieckiego, później znanego dziennikarza. – Miał smutną wiadomość, że Jarek ma narzeczoną w Krakowie. Ostatecznie skończyło się dobrze. Przeprowadził się do Warszawy – opowiada Agnieszka.

Podziemne radio

Moment ogłoszenia stanu wojennego zastał rodzinę Romaszewskich w rozsypce. Zofia bawiła akurat na imieninach u znajomej, Zbigniew jechał pociągiem z Gdańska. W mieszkaniu była tylko Agnieszka. – Myślę, że zostałam internowana w zastępstwie rodziców – mówi. Funkcjonariusz spytał: Pani Irena, Zofia? Odparła, że Agnieszka. A to nie szkodzi, usłyszała, pani pójdzie z nami. Strasznie się potem martwiła, że zostawiła bez opieki rudą spanielkę rodziców, Gamę.

W miejscu internowania spędziła pięć miesięcy. Wypuszczono ją na miesięczną przepustkę z powodu uczulenia na leki, jakie aplikował jej lekarz więzienny. Zapamiętała, że pierwszego dnia wolności usłyszała głos mamy, to nadawało Radio Solidarność. Dowiedziała się, że jej rodzice wciąż są wolni i że to oni stworzyli podziemną stację, ściganą przez esbecję równie uporczywie, co nieskutecznie. Agnieszkę wzięła na swój oddział dr Zofia Kuratowska (później działaczka Unii Demokratycznej). Dzięki zaświadczeniu o rzekomej chorobie do więzienia już nie wróciła. Jarek dostał trzydniową przepustkę z Białołęki, gdzie był internowany. Wzięli ślub, wesela nie urządzili. Jarek wrócił za kraty, a o zawartym związku przypominało 20 nienapoczętych butelek wódki Baltic, cały deputat przysługujący nowożeńcom.

Romaszewscy wpadli latem 1982 r. Wcześniej, bo w czerwcu, SB namierzyła nadajnik Radia Solidarność. To był chwilowy triumf władzy, bo nawołujące do oporu audycje podziemnego radia były w Warszawie powszechnie słuchane. Wieczorami, na znak solidarności, słuchacze zapalali i gasili światła w domach, miasto w tym czasie na przemian rozbłyskiwało i ciemniało. W rocznicę ślubu Romaszewskich, 5 lipca 1982 r., SB wpadła do mieszkania, gdzie się ukrywali. Wzięli tylko Zofię, bo Zbigniew ich przechytrzył. Wykorzystał moment nieuwagi esbeków i jak sprinter, tyle że w kapciach, wypadł na ulicę. Potem niewygodne bambosze zrzucił i dalej uciekał. Aresztowano go dopiero 29 sierpnia 1982 r.

Agnieszka musiała radzić sobie sama. W sprawie męża odważyła się zaniepokoić gen. Kiszczaka, ministra spraw wewnętrznych. Zatelefonowała do jego sekretariatu, przedstawiła się. Po kilku dniach Kiszczak osobiście oddzwonił. W krótkich żołnierskich słowach oświadczył, że pan Guzy niebawem wyjdzie na wolność. I po 10 dniach Jarosław (w grudniu 1982 r.) rzeczywiście opuścił mury więzienia. Odsiedział prawie rok.

W 1983 r. odbył się proces twórców Radia Solidarność. Jednym z obrońców był mec. Krzysztof Piesiewicz, scenarzysta filmów Krzysztofa Kieślowskiego i późniejszy senator RP. Zapamiętał, że kiedy wszedł na salę sądową, Romaszewscy uśmiechali się, jakby za nic mieli grożące im kary. – To byli ludzie pewni swoich poglądów, nieulękli – wspomina. Prokurator dla Romaszewskiego domagał się 8 lat więzienia, sąd orzekł 4,5 roku. Zofia dostała trzy lata. Oboje wyszli na wolność w 1984 r., gdy ogłoszono amnestię.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną