W drodze do Europy

Jak Unia nas urządzi
Chcemy w tym Raporcie, przygotowanym na zakończenie negocjacji w Kopenhadze, wyjaśnić – bo najwyższa już pora – czym Unia jest, a czym nie jest. Budzimy się więc, obywatele Polacy, 1 maja 2004 r. jako członkowie Unii i co widzimy za oknem?
Unijne święto przypada 9 maja; wtedy można wywiesić europejską flagę i wysłuchać „Ody do radości”.
Marek Raczkowski/Polityka

Unijne święto przypada 9 maja; wtedy można wywiesić europejską flagę i wysłuchać „Ody do radości”.

Ceny będzie wyznaczać lokalna, a nie unijna gra podaży i popytu. Ogólny wniosek: zmiany cen – i w górę, i w dół – zostaną rozłożone na lata.
Marek Raczkowski/Polityka

Ceny będzie wyznaczać lokalna, a nie unijna gra podaży i popytu. Ogólny wniosek: zmiany cen – i w górę, i w dół – zostaną rozłożone na lata.

Marek Raczkowski/Polityka

Marek Raczkowski/Polityka

Zielona strzałka na skrzyżowaniu może więc śmiało pozostać, tak samo jak i ruch lewostronny w Wielkiej Brytanii czy Irlandii oraz na Cyprze. A także samochody, które mają kierownicę z prawej strony.
Marek Raczkowski/Polityka

Zielona strzałka na skrzyżowaniu może więc śmiało pozostać, tak samo jak i ruch lewostronny w Wielkiej Brytanii czy Irlandii oraz na Cyprze. A także samochody, które mają kierownicę z prawej strony.

Marek Raczkowski/Polityka

Marek Raczkowski/Polityka

Pan Bóg nie leży w kompetencjach Brukseli, ale standardem jest, że państwa Unii gwarantują obywatelom wolność sumienia i wyznania.
Marek Raczkowski/Polityka

Pan Bóg nie leży w kompetencjach Brukseli, ale standardem jest, że państwa Unii gwarantują obywatelom wolność sumienia i wyznania.

Cała Polska, w której rolnictwo daje ok. 3 proc. dochodu narodowego, nie może być zakładnikiem postawy tej jednej grupy zawodowej.
Marek Raczkowski/Polityka

Cała Polska, w której rolnictwo daje ok. 3 proc. dochodu narodowego, nie może być zakładnikiem postawy tej jednej grupy zawodowej.

Marek Raczkowski/Polityka

Ano – po staremu! Nawet godzina ta sama. Europa od lat zmienia czas na letni dokładnie w tych samych dniach, żeby nie utrudniać życia podróżnym. A więc w Warszawie był i pozostanie taki sam czas jak w Brukseli, Rzymie czy Paryżu, za to w Londynie było i jest godzinę wcześniej. Już 3 maja będzie Święto Narodowe, warto dumnie wywiesić polską flagę, tak jak to robią ze swoimi flagami – Francuzi 14 lipca, a Brytyjczycy w urodziny królowej. Za to 9 maja, a więc w niespełna tydzień po biało-czerwonej, kto by chciał – obowiązku nie ma – może z radości wywiesić błękitną flagę unijną, bo to święto Unii Europejskiej.

Liga Polskich Rodzin i Andrzej Lepper ostrzegają nas przed Unią Europejską. Przed miesiącem w Radiu Maryja, z okazji naszego narodowego Święta Niepodległości 11 listopada, jakaś kobieta z tytułem profesora ostrzegała przed sprzedaniem polskiej duszy zachodniemu diabłu i zakończyła stwierdzeniem: Bruksela nam zlikwiduje 11 listopada. To wierutna bzdura, żerowanie na niewiedzy słuchaczy tej rozgłośni. Akurat Bruksela, która jest stolicą Belgii, wraz z połową Europy obchodzi „swojego” 11 listopada, tak jak Francja czy Wielka Brytania, bo była to data dla Europy bardzo ważna – zakończenie wielkiej rzezi I wojny. Ale nawet nie w tym rzecz. Unia nie planuje nikomu ani świąt, ani imienin, nie jest molochem, który urządzi nam całe życie od świtu do nocy i wkroczy w każdą dziedzinę, a zwłaszcza dziedzinę symboliki narodowej. I wcale Polacy nie muszą o to walczyć, bo nie brak w Europie narodów równie przywiązanych do swoich flag, hymnów i ważnych symboli.

A więc święta się nie zmienią, tyle że dojdzie 9 maja, rocznica podpisania traktatu rzymskiego; będziemy też mieli dodatkowy hymn – fragment „Ody do radości” z IX Symfonii Beethovena oraz błękitną flagę z gwiazdami (symbol maryjny, jak upierają się katolicy – czyż Unii nie stworzyli ojcowie Europy – de Gaasperi, Schuman, Adenauer – wszyscy chadecy?). Na uroczystościach europejskich, kiedy orkiestra wykonuje „Odę do radości”, widziałem, że publiczność wstaje z miejsc, tak jak przy hymnach narodowych. Ale oczywiście ani Francuzom nie przychodzi do głowy, by zmieniać Marsyliankę, ani Brytyjczycy nie zrezygnują z „Boże, chroń Królową”, ani my z Mazurka Dąbrowskiego i „szablą odbierzemy”.

Ale co mamy odbierać? Chyba pensję u pracodawcy? Unia tu wiele nie pomoże, bo się zarobkami nie zajmuje. Wprawdzie istnieje pojęcie Europejska Polityka Społeczna i traktat o UE stawia sobie za cel także „poprawę warunków życia i pracy”, ale poza opinie, zalecenia i uzgadnianie współpracy państwa członkowskie nie wychodzą. Nie ma też ani jednolitego czasu pracy, na przykład we Francji to 35 godz. tygodniowo, w Belgii – 39, w Wielkiej Brytanii – 43. Istnieje za to Karta Praw Socjalnych UE, która zawiera szereg przepisów chroniących pracowników, a także dotyczących w szczególności kobiet, dzieci i inwalidów. Tydzień pracy nie może przekraczać 48 godzin, istnieje prawo do 20-dniowego urlopu w roku (jako minimum), prawo do trzymiesięcznego urlopu wychowawczego przysługującego tak kobietom jak mężczyznom. Natomiast w kwestii płacy minimalnej nie ma żadnych uregulowań i tak jak dotychczas Polak pozostaje sam na sam ze swoim pracodawcą. Związki zawodowe mówią czasem o ściślejszej współpracy branżowej, jednak od czasu zaostrzonej konkurencji między poszczególnymi krajami – nie widać, by się posuwano daleko na tej drodze.

Co innego, gdyby ktoś z nas szukał szczęścia w pracy za granicą. Już od 1 maja (nomen omen) rynki pracy wielu państw członkowskich będą otwarte dla naszych pracowników. To bardzo istotna zmiana, zatrudnienie całkowicie legalne – pod warunkiem, że znajdzie się praca. Rozczarowania mogą być związane z ochroną zdrowia: systemy opieki zdrowotnej w państwach członkowskich są zupełnie różne i nie ma mowy o bezpłatnych operacjach za granicą w ramach swobody przemieszczania się czy osiedlania. Andrzeja Olechowskiego, nieszczęsnego kandydata w wyborach prezydenckich w Warszawie, pociesza perspektywa członkostwa w Unii, ale najbardziej perspektywa (2008 r.?) wejścia Polski do Unii Walutowej (czyli zamiany złotówki na euro). – Niech pan pomyśli – mówi – to nowy wymiar bezpieczeństwa. Oszczędzaliśmy w złotówkach, a weźmiemy emeryturę w euro. Nie w mało znanej peryferyjnej walucie, choć ostatnio rzeczywiście mocnej, lecz w walucie światowej, solidnej. Takiej szansy nie mieli ani nasi ojcowie, ani nasi dziadowie. Oszczędności jednych zabrała inflacja, innych pożoga wojenna. W dalszej perspektywie można przewidywać, że stopniowo będzie się wyrównywać „cena pracy”, a więc, że uposażenia pójdą w górę.

Ceny

Ktokolwiek podróżował po Europie (lub przeglądał Eurokoszyk „Polityki”), wie, że Polska jest krajem tanim. Podstawowe artykuły „koszyka” – chleb, masło, mleko, benzyna – są znacznie tańsze niż na Zachodzie. Do wyjątków należą towary i usługi droższe – restauracje w dużych miastach (taniej można dobrze zjeść w Paryżu czy na Sycylii niż w Warszawie albo w Poznaniu), piwo (ach, niestety!), rozmowy telefoniczne, bilety lotnicze, dostęp do Internetu. Generalnie jednak Polska jest krajem niskich cen i rodzi się oczywiście obawa, że wejście do klubu bogatszego zrodzi ruch cen w górę. Eksperci zgodnie twierdzą, że jednak 1 maja 2004 r. żadnego szoku cenowego nie będzie. – Na poziom cen, wpływa wiele czynników: bardziej konkurencyjność gospodarki, gra rynkowa – niż członkostwo w takim czy innym klubie – mówi dr Maciej Duszczyk z Komitetu Integracji. Czasem czynniki zupełnie nietypowe, na przykład jakiś towar jest w Polsce na dużą skalę dostarczany przez szarą strefę.

W zasadzie należałoby przewidywać dobre czasy dla konsumentów – zwiększy się konkurencja, a więc ceny towarów powinny spaść. Zwłaszcza tam, gdzie Polska będzie likwidować swoje monopole (powinny się na przykład pojawić tanie linie lotnicze, może też tańsze ubezpieczenia). Jest i druga tendencja – do wyrównywania poziomów cen, zwłaszcza później, przy wspólnej walucie – euro. – Ale zawsze będzie taniej w Łomży niż w Alicante, tak jak taniej będzie na Marszałkowskiej niż na Polach Elizejskich – mówi dr Andrzej Olechowski, który proponuje dla prognozy cenowej (Polska w Unii) przyjąć prostą, zrozumiałą dla każdego formułę: ceny będzie wyznaczać lokalna, a nie unijna gra podaży i popytu. Ogólny wniosek: zmiany cen – i w górę, i w dół – zostaną rozłożone na lata.

Przed telewizorem

Jeśli wierzyć Krzysztofowi Zanussiemu, który – jak wynika z jego felietonów – wiele podróżuje, telewizja wszędzie schodzi na psy. Ten sam widz europejski, który dwadzieścia lat temu domagał się w telewizji „Blaszanego bębenka”, dziś zadowala się sitcomem i głupawym teleturniejem. Unia temu niewinna. Ale, jak wykazują badania, życie ludzi – w całej Europie – poza pracą, polega w największej mierze na siedzeniu przed telewizorem. No i każdy sobie rzepkę skrobie: Francja, gdzie zwycięstwo centroprawicy oparte jest na „prawie i porządku”, zabrała się teraz za usuwanie przemocy z telewizji. Głośny w całym kraju raport Blandine Kriegel zaleca, by „programy zawierające przemoc czy pornografię w żadnym razie nie były rozpowszechniane między 7 rano a 22.30”. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Jeszcze w 1989 r. Unia wydała dyrektywę „Telewizja bez granic” (zmodyfikowaną w 1997 r.), która koordynuje na szczeblu wspólnotowym prawodawstwo narodowe w takich dziedzinach jak ochrona nieletnich, dostęp publiczności do głównych wydarzeń sportowych, promocja produkcji europejskich (obowiązek poświęcenia 10 proc. czasu antenowego na niezależne produkcje europejskie), zapewnienie pluralizmu światopoglądowego w programach TV czy ograniczenie czasu reklam. Co dwa lata państwa członkowskie składają Komisji raport na temat wprowadzania w życie tej dyrektywy.

Problemem jest co innego: telewizja to nie tylko dobro kultury (tu dominuje pełna suwerenność państw narodowych), to również rynek, który domaga się równych reguł konkurencji – jak każda dziedzina gospodarki. Do zrobienia na tym polu jest dużo, gdyż pomimo subwencji Unii przemysł audiowizualny w Europie jest nadal słaby, rozdrobniony i stoi na przegranej pozycji wobec USA. Deficyt handlowy w tej dziedzinie wynosi aż 7 mld dol. Produkcja amerykańska ma w rynkach krajów UE udział aż od 60 do 90 proc., a produkcja krajów UE w rynku amerykańskim prawie nie istnieje (udział rzędu 1–2 proc.). Unia jest telewizyjnym pigmejem przy USA, zaś kandydaci karłem przy Unii. Produkcja pochodząca z naszej części Europy ma udział w rynku UE rzędu 0,054 proc. (tak!).

Jazda samochodem

Wszystko po staremu, chyba że dojdzie do narodowej mobilizacji i ktoś wreszcie zacznie poprawiać drogi, tym bardziej że będą do dyspozycji niemałe pieniądze unijne. Kodeks drogowy się nie zmieni, chyba że z naszej własnej krajowej woli. W Polsce, nawet wśród ludzi mądrych, pokutuje jakaś głupota o zielonej strzałce, niezgodnej jakoby z normami unijnymi. Przy tym drobiazgu warto się zatrzymać i ostrzec czytelnika, że liczni eksperci, a często i rządy, w różnych sprawach powołują się na konieczność dostosowania, by ułatwić sobie zadanie albo oprzeć argumentację na schemacie „to nie ja, to kolega”, czyli Bruksela. Zielona strzałka może więc śmiało pozostać, tak samo jak i ruch lewostronny w Wielkiej Brytanii czy Irlandii oraz na Cyprze. A także samochody, które mają kierownicę z prawej strony. Ale być może Unia wymusi większą czystość spalin, bo w 1998 r. Komisja Europejska podpisała z Europejskim Związkiem Motorowym umowę, zgodnie z którą emisja dwutlenku węgla przez samochody osobowe powinna być zredukowana do 2008 r. o 25 proc.

Obywatele Unii

Język polski stanie się jednym z języków oficjalnych UE. Wszystkie dokumenty UE będą musiały być tłumaczone również na polski. Nowe polskie paszporty mają kolor burgunda, jak w Unii. Do „Rzeczypospolitej Polskiej” dojdzie tylko na okładce napis „Unia Europejska”. Zaczniemy przechodzić przez bramki „EU citizens”, co teoretycznie przyśpiesza odprawę graniczną na lotniskach, a może też daje satysfakcję, że Kowalski nie jest kierowany do „gorszej” bramki. To drobiazg. Ważniejsza i istotniejsza jest ochrona dyplomatyczna i konsularna, która się Polakowi od Unii należy, również od innych państw. Może to się okazać pomocne w krajach, gdzie nie ma naszego konsula. Jak to działa? Nie wiadomo. Nikt jeszcze nie próbował.

Bo Kowalski jest nie tylko ewentualnym podróżnym, jest obywatelem Unii. Już preambuła traktatu rzymskiego mówiła o położeniu „kamienia węgielnego pod budowę rozszerzonej i pogłębionej wspólnoty między narodami”, ale dopiero w dalszych traktatach, w tytule poświęconym obywatelstwu, wymieniono sześć konkretnych praw europejskich (i ani jednego obowiązku!). A więc obywatel RP może przebywać na obszarze krajów unijnych i nie musi nikomu się z tego tłumaczyć, może się swobodnie przemieszczać z kraju do kraju, ma prawo do ochrony dyplomatycznej i konsularnej, o czym była mowa. Ma też swojego drugiego posła – do Parlamentu Europejskiego; prawda, że sam ten parlament niewiele znaczy, bo ogromna większość władzy w Unii pozostaje w rękach rządów narodowych, ale za to parlament daje każdemu prawo do składania petycji na stosownym formularzu (dostępnym w Internecie). Kowalski będzie – jeśli zdąży w 2004 r. – uczestniczył w wyborach do Parlamentu Europejskiego, gdzie zasiądzie 50 posłów z Polski. Kto wie jednak, czy nie jest praktycznie ważniejszy udział w wyborach lokalnych. Otóż każdy obywatel Unii, niezależnie od tego, gdzie mieszka, ma czynne i bierne prawo wyborcze w wyborach samorządowych (komunalnych). Nasz człowiek, jeśli więc zamieszka na dłużej w Berlinie czy w Budapeszcie, może tam głosować na radnych miejskich, ale i w Polsce obcokrajowcy pochodzący z krajów Unii mogą się zarejestrować i powinni być umieszczeni na listach wyborczych na takich samych warunkach jak obywatele polscy.

Jednak do tej nowej Europy obywateli można się dostać jedynie poprzez jakiś kraj narodowy. Traktat wyraźnie podkreśla, że obywatelstwo Unii tylko uzupełnia narodową przynależność państwową, lecz jej nie zastępuje (art. 17 Traktatu o Wspólnotach Europejskich). Unia „nie określa, kto otrzymuje jej obywatelstwo; jest to wyłącznie prawo danych państw członkowskich. W ten sposób zaakcentowana zostaje odpowiedzialność każdego narodu za przyznanie praw obywatelskich. Dla rozwoju statusu obywatela Europy przewidziano pewne granice” – pisze znawczyni przedmiotu Anke Gimbal. To więc, co najwyżej, jakieś miłe obywatelstwo dodatkowe, nic więcej.

Europejczycy otrzymali natomiast ochronę sądową w stałym Europejskim Trybunale Praw Człowieka (w istocie jest to sąd związany z Radą Europy, której Polska od dawna jest członkiem, a nie z Unią Europejską). Lista praw człowieka i podstawowych wolności jest szeroka, a obywatel, który czuje się pokrzywdzony przez władze własnego kraju bądź innego z 41 państw członkowskich, może dochodzić sprawiedliwości w Strasburgu. Na ogół skarga ta przysługuje dopiero po wyczerpaniu drogi sądowej w danym kraju, a więc po tym, jak u swoich nie udało się nic uzyskać. Strasburg stanowi więc ostatnią instancję i sprawdzian sprawiedliwości krajowej. W samym tylko ubiegłym roku do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wpłynęło 3361 skarg polskich obywateli.

Wszystko to regulują wewnętrzne przepisy każdego państwa. Działania UE ograniczają się do programów finansujących stypendia oraz wymiany międzyszkolnej (dotychczas co roku na stypendia w całości fundowane przez UE wyjeżdża około 4 tys. polskich studentów). Jednak środki przeznaczane na politykę oświatową są ograniczone do 0,5 proc. budżetu Unii. Wojsko – mimo powoływanych obecnie w Europie sił szybkiego reagowania (20 tys. żołnierzy) – pozostaje domeną ściśle narodową.

 

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną