Dlaczego Platforma traci poparcie

„Ludzie, Głupcze!”
PO jedzie po równi pochyłej. Nie trzeba czytać sondaży, żeby się o tym przekonać. Wystarczy pogadać z ludźmi. Każdy jest jakoś Platformą rozczarowany.

Wiosną 2013 trudno odnaleźć ślady tego entuzjazmu, który sześć lat temu towarzyszył partii Tuska, Komorowskiego, Schetyny. Na pierwszy rzut oka wygląda to dziwnie, bo wiosną, kiedy słońce świeci, większość z nas ma znacznie lepszy nastrój, niż mroczną jesienią i notowania rządu zwykle się poprawiają. Ale nie tym razem.

Co się takiego stało, że nawet słońce nie świeci już dla Platformy? Na moje wyczucie odpowiedź brzmi: Gowin. Styl jego walki z premierem sprawił, że synergie wielonurtowej partii stały się obstrukcjami, a to, co przyciągało wyborców, zaczęło ich odpychać. Moneta PO pokazała rewers i z partii, która dla każdego miała coś miłego, stała się ona partią, która dla każdego ma coś odpychającego.

Gowin nie jest jednak wszystkiemu winien. On tylko przelał czarę stopniowo zapełnianą od lat na skutek zideologizowania polityk społecznych i destrukcyjnych decyzji podejmowanych przez niekompetentnych ministrów w resortach mających największy i najlepiej widoczny wpływ na życie zwykłych ludzi. Zdrowie, edukacja, nauka, szkolnictwo wyższe, polityka społeczna, padły ofiarą bezliku nieracjonalnych zmian pogarszających los osób tam pracujących i obywateli korzystających z usług tych systemów. To prawda, że wszystkie te systemy PO przejęła w kiepskim stanie spowodowanym wieloletnimi błędami wynikającymi z fałszywych ideologicznych przesłanek (głównie z naiwnej wiary, że rynek sam wszystko załatwi), którymi kierowały się poprzednie rządy. Ale zamiast wycofać się z błędnych rozwiązań, Platforma większość z nich radykalizowała pogłębiając problemy oświaty, szkolnictwa wyższego, służby zdrowia, systemu emerytalnego, rynku pracy. Najkrócej można powiedzieć, że PO tak się przejęła hasłem "finanse głupcze!", iż zapomniała, że w wyborach głosują nie pieniądze, lecz ludzie.

Rząd Tuska ma ogromne zasługi w ratowaniu finansów publicznych i w ograniczaniu wpływu światowego kryzysu na polską gospodarkę, ale ma też ogromne osiągnięcia w utrudnianiu życia zwykłym ludziom. Od drakońskiego egzekwowania absurdalnych ograniczeń  prędkości, które sama władza teraz pod naciskiem podnosi, przez wysyłanie sześciolatków do nieprzygotowanych szkół, po zalewanie służby zdrowia biurokracją, która odcina pacjentów od pomocy, podnoszenie kolejnych opłat miejskich, cen lekarstw i wieku emerytalnego, przerzucanie na pracowników nieudolności polskich pracodawców, likwidowanie szkół i zwalnianie nauczycieli, paraliżowanie nauki i administracji gogolowskim prawem o zamówieniach, absurdalną deregulacją zawodów zaufania, niszczeniem mediów publicznych i instytucji kultury, narzucaniem uczelniom sztucznych parametrów.

Po sześciu latach trudno już znaleźć taką grupę społeczną, która by nie została jeszcze przez rząd Tuska zaatakowana. I to zaatakowana w sposób niekompetentny, nieprzemyślany, uzasadniony ideologicznie, bez analizy faktycznej, na przekór współczesnej wiedzy. Co gorsze, wszystko to dzieje się w sosie kultu niekompetencji, który sprawia, że ministerialne posady otrzymują takie osoby, jak Gowin, mające mgliste pojęcie o specyfice resortów. Edukacja, służba zdrowia, polityka społeczna, sprawiedliwość rządzone są tak, jak mały Kazik wyobraża sobie, że jest dobrze – na przekór współczesnej wiedzy, którą dotknięci skutkami tej władzy znają, bo Polska jest dziś krajem otwartym.

Wcześniej czy później skutki takiego rządzenia musiały stać się bolesne. Tak bolesne, że większość profesjonalistów nie wyobraża już sobie, by jeszcze raz oddać głos na PO. To, co Agnieszka Holland od roku mówi w imieniu większości środowisk twórczych, można by równie dobrze powiedzieć w imieniu adwokatów, sędziów, dziennikarzy, nauczycieli, pracowników nauki, lekarzy i pielęgniarek, oraz tych, którzy korzystają z ich usług i ich bliskich. Czyli niemal nas wszystkich. Inaczej mówiąc rząd Tuska zaatakował już prawie cały naród i trudno się dziwić, że naród go za to nie kocha. A na koniec przed kamerami stanął wiceminister zdrowia i oświadczył, że państwo będzie nas jeszcze gorzej leczyło, więc jak chcemy mieć tyle, co dotąd, musimy sobie dopłacić poprzez system prywatnych ubezpieczeń.

Platforma ma więc dokładnie to, na co pracowała od lat i przed czym wcześniej ratowało ją przerażenie wizją powrotu do władzy polityków PiS. Po Gowinie, który od Kaczyńskiego i Ziobry się w sposób widoczny nie różni, ten straszak przestał działać. I już nie zadziała. Jeżeli więc Donald Tusk chce swoją partię uratować przed klęską wyborczą, musi wrócić do idei rządu myślącego, którą symbolizował Michał Boni, zanim został zmarginalizowany.  A przede wszystkim, musi sobie przypomnieć, że w polityce różne rzeczy są ważne - gospodarka, finanse, retoryka, PR - ale najważniejsi są ludzie, którzy wrzucają kartki do urn wyborczych.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną