Tydzień w polityce według Paradowskiej

Jak Jarosław z Jarosławem
Czego dowiedział się o sobie ostatnio wicepremier i minister finansów Jacek Rostowski, czego wcześniej nie wiedział?

Na przykład tego, że jest pasibrzuchem, Nikodemem Dyzmą polskich finansów i zwolennikiem uboju rytualnego bez ogłuszania (tu także, rzecz oczywista, chodzi o finanse). Epitety, w których celował poseł Andrzej Romanek z Solidarnej Polski, dotychczas jako specjalista od ekonomii zupełnie nieznany, w porównaniu z wizjami, jakie roztaczali inni, były ledwie słownymi igraszkami.

Leszek Miller udał się aż pod Smoleńsk (za Macierewiczem?), aby uznać, że katastrofa tuż-tuż, bo nie jesteśmy „ani na kursie, ani na ścieżce”, zaś jego partyjny kolega Dariusz Joński zobaczył hiszpański krach nad Wisłą. Jarosław Kaczyński nie patyczkował się i zażądał od razu komisji śledczej do zbadania finansów państwa i oczywiście tego, co wyprawiał z nimi minister Rostowski.

Właściwie to szkoda, że ten pomysł nie ma szans, bo doświadczenie uczy, iż sprawozdania z takich komisji są głównie świadectwem niekompetencji posłów i popisami ich ignorancji.

Ostatnie przedwakacyjne posiedzenia Sejmu mają swoją niezrównaną poetykę i swój nastrój bez względu na to, nad czym się akurat debatuje. Każdy chce zaistnieć, jakoś utrwalić się we wdzięcznej pamięci wyborców na ten miesiąc politycznej pustki. A wiadomo, że ma pewną szansę zostać zapamiętanym ten, kto mocniej dołoży, lepsze porównanie znajdzie i na swoją telewizyjną „setkę” wyraziściej zapracuje. To czas prawdziwego wyścigu przed kamery i mikrofony i układania wystąpień wprawdzie od rzeczy, ale takich, które się jakoś tam przebiją do opinii publicznej. Tym razem asumpt do takiej twórczości dała niewielka (choć niewątpliwie ważna) zmiana w ustawie o finansach publicznych, zawieszająca pierwszy, 50-proc. próg ostrożnościowy w wysokości deficytu budżetowego.

Właściwie nie bardzo wiadomo, zwłaszcza gdy spojrzy się na rozliczne postulaty partii politycznych, dlaczego ten rządowy pomysł wywołał aż takie negatywne emocje. Zawieszenie progu powinno przecież wywołać powszechny entuzjazm, bo gdyby tak jeszcze zawiesić następny (55 proc.), a może znieść konstytucyjny (60 proc.), to można by zrealizować liczne projekty zgłaszane przez opozycję, poczynając od podniesienia płacy minimalnej postulowanego niezmiennie przez SLD czy zwiększenia wydatków na służbę zdrowia, co jest postulatem prawie powszechnym. Można by było nawet zacząć budować fabryki, o których kiedyś wspominał Janusz Palikot, co teraz przybrało już postać „reindustrializacji kraju” – jednego z kluczowych punktów programu gospodarczego PiS.

Troska posłów o publiczne finanse jest więc zjawiskiem zupełnie nowym, ale nie wiadomo, czy unieważnia ona wszystkie wcześniejsze wnioski o dodatkowe wydatki. Wydaje się, że raczej nie unieważnia, ale ten dylemat posłowie będą już rozstrzygać po wakacyjnej przerwie, kiedy przyjdzie do nowelizacji budżetu, czyli bitwy zasadniczej. Ciekawe, ile wówczas pojawi się propozycji zwiększenia wydatków centralnych i regionalnych. W miarę bowiem zbliżania się kampanii wyborczych troska o region gwałtownie rośnie.

Ciekawe na przykład, czy poseł Jarosław Gowin, dziś w ścisłej szpicy wyścigu o niezwiększanie wydatków, będzie postulował, aby zaoszczędzić na przykład na budowie obwodnicy Krakowa? Jeszcze niedawno zapowiadał, że wystartuje o prezydenturę tego miasta, ale teraz wydaje się, że ma ambicje zdecydowanie większe. Premier? To oczywiste, bo przecież Tusk się nie nadaje, co Gowin odkrył już dawno, najpewniej jeszcze będąc w rządzie, ale publicznie podzielił się tą opinią dopiero teraz. Prezydent RP? Też niewykluczone, bo postawę prezydencką ma. Ma też początkowy zasób kadrowy w osobach dwóch posłów PO.

Jakoś w ostatnich dniach prawie niezauważenie upadł mit wielkiej „frakcji Gowina”, zrodzony przy okazji głosowania nad projektem ustawy o związkach partnerskich. Okazało się, że frakcja Gowina większa jest w PiS niż w PO, co powinno zaniepokoić Jarosława Kaczyńskiego. Ten dialog Jarosława z Jarosławem może być wielce obiecujący, choć droga do niego daleka.

Dotychczas Jarosław Kaczyński wykazywał się nadzwyczajną elastycznością, Gowin, zwłaszcza ostatnio, bo wcześniej różnie bywało, zupełnym brakiem elastyczności, ale w polityce nie ma rzeczy niemożliwych. Upadł też mit, że bez Gowina i jego popleczników koalicja się rozpadnie, a rząd straci większość. Można powiedzieć, że bliższa upadku była z Gowinem, który zafundował jej kłopot z przekształcaniem sądów, co było nawet racjonalne, ale politycznie bezsensowne, bo z ludowcami trzeba jednak współpracować. Zawieszenie progu ostrożnościowego przegłosowano bez problemów, mimo braku owych trzech zbuntowanych posłów.

Ruch Palikota jest ciągle jeszcze niezbadanym do końca rezerwuarem głosów. Wydaje się zresztą, że Gowin wydał Platformie wojnę (dla niepoznaki nazywając ją walką o przywództwo w PO) na polu mało politycznie efektywnym. Jednak temat związków partnerskich jest zdecydowanie bardziej zrozumiały niż kwestia progu ostrożnościowego.

Na czas parlamentarnych wakacji wiele spraw zostało zawieszonych i jedynie Krzysztof Kwiatkowski jest już pewien, że zostanie prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Wybór dokonał się bez żadnych emocji i nawet bez większego zainteresowania. Dziwne, bo dotychczas wybory prezesa NIK budziły sporo kontrowersji, a tym razem żadna partia nawet nie spróbowała wystawić swojego kandydata, choćby dla zasady. Nie pojawił się nawet prof. Piotr Gliński. Aż taka kadrowa posucha?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną