Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Krakowski spleen

Kraków to dziwne miasto. Tlą się w nim jeszcze jakieś stołeczne pretensje, zataczają się jeszcze pogrobowcy „bohemy”, ten i ów ubiera się i kłania, jak nieślubny wnuk hrabiego Tarnowskiego. Sławny aktor, zniesławiony profesor i zapomniany biskup depczą sobie po piętach, przemykając przez ten unikalny, choć nieunikniony rynek, gdzie ona tańczy dla mnie.

Bóg wie, co sobie wyobrażają o Krakowie przyjezdni warszawiacy, w drodze do Zakopanego lubo przybyli spełniać swe aspiracje duchowe na Festiwalu Kultury Żydowskiej. Co oni widzą w tym rynku ryczącym jarmarczną muzyką, w tej rzece dziatwy z prowincji, Amerykanów i włóczęgów, wciśniętej pomiędzy sklepy ze szmatami i budy z kebabem, rozstawione jak egzotyczna kolonialna garda na „trakcie królewskim”?

Ano widzą magiczne wieże Bazyliki Mariackiej, wspaniałą przestronność tego świetnego placu, zachwycającą perspektywę ulicy Grodzkiej, zamkniętą kościołem św. Andrzeja. Nawet bywali w świecie i zblazowani turyści z Zachodu kiwają głowami z uznaniem. Należy Kraków do kategorii „piękne niewielkie miasto”. A że miasto zrobiło się jednak całkiem spore, to zasługa głównie Nowej Huty. Może i realny socjalizm był brzydki, lecz jego sztandarowe dzieło nie przestaje zadziwiać. W powojennej nędzy zbudowano piękne i nowoczesne miasto. W szczerym polu. Po odbudowie Warszawy to zaiste najbardziej niezwykłe dokonanie urbanistyczne PRL.

Lecz nie dla turysty Huta. Jego Kraków zaczyna się przy Bramie Floriańskiej, skąd idzie dalej ten Kraków na Rynek, potem Grodzką, przez Wawel, Stradom i Krakowską aż na Kazimierz.

Polityka 24.2013 (2911) z dnia 11.06.2013; Felietony; s. 92
Reklama