Rostowski przegrał, by wygrać

Szachownice Rostowskiego
Jacek Rostowski gra trzy partie jednocześnie. Z rynkami finansowymi, Komisją Europejską oraz wyborcami. Właśnie stracił figurę, budżet trzeba nowelizować. Tę przegraną zaplanował jednak wcześniej.
Jacek Rostowski nie wygrywa swoich meczów łokciami, ale sprytem.
Rafał Siderski/Dziennik/Forum

Jacek Rostowski nie wygrywa swoich meczów łokciami, ale sprytem.

Światowe rynki finansowe nie zmuszają Rostowskiego do bolesnych reform.
European People's Party/Flickr CC by 2.0

Światowe rynki finansowe nie zmuszają Rostowskiego do bolesnych reform.

Każdego roku NBP ratuje Ministerstwo Finansów przelewem na kilka miliardów.
Jarosław Pocztarski/Wikipedia

Każdego roku NBP ratuje Ministerstwo Finansów przelewem na kilka miliardów.

Wicepremier nie harata w gałę. Raczej trudno go sobie wyobrazić na piłkarskim boisku. Chociaż też miewa kontuzje. Było mu przykro, gdy przed kilkoma tygodniami media, pokazując utykających szefów państwa – kulał wtedy zarówno Bronisław Komorowski, jak i Donald Tusk – nie zwróciły uwagi na chore kolano wicepremiera. A z tego powodu przeprowadził się nawet z piątego piętra w kamienicy do rządowej willi przy Parkowej.

Jacek Rostowski nie wygrywa swoich meczów łokciami, ale sprytem. W zeszłym roku, upierając się przy swoim projekcie budżetu, puszczał mimo uszu zarzuty analityków i powtarzającej je opozycji, że to budżet nierealny. Zbyt optymistyczny. Konstrukcja, która musi się zawalić. No i tak się stało. Gospodarka nie sprostała jego planom. Miała rosnąć w tempie 2,2 proc., a szoruje po dnie, niemal ocierając się o recesję. Więc i wpływy podatkowe okazały się przestrzelone aż o prawie 25 mld zł, bo na dodatek obniża je zbyt mała inflacja (ceny wzrosły o niecały 1 proc., zamiast – jak zakładało ministerstwo finansów – o 2,7 proc.). Wicepremier nie trafił w ani jeden wskaźnik. I nie wygląda na szczególnie zmartwionego.

Budżet lepszy, czyli gorszy

Jeżeli wiedział, że tak dobrze – jak sobie założył – nie będzie, to po co w to brnął? Dla własnej oraz rządu kompromitacji? Skądże: tylko zawyżając zbyt optymistycznymi wskaźnikami tegoroczne dochody państwa, mógł jednocześnie podciągnąć do góry jego wydatki. A to dzisiaj pozycja najważniejsza. Teraz cięcia dotkną resortów, trzeba im odebrać 8,5 mld zł (w rozmowach z nimi niezawodna jest wiceminister Hanna Majszczyk – każdemu coś znajdzie). Pozostałe wydatki mają być chronione. Dlatego deficyt powiększa się aż o 16 mld zł. Żeby nie powtórzyć sytuacji sprzed kilku lat, gdy drastyczne cięcia wydatków mocno schłodziły gospodarkę, co skutkowało bardzo wysokim bezrobociem. Minister argumentuje, że bronił ratingu kraju, by móc taniej pożyczać pieniądze. Wręcz mówi o sukcesie. Chwali się rekordowo niską rentownością polskich obligacji. Ale ludzie tego sukcesu nie czują. Niekoniecznie wiedzą, co to znaczy „rentowność obligacji”.

Zanim minister uparł się, by koalicja przegłosowała w parlamencie zły budżet, musiał zadać sobie pytanie: co zyska na lepszym? Lepszym, czyli gorszym, bo bardziej realnym. Rynkom pożyczającym nam pieniądze (wcale nie takim bardzo wnikliwym, jak się wydaje) wysłałby sygnał, że Polska obawia się recesji. Co gorsza, taki sygnał wysłałby także przedsiębiorcom oraz konsumentom w kraju. Uruchomiłby spiralę samospełniającej się prognozy. Uniemożliwiłby powtórkę z 2009 r., kiedy staliśmy się „zieloną wyspą” nie z pomocą stymulatorów rządowych, ale wyłącznie dzięki własnej psychologii: nie uwierzyliśmy w kryzys, nie ograniczaliśmy konsumpcji, popychaliśmy zakupami gospodarkę do przodu. Jacek Rostowski, nieco pokerowo, liczył na powtórkę. Więc robiąc nierealny budżet, stracił na wizerunku, ale zyskał dodatkowe pieniądze.

Gdzie te pieniądze? No właśnie, ich też ludzie nie widzą. Ale poczuliby, gdyby ich nie było. Same tylko odsetki, które minister finansów musi płacić rynkom za to, że kupują nasze rządowe papiery, mocno już przekraczają 40 mld zł rocznie. Dwie trzecie tego, co wydajemy na zdrowie. W ustawie budżetowej ta pozycja zapisana jest pod nazwą „koszty obsługi długu publicznego”. I ponieważ Rostowski kombinuje, ta pozycja jest o dobre kilka miliardów mniejsza, niż byłaby, gdyby rynki w momencie uchwalania budżetu uznały, że Polska brnie w recesję.

I jeśli czymś teraz zadziwił ekonomistów, ogłaszając konieczność powiększenia deficytu aż o 16 mld zł, to raczej niespotykaną u niego przejrzystością. Bo przecież i tym razem, jak robił to wcześniej, mógł więcej wydatków zamieść pod dywan, a nie zamiótł. Pokuglować, jak wtedy, kiedy wyprowadził sporą sumę z budżetu do Krajowego Funduszu Drogowego i dziura wydawała się mniejsza. Teraz tego samego numeru powtórzyć nie mógł, ale mógł podobny. Zamiast tracić polityczne punkty przez propozycję zawieszenia pierwszego progu ostrożnościowego (po przekroczeniu długu publicznego na poziomie 50 proc. PKB zapala się czerwona lampka i nie wolno powiększać go), mógł np. zmniejszyć dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i kazać, żeby ZUS brakujące pieniądze na renty i emerytury pożyczył w bankach. I tak przecież pożycza. Sytuacja obiektywnie nie byłaby lepsza, ale księgi finansowe wyglądałyby korzystniej. Byłby rwetes, ale i tak jest.

W każdym razie analitycy tą niespodziewaną intelektualną uczciwością ministra finansów są nieco zdumieni. Może chciał zyskać na wiarygodności, przekonując rozleniwionych na plażach rodaków, że nowelizacja budżetu ich nie dotyczy? Że to tylko jego, wicepremiera, a nie nasz kłopot. Bo chyba rzeczywiście nie dotyczy. Deficyt się zwiększy, ale cięcia dotkną głównie administracji resortowej i inwestycji, co obywateli nie zaboli. Zaboli później, ale przecież wszystkie poprzednie rządy też rolowały kłopoty.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną