Kraj

Krwawy akord w Gamie

Mafijne porachunki bez sprawców

Sprawa Gamy to wciąż niewyjaśniona zagadka, jeden z wyrzutów sumienia organów ścigania. Sprawa Gamy to wciąż niewyjaśniona zagadka, jeden z wyrzutów sumienia organów ścigania. Piotr Liszkiewicz/SE / EAST NEWS
Sprawa zabójstwa gen. Papały to niejedyna tak dotkliwa porażka organów ścigania. Niedawno, po 14 latach, zawieszono śledztwo w sprawie najkrwawszego epizodu w wojnie warszawskich gangów: w centrum miasta w biały dzień zastrzelono pięciu mężczyzn.
Policjanci szukają śladów pod restauracją Gama, 31 marca 1999 r.Piotr Liszkiewicz/SE/EAST NEWS Policjanci szukają śladów pod restauracją Gama, 31 marca 1999 r.

Środa 31 marca 1999 r. była bezwietrzna, świeciło słońce, w południe termometry wskazywały 15 st. C. Sierżant z wydziału kryminalnego Komendy Stołecznej beznamiętnie napisał w notatce urzędowej: „Ok. 12.50 udałem się do restauracji Gama, ulica Wolska 38. Przy jednym ze stolików leżały ciała pięciu mężczyzn z ranami postrzałowymi”.

Insp. Marek Dyjasz, wieloletni szef stołecznego wydziału zabójstw, do dzisiaj nie potrafi zrozumieć, dlaczego, kiedy dotarł na miejsce zbrodni, początkowo nie rozpoznał ofiar, chociaż przynajmniej dwóch z zabitych mężczyzn miał okazję wielokrotnie przesłuchiwać. To śmierć tak zmieniła ich twarze. Na podłodze przy jednym ze stolików spokojnej restauracji Gama leżeli: Marian K., ps. Maniek vel Klepak, i Ludwik A., ps. Lutek, uważani za szefów gangu wołomińskiego, oraz ich ochroniarze: Piotr Ś., ps. Kurczak, Olgierd W., ps. Łysy, i Marian Ł., ps. Oskar vel Przeszczep. Wieść o ich śmierci rozeszła się natychmiast – dla stacji radiowych i telewizyjnych to był news numer jeden. Warszawę porównano do Chicago z lat 30. Miasto zamarło ze strachu.

Mordercy jak ninja

Na gorąco przesłuchano naocznych świadków: personel i klientów restauracji. Relacje różniły się w ważnych szczegółach. Jedni widzieli trzech zamaskowanych napastników, inni czterech. Byli jak wojownicy ninja, podobnie na ciemno ubrani, wszyscy szczupli, średniego wzrostu (od 170 do 180 cm). Jeden z gości twierdził, że któryś z zabójców krzyknął do niego po rosyjsku: na ziemlju!, ale inni świadkowie upierali się, że napastnicy porozumiewali się po polsku. Ktoś zeznał, że dwóch sprawców strzelało z broni krótkiej, a jeden z długiej, ale policjant z Białej Podlaskiej, który prywatnie przyjechał z dzieckiem do stolicy i przypadkiem przechodził ulicą Wolską, oświadczył, że widział trzech mężczyzn wybiegających z lokalu i każdy z nich miał w ręku karabin. Wsiedli do jasnego Poloneza. Kilka osób zapamiętało numery tego auta.

Po paru godzinach w lesie w pobliżu Falenicy znaleziono spalonego Poloneza. Jego właściciel, uczeń aktorskiego studium policealnego, stał się pierwszym podejrzanym. Zatrzymano go i zwolniono, kiedy okazało się, że auto wcześniej mu skradziono, a on ma niezbite alibi.

Drugą podejrzaną została kelnerka z Gamy, bo według świadków zachowywała się dziwnie. Zaraz po strzelaninie gdzieś telefonowała, potem wybiegła z lokalu i na ulicy rozmawiała z młodym mężczyzną, który przyjechał ciemnobrązowym Polonezem. Widziano go wcześniej, bo to on przywiózł do Gamy Klepaka, potem odjechał. Wrócił po telefonie od kelnerki. Dziewczynę zatrzymano. Początkowo plątała się w zeznaniach. Raz twierdziła, że kierowcy Poloneza nie znała, potem przyznała, że widywała go jako gościa restauracji, miał na imię Darek. Podczas strzelaniny siedziała w ogródku przed lokalem. Usłyszała hałas, weszła do środka i wtedy szatniarz krzyknął: „Spier… stąd!”. Wybiegła i zatelefonowała do Darka. Kelnerce nie postawiono zarzutów, podobnie jak Darkowi, kierowcy Poloneza, który do Gamy przywiózł Mańka-Klepaka.

W pierwszych godzinach i dniach po tej egzekucji kilkudziesięciu policjantów wykonało mrówczą robotę – jedni zabezpieczali ślady, inni przesłuchiwali osoby, które były wtedy w restauracji, mieszkańców okolicznych bloków, pracowników znajdujących się w pobliżu biur i sklepów. Zdobyte zeznania jednak niczego do sprawy nie wniosły.

Doświadczeni policjanci składali do akt notatki z własnymi podejrzanymi. Typowali ich, biorąc pod uwagę ewentualne motywy. Już w dniu zabójstwa jeden z nadkomisarzy sporządził listę siedmiu podejrzanych, którą otwierał Karol S., ps. Karol. Żadnego z tych siedmiu ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych nie znaleziono w miejscach zamieszkania. Prawdopodobnie ukrywali się, aby zyskać na czasie. Policjant z ówczesnego Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną (późniejsze CBŚ) uważa, że czas był im potrzebny na zbudowanie alibi.

 

Tokarz walczy z blacharzem

Karol (z zawodu blacharz samochodowy) znalazł się na czele listy podejrzanych z ważnych powodów. Rok wcześniej wypowiedział posłuszeństwo Mańkowi (wykwalifikowany tokarz), w którego gangu był wcześniej żołnierzem. Miał opinię ambitnego i charakternego twardziela. Przywództwo prymitywnego i nielojalnego nawet wobec przyjaciół Mańka vel Klepaka nie odpowiadało mu, postanowił się usamodzielnić.

Maniek kilka lat wcześniej porwał dla okupu syna gangstera o ksywce Ceber, swojego kolegi. Później przypisywano mu uprowadzenie żony innego znajomego – Sewera, właściciela kantoru w hotelu Warszawa. Podobno na zlecenie Klepaka mieli tego dokonać Karol i drugi żołnierz gangu Cezary R., ps. Popo. Po tej robocie pokłócili się i rozeszły się ich drogi. Dla Mańka nie było świętości, ale nie przewidział, że dla jego byłego żołnierza Karola też świętości nie będzie i podniesie rękę na szefa.

A pierwszy raz podniósł już w grudniu 1998 r. Wtedy na parkingu przed hipermarketem Geant wybuchła bomba podłożona pod samochodem Klepaka. Po miesiącu w Aninie ludzie Karola ostrzelali samochód, w którym jechało dwóch mężczyzn. Jeden zginął, drugi został ciężko ranny. To był zamach pomyłkowy, jednego z ostrzelanych wzięto za Piotra W., ps. Kajtek, żołnierza Klepaka, zaufanego człowieka od mokrej roboty.

Na początku marca 1999 r. zginęli od kul dwaj mężczyźni z gangu Karola – podejrzewano, że wśród sprawców był Kajtek, który ze zwierzyny łownej zmienił się w myśliwego. Na krótko. Karol i jego banda (w sumie pięciu ludzi) dopadli go 20 marca w centrum Warszawy, przed restauracją przy ul. Jana Pawła II. Strzelali jak na wojnie. Poza Kajtkiem padła przypadkowa ofiara – przechodzący tamtędy pracownik Teatru Wielkiego.

31 marca w restauracji Gama rozległ się ostatni akord w krwawym koncercie. Policjanci byli pewni, że to robota Karola, tym bardziej że przy zabitym Klepaku znaleziono fotografie Karola i jego żołnierzy o pseudonimach Bieniasty, Tyburek, Niuniek i Kraszan. Prawdopodobnie pokazywał je swoim ochroniarzom, aby wiedzieli, kogo się strzec.

W aktach umieszczono notatkę z rozmowy telefonicznej prokuratora Włodzimierza Burkackiego. Zadzwoniła do niego anonimowa młoda kobieta i opowiedziała wersję, która śledczym wydała się prawdopodobna. Według jej słów, po porwaniu żony kantorowca Sewera (po kilku dniach przetrzymywania uciekła porywaczom) Klepak zwymyślał Karola i Popo. Ci zniewagi nie puścili mimo uszu. Zabili najpierw Kajtka, potem zastrzelili Klepaka, a przy okazji czterech innych. Mieli jeden cel – przejąć kontrolę nad interesami gangu wołomińskiego. Kim była informatorka, nie ustalono.

Baranina pociąga za sznurki

Z zeznań świadków wynikało, że bossowie gangu wołomińskiego i ich ochroniarze przyjechali do Gamy osobno. Agent nieruchomości Piotr Ch. spotkał się z Klepakiem ok. godz. 11 przed szpitalem przy ul. Lindleya. Dał mu do podpisania dokumenty – Klepak zamierzał kupić ziemię w Białołęce. „Powiedział, żebym pojechał z nim do Gamy, gdzie będzie Lutek, któremu trzeba pokazać dokumenty i wszystko wyjaśnić”. W Gamie początkowo agent nieruchomości siedział z Klepakiem, potem przyjeżdżali pozostali, na końcu Lutek ze swoim kierowcą o pseudonimie Kurczak. Agent załatwił swoją sprawę i wyszedł.

Wołomińscy zajmowali dwa stoliki, było ich wielu, jedni wchodzili, inni wychodzili. Trwały jakieś narady. Krótko przed strzelaniną z restauracji wyszli i dzięki temu ocalili życie mężczyźni o pseudonimach Gruby i Małolat. Podejrzewano, że mogli komuś wystawić Klepaka, Lutka i pozostałych, ale dowodów na tę hipotezę nie znaleziono.

 

Śledztwo szło w kilku kierunkach naraz. Poszukiwano Karola i jego gangsterów, a jednocześnie penetrowano cały warszawski świat przestępczy. Zatrzymano kilkunastu mężczyzn, ale po przesłuchaniach zostali zwolnieni.

Aresztowano Sewera P., właściciela kantoru w hotelu Warszawa, bo posiadał broń bez zezwolenia. Podejrzewano, że mógł zlecić zabójstwo w Gamie z zemsty za porwanie żony. Sewer robił interesy z samym Jeremiaszem B., ps. Baranina, w tym czasie uważanym za polskiego capo di tutti capi. Policja niemiecka przekazała polskim kolegom zapis podsłuchów telefonicznych rozmów osób z kręgu Baraniny. Mieszkający w Niemczech Ryszard P. mówił niemieckiemu znajomemu Lutzowi H., że wie dokładnie, iż Baranina był szybszy niż Klepak i Lutek. Gdyby nie zdążył, to on leżałby martwy. Niemieccy śledczy mieli kłopot z przetłumaczeniem pseudonimu Baranina. Nazwali go Lammfleisch (Jagnięcina). Ryszarda P. przesłuchano w Polsce. Zeznał, że o wydarzeniu w Gamie wiedział z plotek. Mówiło się, że zlecenie dał Baranina, a wykonawcą był Karol. Powodem mogły być interesy z rosyjską mafią. Baranina i Karol chcieli kooperować z Ruskimi, Klepak się sprzeciwiał.

Sewera zwolniono z aresztu, ale w 2000 r. zastrzelił go nieznany sprawca. Słynna Inka, sądzona trzy lata później za współudział w zabójstwie ministra sportu Jacka Dębskiego (miał zginąć na zlecenie Baraniny), zeznała, że to Jeremiasz B. kazał swoim ludziom zlikwidować Sewera.

Wszystkie drogi wiodły do Karola. Wyłapywano jego ludzi. Najpierw zatrzymano Bieniastego. Twierdził, że nie znał nikogo z zastrzelonych w Gamie. 31 marca 1999 r. siedział w domu, a po południu wyszedł do fryzjera w Falenicy. Następny wpadł Niuniek. Oświadczył: „Nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Boje się o życie swoje i swojej rodziny”. Pod koniec lipca zatrzymano Karola. Nie pamiętał, co robił 31 marca. Z Klepakiem nie łączyły go żadne interesy, spotykali się sporadycznie. Tamten chciał, aby Karol pracował dla niego, ale on propozycji nie przyjął. „Nie mam nic wspólnego z tym zabójstwem” – stwierdził. Pogoń zmylił jedynie Andrzej T., ps. Tyburek. Ukrywał się aż do 2009 r. Kiedy wreszcie wpadł, okazało się, że śledczy nie potrafili zgromadzić dowodów przeciwko niemu. Usłyszał jedynie drobne, jak na skalę podejrzeń, zarzuty.

Karol, Bieniasty, Popo, Niuniek i Japa stanęli przed sądem, ale nie za Gamę. Skazano ich za zabicie (pomyłkowe) mężczyzny w Aninie i dwa zabójstwa w centrum Warszawy (Kajtka i przypadkowego przechodnia). Karol, Bieniasty i Niuniek dostali wyroki dożywotniego więzienia.

Sprawcy znani i nieznani

Sprawa Gamy to wciąż niewyjaśniona zagadka, jeden z wyrzutów sumienia organów ścigania. Śledztwo dotyczące śmierci pięciu mężczyzn rozstrzelanych w środku miasta, chociaż zawieszone, w każdej chwili może być wznowione. Prokurator Tomasz Szrecki z Prokuratury Okręgowej w Warszawie wciąż ma nadzieję, że pojawią się nowe ślady, dzięki którym winni będą zdemaskowani. Oni są zresztą znani, zarówno policjanci, jak i prokuratorzy są przekonani, że pierwsza lista podejrzanych była trafna. Zabrakło niezbitych dowodów.

Wdowa po Lutku wciąż mieszka na obrzeżach Warszawy, prowadzi pralnię chemiczną. Wdowa po Klepaku Bożena K. podczas przesłuchania niecały miesiąc po śmierci męża oświadczyła: „Nie chcę zeznawać i wracać do tego wszystkiego. Jemu nikt życia nie wróci”. Nie wiemy, czy dzisiaj też tak uważa. Trzy lata po jatce w Gamie straciła syna. Jacka K., ps. Młody Klepak. Zastrzelono go w 2002 r. w Mikołajkach.

Polityka 33.2013 (2920) z dnia 11.08.2013; Kraj; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Krwawy akord w Gamie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną