Tydzień w polityce według Paradowskiej

Stan powszechnego zaskoczenia
Mina wicepremiera Janusza Piechocińskiego w chwili, kiedy dowiedział się od dziennikarzy o odwołaniu ministra skarbu powinna znaleźć się w albumie dokumentującym najważniejsze wydarzenia z życia koalicji.

Nie należy z tego absolutnego, bezradnego zaskoczenia wnosić, że z koalicją akurat dzieje się coś szczególnie złego. Bardzo podobne miny mieli zapewne posłowie PO, którzy dzień wcześniej zacięcie bronili ministra skarbu w sejmowej komisji, odrzucając wniosek o wotum nieufności. Nie bardzo jednak wiadomo, dlaczego omawiali go na dzień przed podjęciem decyzji przez premiera, jakby nie mogli kilka godzin zaczekać na raport ministra spraw wewnętrznych i na decyzję szefa rządu, która musiała być ostra, bo czas omijania decyzji lub odkładania ich do jakiejś przyszłej dużej rekonstrukcji gabinetu wyraźnie się Donaldowi Tuskowi kończy. Zrobili to z braku elementarnej ostrożności? Z rutyny? Z braku informacji? W myśl założenia, że gdy opozycja chce odwołać ministra, to premier musi go bronić? Nie musi, może nawet opozycję ubiec i kto wie, czy premier nie powinien tego robić częściej.

Posłowie jednak to posłowie, a wicepremier to wicepremier, i na dodatek szef partii koalicyjnej i mógłby przynajmniej grzecznościowego telefonu od premiera oczekiwać. Albo sam zapytać. Mina jest bowiem wyrazem nie tyle stosunków koalicyjnych, ile pozycji samego Janusza Piechocińskiego i to nie tylko w rządzie. Także we własnej partii. Polityk, zdawałoby się doświadczony, przekonany na dodatek, że wie prawie wszystko, a w analizie zjawisk politycznych nie ma sobie równych, na stanowisku wicepremiera najwyraźniej się pogubił. I nie może się odnaleźć, co jemu samemu i jego partii rokuje raczej marnie. W PSL zdają się o tym coraz lepiej wiedzieć, a Janusz Piechociński chyba jeszcze się nie zorientował. Najwyraźniej wciąż jeszcze jest zaskoczony tym, że został prezesem PSL i w konsekwencji wicepremierem, i – co może ważniejsze – ministrem gospodarki. Ludowcy kiedy już kogoś wybiorą, są lojalni, ale do czasu. Oni czas zaskoczenia już przeżyli.

Premier, dymisjonując ministra Budzanowskiego, czego należało się spodziewać, rzucił myśl o utworzeniu nowego resortu od energetyki. Być może więc – w ramach „taniego państwa” oczywiście – powstanie jeszcze jedno ministerstwo, a tym samym premier Tusk zapisze się w historii najnowszej jako szef Rady Ministrów z najliczniejszą rzeszą ministrów. Jeżeli taki miałby być finał naszej wewnętrznej medialno-politycznej awantury o gazowe memorandum, byłby on rzeczywiście zaskakujący. Opozycja mogłaby triumfalnie głosić, że oto prezydent Putin nie tylko zmienia Tuskowi ministrów, ale także układa rząd. Jeśli bowiem w tej całej sprawie jest coś zupełnie niezaskakującego, to przekonanie opozycji, być może nie tylko jej, że za wszystkim stoi Rosja i osobiście prezydent Putin, który nas ograł, szczególnie zaś ograł Tuska. Mam poważne wątpliwości, czy Rosjanie to gazowe zamieszanie zaplanowali, ale nie mam wątpliwości, że mają powód, aby się cieszyć z naszego własnego chaosu. W końcu jeśli prezydent Putin ma jako tako zorganizowane służby dyplomatyczne i informacyjne, to dociera do niego, że w Polsce znaczna część klasy politycznej i opinii publicznej uważa, że spiskował, a może nawet zamordował naszego prezydenta pod Smoleńskiem. Niby więc dlaczego miałby się nie cieszyć z naszych własnych konfliktów, a może nawet je trochę podsycać? I rzecz nie musi się odnosić wyłącznie do rur, lecz także do wraku i całego smoleńskiego śledztwa.

W tym chaosie gazowym najbardziej zaskakujące jest, że nie wiemy, czy ta rura byłaby dla Polski opłacalna czy nie? Warto o nią zabiegać czy nie? Martwiliśmy się o interesy Ukrainy zdecydowanie bardziej niż ona sama, o to, czy Rosjanie mają dość gazu, aby go dodatkową rurą wysłać na Słowację, ale jakoś polski interes nie przebił się w politycznej bijatyce. Chyba że uznać, iż polski interes polega na tym, że co z Rosji to z góry złe, fałszywe i podstępne. I tak od lat po naszym życiu publicznym krążą różne rury fantomy: a to Jamał II, a to „pieremyczka”, a to ropociąg Odessa–Brody (chyba nawet wchodzi w skład „testamentu” prezydenta Lecha Kaczyńskiego?). Ich główną cechą jest to, że się pojawiają, okresowo zanikają i nic z tego nie wynika, oprócz kolejnych politycznych awantur.

Zaskoczeniem dla opinii publicznej miał stać się fakt, że w PiS istnieje grupa, która nie wierzy w zamach smoleński, czemu publiczny wyraz dał poseł Girzyński. Nie po raz pierwszy, więc zaskoczenie jest mało zaskakujące. Zaskakujące byłoby twierdzenie, że wszyscy wierzą, zwłaszcza że nie wiadomo nawet, czy wierzy sam prezes, bo przecież nie jest możliwe, aby polityk określany jako posiadający największą przenikliwość i zdolność politycznej analizy do tego stopnia wpadł w sidła mocy nadprzyrodzonych, aby z przekonaniem prawić o wybuchach czy osobach, które katastrofę przeżyły. W konwencji specyficznej politycznej gry to wszystko mieści się znakomicie i tylko w tej konwencji nie dziwi.

Prawdziwie zaskoczony został natomiast kompozytor Zbigniew Preisner, kiedy doniesiono mu, że w Krakowie przy okazji trzeciej rocznicy wawelskiego pochówku wykorzystano jego, napisaną do słów Adama Asnyka, kompozycję „Miejcie nadzieję”. Preisner twardo powiedział, że nie chce być „wycieraczką PiS”, sprawę odda do sądu, bo rzecz napisał po wprowadzeniu stanu wojennego, a teraz jest wolna i demokratyczna Polska i wcale nie jest już tak, że „mężom przystoi w milczeniu się zbroić”. Otóż najwyraźniej kompozytor, jak to artysta, jest nieco odklejony od rzeczywistości i nie dostrzega, że przecież stan wojenny nadal trwa i zbrojenia idą w najlepsze.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną