W 10. rocznicę śmierci Waldemara Milewicza
Średnia wieku dziennikarzy w chwili ich śmierci jest niska. Statystyki światowe mówią o 49 latach. Waldemar Milewicz zginął w Iraku mając lat 48.
Waldemar Milewicz
Agencja Gazeta

Waldemar Milewicz

[Tekst pochodzi z maja 2004 roku.]

Kiedyś pierwszą ofiarą wojny była prawda. Dziś pierwszą ofiarą wojny jest dziennikarz, czyli ten, który mógłby tę prawdę przekazać. Walczące strony są perfidne, bo nie dosyć, że nie chcą, aby mówiono prawdę o ich działaniach, to jeszcze w dodatku likwidują tych, którzy mogliby dać świadectwo prawdzie.

Wojna w Afganistanie w czasie sowietyzowania tego kraju była tak okrutna, jak tylko okrutna może być wojna azjatycka. A mimo to zginął tam tylko jeden dziennikarz, operator telewizji BBC Andy Skrzypkowiak. A dziś liczba kolegów, którzy zginęli w Afganistanie, sięga już 15. W Iraku, wraz z polskimi dziennikarzami, którzy położyli głowę pod ewangelię, liczba ta wzrosła do 27.

Amerykanie nie lubią dziennikarzy na froncie – wiadomo to już od Wietnamu. Bo kamerzysta wraz z reporterem przynosił do domu rodziców zdjęcia ich dzieci – co prawda w mundurach, ale ciągle dzieci – z poobcinanymi głowami.

Również na tej wojnie obecność mediów jest dla Amerykanów utrapieniem. A to niemiecka ARD pokaże, jak na płycie lotniska strzela się do człowieka z podniesionymi rękami, a to znowu prasę światową obiegną zdjęcia z więzienia, gdzie torturuje się więźniów prądem elektrycznym.

Z drugiej strony Irakijczycy nienawidzą dziennikarzy z Zachodu, bo uważają ich za sojuszników wojsk okupacyjnych czy stabilizacyjnych. A nienawidzą niesłusznie, bo reporter ma z wojny przekazywać to co widzi, słyszy i rozumie. Reporter nie będzie na wojnie stronniczy, chyba że reprezentuje media związane ze stroną walczącą. Gdyby mordercy, którzy zabili Waldemara Milewicza (a także Mounira Bouamrane’a), wiedzieli, jaki konspekt złożył w telewizji przed wyjazdem – nie tylko by go nie tknęli palcem, ale pomogliby mu w pracy. Dziennikarze TVP mieli zamiar poinformować polskich telewidzów, dlaczego Irakijczycy nie chcą narzucanej im siłą demokracji zachodniej.

Milewicz wraz z kolegami jechał z hotelu Palestyna w Bagdadzie źle chronioną i marną drogą przez Babilon do Nadżafu. W Palestynie zatrzymują się przede wszystkim vipy, dlatego każdy odjeżdżający stamtąd samochód może wieźć ludzi, na których Irakijczycy polują. Samochód oznakowany był tabliczką PRESS, która na wszystkich frontach dawała dotychczas pewną ochronę. Ale w Iraku już nie chroni.

Korespondent wojenny to dziś chyba już ostatni pracownik mediów, który cały czas ryzykuje życie. Różni się bardzo od analityka fotelowego czy prezentera w studio, ma bowiem cały czas kontakt z prawdami ostatecznymi, a jego śmierć to jedna z nich. Ginie, bo jest niewygodnym świadkiem. Może napisać lub pokazać coś groźnego. Może nawet wpłynąć na decyzje o przerwaniu konfliktu. Ale musi to robić, bo opinia społeczna nie dowie się od polityków ani w USA, ani w krajach sojuszniczych, co dzieje się w Iraku. Może poznać tylko ich punkt widzenia, który często nie pokrywa się z odczuciami społecznymi.

Czy dziennikarze nadal będą jeździć tam, gdzie jest niebezpiecznie? Oczywiście. Będą ryzykować? Jasne – to część zawodowej kondycji. Będą się bać? Jasne – nieustraszeni są tylko durnie lub ludzie bez wyobraźni, ale tacy nie nadają się do roli korespondentów wojennych ani do prasy w ogóle.

***

Z duszą na ramieniu

[Z rozmowy Barbary N. Łopieńskiej z Waldemarem Milewiczem]

Kto dostrzegł w Panu talenty dziennikarskie?

Nikt. To mój pomysł. Nie znoszę monotonii, stagnacji, jestem ekstrawertykiem, tryskam pomysłami, jestem nadaktywny i optymistyczny, choć niekoniecznie co do własnej przyszłości. Pomyślałem, że dziennikarstwo to dobre wyjście.

Proszę opowiedzieć o swojej pierwszej korespondencji.

Nie pamiętam. Pewno nie było to nic ważnego. Ale pamiętam oczywiście swój pierwszy wyjazd na wojnę: 1991 rok i atak Rosjan na wieżę telewizyjną w Wilnie. Na placu czołgi rozjeżdżały ludzi.

Nie ma Pan ochoty pojechać gdzieś, gdzie „nic się nie dzieje”?

Jeśli nic się nie dzieje, to nie ma sensu, żebym jechał, bo lubię być tam, gdzie coś się dzieje. Nie umiem nadać korespondencji o niczym.

Co było do tej pory Pana najtrudniejszym zadaniem dziennikarskim?

Wszystkie są najtrudniejsze. Po jedenastu latach pracy w „Wiadomościach” nie pozbyłem się tremy. Jadę wszędzie z duszą na ramieniu, nie wierzę, że uda mi się zrobić to, co mam do zrobienia. Każdy nowy wyjazd jest dla mnie najtrudniejszy. Właściwie sam nie wiem dlaczego, bo tyle już było tych wyjazdów, że książkę mógłbym napisać.

No, właśnie. Nie korci Pana, żeby pójść śladem Ryszarda Kapuścińskiego?

Myślałem o tym, choć nigdy nie będę śmiał się z nim porównywać. Doszedłem do wniosku, że mam jeszcze na to czas.

Rozmowa opublikowana w 1996 r. w mało znanym branżowym kwartalniku „Aktualności telewizyjne”. Barbara N. Łopieńska, wybitna dziennikarka, zmarła 12.01.04 r.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną