Kraj

Tykająca amanityna

Dlaczego muchomor zabija?

Czteroletnia dziewczynka w ciężkim stanie po zatruciu grzybami czeka na przeszczep wątroby. Skąd w grzybie taka śmiercionośna moc?

Moda na grzyby zbierane w lasach to nasza narodowa specjalność. Dlatego każdy sezon grzybobrania pełen jest co rok podobnych historii, w których głównym bohaterem staje się muchomor sromotnikowy. Dziecko, którego losy w Centrum Zdrowia Dziecka teraz śledzimy, także padło ofiarą tego grzyba, a konkretnie trucizny, która podstępnie dostała się do organizmu.

To właśnie amanityna, z którą jak dotąd nie potrafi sobie poradzić żadna odtrutka, jest przyczyną całego nieszczęścia. Nic nie jest w stanie osłabić jej działania podczas przygotowywania potrawy, ani też na dobrą sprawę niewiele można zrobić, by ocalić przed nią najważniejsze narządy. Amanityna ginie dopiero w temperaturze bliskiej 300 st. C, trzeba by więc muchomora spalić na wiór, aby stracił swoją śmiertelną moc. Na nic marynowanie, tradycyjne smażenie i gotowanie. Niezależnie od tego, czy będziemy go suszyć czy zalewać octem, amanityna zachowa aktywność nawet przez dziesięć lat!

Śmiertelna dawka tej trucizny to zaledwie 0,1 mg/kg masy ciała (jest jej zazwyczaj więcej w kapeluszu niż w nodze), więc średniej wielkości muchomor o wadze 50 g, z 8-centymetrowym kapeluszem i 10-centymetrową nóżką, może otruć 2–3 dorosłe osoby. Zresztą warto podkreślić, że oprócz muchomora również dziewięć innych gatunków grzybów zawiera amanitynę i łatwo je pomylić na przykład z młodą jadalną kanią, zwaną inaczej czubajką (nieraz nazwa grzyba może wprowadzić w błąd, gdyż czubajeczki są trujące, a czubajki, czyli kanie – nie).

Właśnie dlatego toksykolodzy przestrzegają, by nie zbierać w lasach grzybów młodych i małych, u których nie wykształciły się jeszcze cechy pozwalające je dokładnie zidentyfikować.

Amanityna niszczy wątrobę, uszkadza jej komórki i uniemożliwia produkcję prawidłowych białek. Jej podstęp polega na tym, że początkowo nie wywołuje szczególnie groźnych objawów zatrucia i dopiero po 14-16 godzinach stan zdrowia pogarsza się gwałtownie: rozwija się żółtaczka, zaburzenia świadomości, silne pobudzenie.

To późne wystąpienie dolegliwości rzutuje na fatalną statystykę: śmiertelność sięga aż 50 proc.! Im wcześniej uda się udzielić pomocy, tym szanse są większe – wysiłki lekarzy zmierzają do tego, by zablokować wejście amanityny do komórek wątroby. I w niektórych przypadkach da się to zrobić, przeprowadzając tzw. dializę albuminową (białka zwane albuminami odciągają z wątroby szkodliwe toksyny) lub podając dożylnie substancję zwaną sylibininą. Obie metody przynoszą efekty w pierwszej dobie od zatrucia, gdy w wątrobie jest jeszcze co ratować. W przeciwnym razie niezbędny jest przeszczep.

Dostęp do bardzo drogiej sylibininy jest w Polsce bardzo ograniczony. Szpitalom nie opłaca się przechowywać tego preparatu na zapas, bo ma on bardzo krótki okres trwałości. Zwykle więc korzystają z niego oddziały toksykologiczne, których w Polsce jest raptem około 10, podczas gdy pacjenci z pierwszymi objawami zatruć leczeni są najczęściej na oddziałach chorób wewnętrznych. W porę, bardzo wcześnie, powinni być przekazywani tam, gdzie jest szansa na najskuteczniejszą pomoc.

W rekordowych latach zatruwa się w Polsce grzybami nawet 700 osób, z których około 50 nie da się uratować przed śmiercią. Dla amatorów grzybobrań powinno to być ostrzeżeniem –wytrawnych grzybiarzy gubi zazwyczaj nadmierna pewność i niefrasobliwość. To nauczka także dla rodziców, by dzieciom przed ukończeniem 12 roku życia grzybów jednak nie podawać w żadnej postaci (jedyny wyjątek można zrobić dla dobrze uduszonych pieczarek). Grzyby nie mają przecież żadnej wartości odżywczej, a jedynym ich walorem jest smak. 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Polska bordową wyspą

Mimo antysmogowego wzmożenia marsz do oczyszczenia polskiego powietrza będzie długi.

Jędrzej Winiecki
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną