Za bojkotem ogłoszonym przez Justynę Kowalczyk stoją oczywiste względy subiektywne – w końcu styl dowolny to nie jest jej bajka, a zmiana w programie Tour de Ski spowodowała, że aż pięć z siedmiu biegów tego prestiżowego cyklu odbędzie się właśnie „łyżwą”. Kowalczyk nieraz wcześniej dała się poznać jako osoba harda, uparta oraz bezkompromisowa, wiec można się było spodziewać, że wcześniejsze deklaracje o niezgodzie na zmianę reguł gry za pięć dwunasta zostaną przez nią podtrzymane. Mimo, że sporo ją to może kosztować - w końcu odpuszczając TdS, nie tylko rezygnuje z walki o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, ale również może utrudnić sobie nieco pozycję startową podczas startów na igrzyskach w Soczi.
Szkoda tylko, że przy okazji całego zamieszania znów słychać refren, jaki wybrzmiewał nieraz w dyskusji o rzekomej przewadze biegaczy-astmatyków. Czyli: Justyna jest pokrzywdzona, rywale muszą uciekać się do chwytów poniżej pasa, żeby liczyć się na trasach. Trener Wierietielny twierdzi, że zmiany były ukartowane, po to, by zabrać Justynie piąte kolejne zwycięstwo w cyklu, rodzimi specjaliści od biegania na nartach debatują, czy zmodyfikowany program został ułożony pod Norwegów, czy też pod gospodarzy zawodów z Niemiec i Szwajcarii. Inna sprawa, że Wierietielny z Kowalczyk od dawna sprawiają wrażenie, że pobyt w oblężonej twierdzy nie tylko im nie przeszkadza, ale wręcz nakręca.
Gdyby decyzja narciarskich działaczy faktycznie była tak oburzająca, rezonans w środowisku zawodników jednak powinien być większy. A tymczasem, jak wieść niesie, biegacze ograniczali się do nieśmiałych perswazji, bo wyrównać zachwiane proporcje. Spotkawszy się z odmową, spuścili uszy po sobie.