Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kibuc Breslau

Biskupin miastem był biskupa, pasterza licznych trzód. Rosła tu drzew i jagód kupa. Zwierzyny było w bród”. Tak zaczynał się wierszyk napisany przez mojego ojca na Dni Biskupina w 1975 r. Nie przeszedł przez cenzurę organizatorów imprezy. Nie tylko bowiem przypominał o kościelnym pochodzeniu nazwy tej prześwietnej willowej dzielnicy na wschodnim przedmieściu Wrocławia, lecz w dodatku mówił coś o Niemcach i o tym, że ulice Biskupina nosiły przed wojną nazwy bohaterów bajek braci Grimm. Po wojnie ulicom dano imiona polskich artystów, a domy zajęła inteligencja, w tym również lwowscy profesorowie. Zrobił się z tego taki wrocławski Żoliborz, tyle że bardziej lewicowy i bardziej żydowski.

Królem tej pięknej dzielnicy był prof. Hugo Steinhaus, pierwszy z plejady lwowsko-biskupińskich matematyków, dzielący willę ze swoim dawnym przyjacielem, a potem nieprzyjacielem prof. Bronisławem Knasterem. Niewiele już z tego biskupińskiego światka zostało, ale jednak.

Ach, Wrocław! Miasto, którego mieszkańcy są jak zmiana warty, wezwana bez przygotowania i z zaskoczenia. Żyli z lekka wstydząc się i niedowierzając, że poruczono im obce miasto i że to się dzieje naprawdę. Czy rzeczywiście tu będzie Polska? A może oni zaraz przyjdą i nas sobie wezmą, ci Niemcy? Stan dziwnego zawieszenia trwał aż po kres komuny. Aby nas z niego wybić, zewsząd epatowano ludność „piastowskim grodem”, który nie wiedzieć czemu miał być „miastem pokoju”. Ale im bardziej pokoju, tym bardziej niepokoju.

Kochany Wrocław. Bezpretensjonalny i egalitarny, jak kibuc. Bo i do Wrocławia wszyscy przyjechali skądś, i byli tu nowi i obcy. I urządzali sobie życie w wyszabrowanych, uszkodzonych domach na „jakoś to będzie”.

Polityka 46.2013 (2933) z dnia 12.11.2013; Felietony; s. 106
Reklama