Kraj

Prawie jak dokument

Filmy pseudodokumentalne

„Super Size Me” „Super Size Me” Mary Evans Picture Library / EAST NEWS
Filmy dokumentalne, cieszące się dużym zainteresowaniem widzów, wydają się kwintesencją obiektywnego dziennikarstwa. Niestety, niektóre są wyłącznie manipulacją.
„Niewygodna prawda”Paramount Classics/courtesy Everett Collection/EAST NEWS „Niewygodna prawda”
„David versus Monsanto”materiały prasowe „David versus Monsanto”

Pokazywać? Nie pokazywać? Po wielu tygodniach dyskusji i rozterek Telewizja Polska w końcu postanowiła wyświetlić dwa głośne filmy poświęcone katastrofie prezydenckiego Tu-154. Wieczorem 8 kwietnia czeka nas prawdziwy smoleński maraton. Najpierw będzie można zobaczyć „Katastrofę w przestworzach – śmierć prezydenta” nakręconą na zlecenie kanału telewizyjnego National Geographic. A zaraz po niej „Anatomię upadku” wyprodukowaną przez Niezależne Wydawnictwo Polskie, czyli właściciela związanej z PiS „Gazety Polskiej”. Na koniec w studiu ma się odbyć dyskusja ekspertów i publicystów.

Gargas za Moore’em

Zarówno „Śmierć prezydenta”, jak i „Anatomia upadku” określane są jako filmy dokumentalne. Tyle że poza nazwą gatunkową i tematem obydwu produkcji nie łączy zbyt wiele. Ta pierwsza to kolejny odcinek cenionego serialu „Katastrofa w przestworzach”, prezentującego w dokumentalno-fabularyzowanej formie przebieg najbardziej znanych tragedii lotniczych. Jego autorzy opierają się przede wszystkim na materiałach komisji państwowych badających przebieg katastrof. Tak też było w przypadku „Śmierci prezydenta” bazującej na raportach komisji rosyjskiej i polskiej. „Anatomia upadku” jest zaś dziełem dziennikarki „Gazety Polskiej” Anity Gargas, od wielu lat niekryjącej swoich poglądów politycznych. Dlatego pisząc o jej filmie, słowo dokument należałoby brać w cudzysłów, bo mamy do czynienia z materiałem tendencyjnym, na siłę uzasadniającym tezę o zamachu na samolot wiozący prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na bardzo ciekawe i rozpowszechnione ostatnio zjawisko wykorzystywania formuły filmów dokumentalnych w celach propagandowych. „Anatomia upadku” doskonale je ilustruje. Tego typu produkcje oddziałują bowiem na opinię publiczną wyjątkowo silnie, przede wszystkim dzięki swojej naoczności i pozornej obiektywności. Bo nawet jedno dobre, czyli dramatyczne, ujęcie kamery potrafi na długo wryć się w pamięć widzów, stając się – jak to się dziś określa – zarażającym umysły memem.

To nic nowego pod słońcem – zauważy ktoś. Walory filmów dokumentalnych doceniali przecież zarówno propagandyści faszystowscy (pamiętne dzieła Leni Riefenstahl z „Triumfem woli” z 1934 r. na czele) i komunistyczni (np. polskie kroniki filmowe), a pierwsze Oscary w kategorii film dokumentalny zaczęto przyznawać już na początku lat 40. XX w. Jednak to w ostatnich dekadach dokument cieszy się szczególnym powodzeniem (zapewne również dzięki postępowi technicznemu, bo dziś można go nakręcić nawet dobrym smartfonem), czego wyrazem są liczne festiwale tego typu produkcji. I dlatego przyciąga mnóstwo zaangażowanych w różne sprawy osób, chcących zarazić globalną opinię publiczną swoimi przekonaniami ubranymi w dokumentalno-reportażową formę.

Sztandarowym przykładem tego typu produkcji stały się filmy Michaela Moore’a – reżysera mocno opowiadającego się po stronie amerykańskiej lewicy i kręcącego bardzo sprawnie zrealizowane „dokumenty” (m.in. „Fahrenheit 9/11”), ocierające się o teorie spiskowe oraz niemające wiele wspólnego z dociekliwym i krytycznym dziennikarstwem.

Ogień z kranu i ruletka

Moore działa jednak przede wszystkim w sferze polityki. Tymczasem widzowie rzadko zdają sobie sprawę, że niektórzy dokumentaliści manipulują nimi, poruszając tematy od spraw politycznych odległe (przynajmniej na pierwszy rzut oka), bo dotyczące nauki, techniki czy ekologii. A robią to wyjątkowo skutecznie, gdyż na długo potrafią zawładnąć opinią publiczną i odpowiednio nastawić ją do jakiejś sprawy. Na dodatek takie produkcje są obsypywane nagrodami na licznych festiwalach, bo jurorzy oceniają przede wszystkim sprawność warsztatową, siłę przekazu, nośność podjętego tematu, ale nie mają specjalistycznej wiedzy ani czasu, by sprawdzić rzetelność prezentowanego materiału.

Sztandarowym tego przykładem jest film „GasLand” z 2010 r. (w Polsce znany pod tytułem „Kraj gazem płynący”), nominowany do Oscara i obsypany innymi nagrodami (m.in. Emmy, czyli telewizyjnym Oscarem). Dokument ten nakręcił Josh Fox, amerykański reżyser i aktywista ekologiczny, któremu bardzo nie podoba się technologia wydobycia gazu łupkowego („Łupkowe science fiction”, POLITYKA 10). Dlatego nie próbuje nawet ważyć racji. Nieprawdziwych informacji i manipulacji jest w tym dokumencie mnóstwo, ale jedna scena szczególnie mocno wbija się w pamięć.

Oto mieszkaniec domu położonego blisko miejsca wydobycia gazu łupkowego odkręca kran z wodą i… podpala ją zapalniczką. W górę bucha płomień. Według Foxa, ma to być koronny dowód, że gaz z łupków na skutek odwiertów przedostaje się do wód gruntowych, a z nimi do kuchni czy łazienek, stwarzając poważne zagrożenie. Tymczasem ów płonący gaz to metan pochodzący z płytszych warstw ziemi (co można stwierdzić) i nie ma nic wspólnego z pracami firm wydobywczych. A zjawisko płonącej wody znane jest od dawna, również w Polsce. Ale o tym widzowie „GasLandu” nie mają szans się dowiedzieć.

Nagrodę Emmy otrzymał także inny, znacznie starszy (1982 r.) film dokumentalny „Vaccine Roulette” („Szczepionkowa ruletka”). Zdaniem prof. Paula Offita, wybitnego pediatry, immunologa i wakcynologa z University of Pennsylvania, to właśnie ten film zapoczątkował kolejną, trwającą do dziś falę antyszczepionkowej histerii wśród rodziców małych dzieci. Zrealizowała go dla telewizji NBC reporterka Lea Thompson. Bohaterką materiału jest szczepionka Di-Per-Te przeciwko trzem chorobom: błonicy, krztuścowi i tężcowi. Ze względu na obecność w niej całych (ale zabitych) bakterii wywołujących krztusiec, preparat ten stosunkowo często powoduje tzw. niepożądane odczyny poszczepienne: wysoką gorączkę, drgawki, wymioty czy długotrwały płacz dziecka.

Lea Thompson oskarżyła jednak Di-Per-Te o coś znacznie poważniejszego – powodowanie ciężkich uszkodzeń neurologicznych. Na widzów filmu szczególnie silnie działały obrazy rodziców opowiadających o tym, jak okropnie chorowały ich dzieci po zaszczepieniu. Oraz sekwencje, w których płaczące maluchy, trzymane w ramionach przerażonych rodziców, otrzymują zastrzyki. A wszystko to okraszone informacjami, że „medyczny establishment” na siłę promuje niebezpieczną szczepionkę, która tak naprawdę nie jest potrzebna. Wiele tego typu stwierdzeń wygłasza w filmie kilkoro zaproszonych przez Thompson rzekomych specjalistów, natomiast widzowie nie mają szans usłyszeć z ust prawdziwych fachowców tego, co pokazują wyniki licznych badań – że niepożądane reakcje dość szybko ustępują i nie ma odnotowanego ani jednego (!) przypadku, by szczepionka spowodowała uszkodzenia neurologiczne. Nie mogą również zobaczyć, jak fatalne następstwa przynosi krztusiec, tężec czy błonica.

Czarnobyl i zabójczy Big Mac

Wstrząsające obrazy dzieci posłużyły również do straszenia widzów energetyką jądrową. W 1998 r. Telewizja Polska wyemitowała brytyjski film dokumentalny „Igor – dziecko Czarnobyla”. Jego bohaterem jest chłopiec z Białorusi, który urodził się dwa lata po katastrofie ze zdeformowanymi kończynami. Według autorów dokumentu, takich dzieci z różnymi wadami rozwojowymi (również mózgu) przyszło na świat w ZSRR milion, a odpowiada za to skażenie promieniotwórcze. Widzowie filmu usłyszeli także, że promieniowanie w Czarnobylu było stukrotnie większe niż w Hiroszimie i Nagasaki, czego następstwem są liczne białaczki i inne nowotwory wśród ludności Rosji, Białorusi i Ukrainy.

Wszystkie te informacje okazały się nieprawdziwe, co wytknęli m.in. polscy naukowcy w liście protestacyjnym do TVP. Na tzw. terenach skażonych nie rodzi się więcej dzieci z wrodzonymi wadami ani ludzie nie umierają masowo na raka. Poza nowotworami tarczycy nie odnotowano bowiem żadnego wzrostu chorób, które mogłyby zostać spowodowane przez promieniowanie, gdyż jego dawki na tzw. terenach skażonych wcale nie były tak wysokie i groźne. A już na pewno nie tak duże, jak w dwóch japońskich miastach, na które spadły amerykańskie bomby atomowe.

Manipulacje dokumentalistów dotyczą również tematów znacznie mniejszego kalibru. Któż z nas nie był pod wrażeniem nominowanego do Oscara filmu „Super Size Me” z 2004 r., wyreżyserowanego przez Amerykanina Morgana Spurlocka. Bohater tego dokumentu (również Spurlock) przeprowadza eksperyment na samym sobie – przez 30 dni żywi się wyłącznie w słynnej sieci fast foodów McDonald’s i wykonuje tylko kilka tysięcy kroków, czyli tyle, ile jego statystyczny rodak z USA. Rezultaty takiej diety są po miesiącu dramatyczne – o 13 proc. rośnie waga reżysera, monitorujący go lekarz odnotowuje m.in. problemy z wątrobą, a Spurlock zaczyna cierpieć na depresję i spada mu libido. „Super Size Me” świetnie się więc wpisuje w narrację o złej globalnej korporacji, która nie tylko psuje gusta kulinarne na całym świecie, ale na dodatek potrafi doprowadzić zdrowie człowieka do ruiny zaledwie w miesiąc. Czy to możliwe?

Film Spurlocka był wielokrotnie brany pod krytyczną lupę, ale rezultaty tych dociekań nie miały szans dotrzeć do tak szerokiej światowej publiczności jak sam dokument. Jedną z osób, która dokładnie go przeanalizowała, jest znany amerykański sceptyk Brian Dunnig, autor cenionego za oceanem bloga „Skeptoid”, rozprawiającego się z rozmaitymi mitami i przekłamaniami. Okazuje się, że Spurlock codziennie zjadał posiłki o wartości energetycznej wynoszącej 5 tys. kilokalorii (zalecana dawka, pozwalająca utrzymać wagę, to dla dorosłego człowieka ok. 2,5 tys. kilokalorii). Jak to dużo, można sobie łatwo wyobrazić: zjedzenie popularnego w McDonald’s hamburgera Big Mac (z dwoma kawałkami mięsa i plastrem żółtego sera) to 510 kilokalorii.

Najważniejsze jest jednak to, że Spurlock nigdy nie przedstawił poza filmem wyników swoich badań lekarskich sprzed oraz z czasu trwania fastfoodowego eksperymentu. Za to powtórzyli go inni, tyle że stosując rzetelną naukową metodologię. Najsłynniejsze badanie przeprowadził szwedzki naukowiec dr Fredrik Nyström z University of Linköping, który poprosił 18 ochotników (12 mężczyzn i 6 kobiet) o przejście na 30 dni na fastfoodową dietę, ograniczenie wysiłku fizycznego i spożywanie aż 6 tys. kilokalorii. Okazało się, że wprawdzie waga badanych wzrosła od 5 do 15 proc. i czuli się zmęczeni, jednak nie odnotowano żadnych niepokojących symptomów, jak np. problemów z wydolnością wątroby czy kłopotów natury psychologicznej. Jednej osobie spadł nawet poziom złego cholesterolu. Nie znaczy to oczywiście, że McDonald’s to miejsce, gdzie można najzdrowiej się odżywiać. Ale na pewno nie jest on (jak i inne fast foody) jadłodajnią, która zrujnuje nasze zdrowie. A przytyć można nawet w najbardziej wykwintnej restauracji, jeśli będzie się codziennie jadło 5–6 tys. kilokalorii.

Samobójcze nasiona

Właściwie można by wydzielić osobną kategorię zaangażowanych filmowych „dokumentów”, poświęconych gorącemu tematowi, jakim są zmodyfikowane genetycznie rośliny wykorzystywane w rolnictwie. W POLITYCE 52/11 oraz na naszej stronie internetowej opisaliśmy historię kanadyjskiego rolnika Percy’ego Schmeisera, który łamiąc prawo i sporo kombinując, starał się zasiać na swoim polu nasiona genetycznie zmodyfikowanego rzepaku amerykańskiej firmy Monsanto, nie płacąc za nie. Oszustwo udowodniono mu przed trzema instancjami sądów kanadyjskich. A mimo to stał się bohaterem filmu dokumentalnego „David versus Monsanto” (2009 r.), który kompletnie ignorując fakty, przedstawia Schmeisera jako samotnego sprawiedliwego walczącego o swoje prawa z drapieżnym koncernem.

Warto też zwrócić uwagę na film „Gorzkie nasiona”, który w tym roku pokazuje w Polsce kanał Planete+. Na podstawie historii jednego indyjskiego rolnika jego autorzy starają się udowodnić tezę, że uprawa genetycznie zmodyfikowanej bawełny, odpornej na szkodniki, zamiast spodziewanych korzyści doprowadziła do bankructw i fali samobójstw farmerów. Co charakterystyczne dla tego typu produkcji, twórcy „Gorzkich nasion” kompletnie zignorowali niezależnych od firm biotechnologicznych specjalistów zajmujących się tym problemem i publikujących poświęcone mu raporty. Pokazują one jednoznacznie, że fala samobójstw rolników w Indiach nie ma nic wspólnego z GMO. Była ona bardzo wysoka, zanim zmodyfikowaną bawełnę zaczęto tam uprawiać. Potwierdzają to również wieloletnie badania, których rezultaty opublikowano w ubiegłym roku: uprawy bawełny GMO powiększyły dochody indyjskich rolników, a z nowej technologii korzysta dziś kilka milionów głównie drobnych farmerów.

Na koniec można jeszcze wspomnieć o byłym amerykańskim wiceprezydencie Alu Gorze, laureacie Pokojowej Nagrody Nobla, za walkę z globalnym ociepleniem. Szerokim echem na świecie odbił się oparty na jego multimedialnych wykładach film dokumentalny „Niewygodna prawda” – z Gore’em w roli głównej. W Anglii postanowiono prezentować go w szkołach publicznych, by przybliżyć uczniom problem globalnego ocieplenia. Ale jeden z rodziców to zakwestionował, oskarżając twórców „Niewygodnej prawdy” o naginanie faktów i wprowadzanie widzów w błąd. Sprawa skończyła się w angielskim sądzie. Ten uznał zaś, że choć w większości film prezentuje rzetelną wiedzę, to niektóre stwierdzenia są zbyt alarmistyczne, gdyż nie opierają się na wiarygodnych danych naukowych. Dlatego sąd zalecił, by przed prezentacją filmu nauczyciele informowali uczniów o dziewięciu zawartych w nim błędach, m.in. dotyczących wzrostu poziomu oceanów, wymierania raf koralowych czy rzekomego związku huraganu Katrina, który w 2005 r. spustoszył Nowy Orlean, z globalnym ociepleniem.

Można to wszystko podsumować następująco – oglądając filmy dokumentalne, warto być ostrożnym, gdyż niektóre są tendencyjne i nie mają nic wspólnego z obiektywnym dokumentowaniem zjawisk. Wprawdzie w dobie Internetu łatwiej jest weryfikować podawane przez filmowców informacje, ale większość widzów (z różnych powodów) nie skorzysta z tej możliwości. I uwierzy w to, co zobaczy.

Polityka 14.2013 (2902) z dnia 02.04.2013; Temat tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawie jak dokument"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną