Kraj

Kulczyk – nagrywany biznesmen

Kulczyk – nagrywany biznesmen

Jan Kulczyk Jan Kulczyk Piotr Drabik / Flickr CC by 2.0
Sejmowa komisja śledcza do spraw Orlenu dość niespodziewanie zmieniła się w komisję do sprawy Jana Kulczyka. Trwa ustalanie, o czym dyskutował z Ałganowem i czy chciał sprzedać Rosjanom Rafinerię Gdańską.

[Tekst ukazał się w Tygodniku POLITYKA w listopadzie 2004 r.]

Nienaganna międzynarodowa renoma naszej firmy, podważana nieuprawnionymi wypowiedziami członków Sejmowej Komisji Śledczej, doznała poważnego uszczerbku w przededniu zakończenia negocjacji niezwykle ważnych kontraktów” – skarżą się w liście do marszałka Sejmu Józefa Oleksego pracownicy i zarząd Kulczyk Holding. Pod listem figuruje dziewiętnaście podpisów. Sygnatariusze ostrzegają, że jeśli działalność komisji sprawi, że do zawarcia kontraktów nie dojdzie, wystąpią na drogę sądową z żądaniem odszkodowania.

O jakie kontrakty chodzi, jaka może być skala strat? Jan Waga, prezes Kulczyk Holding, z góry uprzedza, że nie odpowie na żadne pytanie. To tradycja firmy, która stara się pozostawać w cieniu i nawet prośbę o podanie, jakie spółki wchodzą w skład holdingu, kwituje zaleceniem lektury stosownego „Monitora Polskiego B”. Taką politykę ustalił Jan Kulczyk, który często powtarza, że „duże pieniądze lubią spokój, wielkie – ciszę”.

Tej ciszy musi mu ostatnio brakować. Odtajnione notatki Agencji Wywiadu sprawiły, że znalazł się w świetle jupiterów i został zasypany trudnymi pytaniami. Dlaczego spotkał się z rosyjskim szpiegiem Ałganowem? Czy wiedział, kim jest jego rozmówca? Czy oferował pomoc w sprzedaży Rafinerii Gdańskiej? Czy powoływał się na prezydenta? Jakie usługi oddawał mu były szef UOP gen. Gromosław Czempiński? Jan Kulczyk był dotychczas przyzwyczajony do zupełnie innych pytań. Tych dworskich, kiedy opowiadał o swojej recepcie na sukces, a także – rzadziej – zaczepnych, kiedy powtarzał niczym mantrę, że nie wykorzystuje przyjaźni z politykami do uprawiania biznesu, a Skarb Państwa na interesach z nim nie traci, lecz przeciwnie, zarabia.

– Mam wrażenie, że Janusz trochę się pogubił – komentuje ostatnie publiczne wystąpienia Kulczyka zaprzyjaźniony z nim biznesmen, dla którego wyjazd za Ocean i ucieczka w chorobę są objawami tego pogubienia. Dostrzega przy tym zaskakujący brak treningu w dziedzinie public relations: niespójne wypowiedzi, sprzeczności i z trudem ukrywane zdenerwowanie. Najbardziej jednak dziwi go, że Kulczyk upiera się, iż jadąc do Wiednia nie wiedział, z kim się spotka.

– Każdy, kto go zna, wie, że to niemożliwe. To perfekcjonista, o partnerze musi wiedzieć wszystko – przekonuje nasz rozmówca. Zresztą sam Kulczyk w jednym z wywiadów zdradził swoją technikę skutecznych negocjacji: „Trzeba mieć informacje, odporność i wyczucie. Kiedy siadam z partnerem do negocjacyjnego stołu, muszę wiedzieć, jaka jest jego siła finansowa, jaka strategia, czy ma nadpłynność, jak inwestuje i z jakiego powodu, kto podejmuje decyzje, czy jego żona lubi kwiaty żółte czy czerwone. Nie proponuję whisky temu, kto lubi koniak. To należy wiedzieć”.

Biznesmen zaprzyjaźniony z Kulczykiem godzi się na rozmowę pod warunkiem, że w gazecie nie pojawi się jego nazwisko. Podobnie inni koledzy. Właśnie zdecydowano, że Jan Kulczyk ustąpi z przewodnictwa Polskiej Rady Biznesu. Wszyscy się boją, że mówiąc cokolwiek mogą być wchłonięci w paszczę komisji śledczej. Po raz pierwszy znajomość z Doktorem Janem zrobiła się niewygodna, co zresztą samo w sobie jest widowiskiem dość żenującym.

Narodziny fortuny

Jego gospodarcze imperium narodziło się w drugiej połowie lat 90., głównie dzięki udziałowi w kilku dużych transakcjach prywatyzacyjnych. Najszybciej z polskich biznesmenów zorientował się, że wiązanie swej przyszłości z jedną, choćby nawet najbardziej obiecującą, branżą jest zbyt ryzykowne. Dlatego wybrał rolę inwestora finansowego, stosując zasadę, że zamiast samemu prowadzić przedsiębiorstwa, należy pozyskiwać partnerów, którzy potrafią to robić lepiej – handlować samochodami, warzyć piwo, sprzedawać ubezpieczenia.

Może być spokojny, że firmy są w dobrych rękach, przynoszą zyski, a on sam może chwalić się sukcesami wyliczając na przykład, ile hektolitrów piwa produkuje.

Jan Kulczyk nie lubi publicznie występować w roli finansowego rekina, woli wizerunek człowieka stojącego na czele największego polskiego koncernu, który zatrudnia 100 tys. osób, ma obroty 60 mld zł i dostarcza do budżetu 10,5 mld zł podatków. Oczywiście, takie przedsiębiorstwo nie istnieje: Jan Kulczyk na potrzeby medialne sumuje po prostu wyniki wszystkich firm, w których ma udziały. Ponieważ są wśród nich największe polskie spółki – PKN Orlen, Telekomunikacja Polska, Warta, Kompania Piwowarska, Kulczyk Tradex, Skoda Polska – to efekt tego rachowania jest imponujący. Dotyczy to zwłaszcza podatków, bo piwo, samochody, a szczególnie paliwo, obłożone są olbrzymią akcyzą. Ten podatek płacą wprawdzie konsumenci, rozliczają go jednak przedsiębiorstwa i to Janowi Kulczykowi pozwala stawiać się w roli dobrodzieja polskiego budżetu.

Kłopotliwy temat – podatki

Na temat płacenia podatków Jan Kulczyk jest indagowany wyjątkowo często. Odpowiada niechętnie i wymijająco, proponując rozmowę o podatkach w ogóle (jest orędownikiem podatku liniowego) lub podatkach, jakie płacą należące do niego firmy.

– Kulczyk przekonywał kiedyś premiera Millera do podatku liniowego – wspomina jeden z naszych rozmówców. – Tłumaczył mu, że wówczas przedsiębiorcy nie będą rozliczali się z podatków za granicą. A ty gdzie płacisz podatki? – zapytał niespodziewanie Miller. Oczywiście, że za granicą – odpowiedział Kulczyk i chciał dalej ciągnąć swój wywód o wyższości podatku liniowego. Premier dostał szału. Zaczął na niego krzyczeć. Kulczyk zaczął się tłumaczyć, że został źle zrozumiany. Oczywiście, płaci w Polsce i może pokazać dokumenty.

Sprawa podatków pozostaje jedną z wielu tajemnic działalności Jana Kulczyka. „Polityka” proponowała kiedyś najbogatszym Polakom ujawnienie swoich zeznań podatkowych. Zgodził się na to Aleksander Gudzowaty, Jan Kulczyk odmówił. Z pewnością w Polsce płaci podatek PIT od dochodów uzyskiwanych z tytułu przewodniczenia licznym radom nadzorczym. Jednak prawdziwe pieniądze inwestor finansowy czerpie z zysków kapitałowych i te większość czołówki naszego biznesu stara się trzymać z daleka od nienasyconego polskiego fiskusa. Zapewne podobnie postępuje Jan Kulczyk, który dysponuje w Wiedniu fundacją Kulczyk Privatstiftung troszczącą się o jego majątek.

Wiedeńska fundacja oraz żona Jana Grażyna Kulczyk są formalnymi właścicielami Kulczyk Holding, spółki kontrolującej wszystkie interesy najbogatszego Polaka. On sam nie jest ani formalnym właścicielem swego imperium, ani też nim bezpośrednio nie zarządza, zadowalając się rolą prezesa rady nadzorczej. To jeden z dziwniejszych układów w polskim biznesie. Co jest tego powodem? Kolejna tajemnica.

Tytuł na wyrost

Tak jak tajemnicą jest stan majątkowy Jana Kulczyka. Tytuł najbogatszego Polaka przyznał zaprzyjaźniony z nim tygodnik „Wprost”, szacując jego majątek na 12,5 mld zł. Sam Kulczyk nie wypowiada się na ten temat, twierdząc, że go to nie interesuje. Widać jednak wyraźnie, że tytuł „najbogatszego Polaka” sprawia mu przyjemność. Eksperci mają jednak do szacunków „Wprost” spory ironiczny dystans, bo nie wiadomo, co do czego się dodaje i według jakich zasad. Co więcej, skomplikowane techniki finansowania inwestycji w ogóle utrudniają rozeznanie co jest, a co nie jest majątkiem biznesmena.

Ten brak przejrzystości sprawił, że Kulczyk nie trafił np. na prestiżową listę najbogatszych ludzi świata, opracowywaną corocznie przez amerykański magazyn „Forbes”. Kłopot jest nie tylko z oszacowaniem wartości poszczególnych składników majątku, lecz nawet z ich skatalogowaniem, bo poza firmami krajowymi Jan Kulczyk, jak sam twierdzi, jest właścicielem przedsiębiorstw zagranicznych (dwie fabryki w USA) oraz szeregu inwestycji kapitałowych. Jest na przykład udziałowcem w berlińskiej firmie lotniczej Windrose Air, wynajmującej biznesmenom małe odrzutowce (od niedawna filia działa w Poznaniu).

Problemów z wyceną majątku jest więcej. Trudno, na przykład, oszacować skalę jego zaangażowania w Orlenie. Według oficjalnych raportów udział jego spółek od dawna wynosił 5,6 proc. W ostatnich dniach Kulczyk Holding zgłosił, że ma już tylko 4,78 proc. Jednak z wcześniejszych wypowiedzi Jana Kulczyka (Siemiątkowskiemu powiedział, że w Orlenie zainwestował 300 mln dol.) i zachowania innych akcjonariuszy można było odnieść wrażenie, że rzeczywiste zaangażowanie może być większe (analitycy mówią o 10 proc., a nawet więcej). Jak jest naprawdę, próbuje ustalić Komisja Papierów Wartościowych, wspierana przez amerykańskie służby kontroli giełdowej (czy Kulczyk po cichu nie skupował tzw. globalnych kwitów depozytowych Orlenu). Nieujawnienie rzeczywistego stan posiadania akcji spółki giełdowej jest poważnym przestępstwem, ale mało kto wróży sukces temu śledztwu.

Przykładem innej pułapki jest Telekomunikacja Polska (TP SA), w której Kulczyk Holding był do niedawna właścicielem 13,57 proc. akcji zakupionych od Skarbu Państwa za – bagatela – ok. 1,3 mld euro. Ten pakiet stanowił dumę biznesmena i poważną część jego aktywów. Dowcip polegał jednak na tym, że akcje kupił na kredyt gwarantowany przez francuskiego partnera, który dodatkowo zapewnił, że na żądanie odkupi cały pakiet. O tym jednak Kulczyk nie informował. Sprawę ujawnił w swym raporcie France Telecom (FT).

Ostatnio Kulczyk postanowił wycofać się z TP SA, choć wcześniej deklarował, że jest inwestorem długoterminowym, a akcji kupionych od Skarbu Państwa z zasady nie sprzedaje. Umowa została podpisana, zarobi na niej na czysto ok. 40 mln euro, bo France Telecom weźmie na siebie spłatę zaciągniętego przez polskiego biznesmena kredytu (z odsetkami to ok. 2,2 mld euro). Na dodatek FT zagwarantował biznesmenowi na przyszłość prestiżowy fotel prezesa rady nadzorczej. Widać wyraźnie, że dług wdzięczności nie został do końca spłacony. To dzięki Janowi Kulczykowi Francuzom udało się kupić akcje TP SA. Wcześniej próbowali sami, ale ich oferta została odrzucona. Przyjęto ją dopiero, gdy pozyskali polskiego partnera. Tak doszło do największej, ale i najbardziej kontrowersyjnej polskiej transakcji prywatyzacyjnej. Sprzedano monopol, więc de facto cały polski rynek. Wysokie ceny połączeń, które dziś płacimy, to skutek wysokiej ceny, jaką kiedyś wynegocjował minister skarbu.

Prywatyzacja TP SA stanowiła niewątpliwy sukces Jana Kulczyka i demonstrację jego możliwości. Jednocześnie stała się symbolem nieprzejrzystych reguł prywatyzacji, bo do dziś nie wiadomo, na czym polegała rola polskiego udziałowca, skoro do interesu nie wniósł ani pieniędzy, ani technologii czy umiejętności zarządzania. Rola musiała być jednak poważna, skoro okazała się warta 40 mln euro. Tak oto wliczane do majątku Jana Kulczyka 7–8 mld zł z tytułu akcji TP SA zamieniło się na 40 mln euro prowizji. Dzisiejsze szacunki aktywów Kulczyka wskazują, że nadal jest to wielka fortuna, zapewne ok. 3,5 – 4 mld zł, ale na pewno nie propagandowe 12,5 mld. Nie wiemy też, jak bardzo ten majątek jest zadłużony.

Strateg

Jan Kulczyk w publicznych wypowiedziach kreuje swój wizerunek stratega, człowieka, który wyznacza kierunek rozwoju swojej grupy, wymyśla nowe projekty, realizowane potem przez współpracowników. Jest w tym z pewnością dużo racji. Można powiedzieć, że Doktor Jan przez lata skutecznie wyręczał kolejnych, mało doświadczonych, ministrów skarbu w budowie prywatyzacyjnych konstrukcji. Kulczyk ma instynkt odkrywania dobrych interesów tam, gdzie inni ich nie widzą, i przewidywania rozwoju sytuacji długo naprzód. Procentują liczne kontakty tak w kraju i za granicą, a także pomoc analityków, którzy rozpoznają i oceniają nowe szanse biznesowe. Ostatnio, na przykład, Kulczyk Holding kupił od NFI i Skarbu Państwa niewielką firmę w Gliwicach – Polskie Odczynniki Chemiczne. Eksperci zachodzą w głowę, co takiego atrakcyjnego dostrzegł Jan Kulczyk w tej małej, nieco zabytkowej fabryce, produkującej specjalistyczne substancje chemiczne? Czyżby wiedział coś, o czym inni nie wiedzą?

Niezwykle ważne były zawsze dla Kulczyka bliskie relacje z politykami, nawet jeśli nie prowadzą one do spektakularnych transakcji jak sprzedaż TP SA. (Pisaliśmy o tym obszernie w artykule „Państwo to Jan”, POLITYKA 17/03). Można np. wpływać na obsadę resortu skarbu (panuje opinia, że karuzela kadrowa w resorcie skarbu za czasów premiera Millera to jego zasługa) czy decydować o składzie rady nadzorczej Orlenu. Zażyłość z najważniejszymi osobami w państwie jest ważnym elementem wizerunku, uwiarygodnia biznesmena w oczach zagranicznych partnerów i kredytodawców.

– Możliwość audiencji u prezydenta czy szybkie spotkanie z premierem robi wrażenie nawet na szefach dużych korporacji– twierdzi jeden z naszych rozmówców. Wiesław Kaczmarek, który z Kulczykiem od dawna ma na pieńku, wypomina mu pewne spotkanie, na które do Ministerstwa Skarbu biznesmen przyszedł z Michelem Bonem, prezesem France Telecom (Kulczyk Holding ma siedzibę po sąsiedzku). Kiedy oczekiwali na ministra w salce przylegającej do jego gabinetu, Kulczyk wymknął się i przez sekretariat poszedł do ministra, po to, jak twierdzi Kaczmarek, by wspólnie z nim wyjść do francuskiego gościa. Taki drobny trik demonstrujący zażyłość z władzą.

Liczne kontakty pozwalają mu w odpowiednim momencie przyłączać się do rozmaitych przedsięwzięć. Jeśli widzi szanse powodzenia, stara się inicjatywę przejąć. Tak było na przykład z konsorcjum autostradowym, które stworzył Elektrim. Dziś o Elektrimie nikt nie pamięta, a Jan Kulczyk kontroluje spółkę Autostrada Wielkopolska, prywatną firmę budującą i eksploatującą autostradę. Podobnie było z siecią telefonii komórkowej Era, dzięki której Jan Kulczyk zrobił jeden ze swych lepszych interesów.

Jest niezwykle aktywny i szuka wszelkich okazji. W ubiegłym roku rynek huczał od plotek na temat możliwości przejęcia przez Kulczyka PZU od Eureko i połączenia z PKO BP. Mówiło się też o jego zainteresowaniu operatorami telefonii komórkowej Erą i Polkomtelem. Poza wielkimi interesami biznesmena interesują też niewielkie transakcje, które być może przyniosą kiedyś profit. W ramach rozliczeń z Hubertem Jagielińskim (synem polityka Romana) Kulczyk przejął na przykład niewielki pas gruntów koło Babska. Jest to miejsce, w którym rozważana jest budowa drugiego stołecznego lotniska. Bez gruntu Kulczyka będzie to w przyszłości niemożliwe.

Pod napięciem

Związkom z Elektrimem zawdzięcza też swoją nową biznesową pasję: energię elektryczną. Spółkę El Dystrybucja, która przez wiele miesięcy miała wyłączność na negocjacje w sprawie zakupu zakładów energetycznych G-8, przejął od Elektrimu (pomógł w tym BRE Bank), gdy ten popadł w tarapaty finansowe. „Wall Street Journal Europe” donosił, że Jan Kulczyk rozważał zakup zespołu elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (PAK), w którym Elektrim jest głównym prywatnym udziałowcem.

W Elektrimie panuje atmosfera pełna podejrzeń wobec Kulczyka. PAK przeżywa dość niespodziewane kłopoty – Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE), faktyczny monopolista w hurtowym handlu energią, nie chcą podpisać umowy dotyczącej zakupu prądu. Wygląda na to, jakby PSE, wykorzystując słabość Elektrimu, chciały przejąć PAK. Wcześniej podobne próby podejmował rosyjski koncern RAO JES (gdzie zatrudniony jest Władimir Ałganow) wspólnie z firmą Marka Dochnala.

PSE są blisko związane z Janem Kulczykiem – mają pakiet akcji Autostrady Wielkopolskiej, są też wspólnikiem Doktora w spółce handlującej energią elektryczną Polenergia (w jej sprawie spotykał się z Ałganowem). Powstało więc podejrzenie, że to dość dziwne zachowanie państwowej firmy, która wcześniej nie prowadziła takich gier, może mieć drugie dno i potwierdzać prasowe przypuszczenia o próbie przejęcia PAK. Być może dlatego Zygmunt Solorz, właściciel Polsatu i główny udziałowiec Elektrimu, stara się teraz pogrążyć Kulczyka. W tych dniach Polsat rozesłał do dziennikarzy fragment wywiadu, jakiego Krzysztofowi Skowrońskiemu udzielił Wiesław Kaczmarek. Rozmowa dotyczy podejrzeń Kaczmarka, że Kulczyk, wykorzystując wpływ na premiera Millera, usiłował przejąć kontrolę nad Orlenem, a potem połączyć go z Rafinerią Gdańską opanowując polski rynek paliwowy.

Przez Kulczyka do Kwaśniewskiego

Dziś aktywność Jana Kulczyka wydaje się koncentrować wokół sektora paliwowo-energetycznego. To ostatni duży, niesprywatyzowany fragment gospodarki, a na dodatek mocno zmonopolizowany, co dla prywatnego inwestora stanowi obietnicę dużych zysków. Jednak od pewnego czasu prześladują biznesmena porażki. Od czasu prywatyzacji TP SA nie udało mu się z ministrem skarbu zrobić żadnego dużego interesu. Najbardziej spektakularną porażką okazała się próba przejęcia grupy G-8. Wiesław Kaczmarek i jego następcy nie zdecydowali się na sprzedaż ośmiu zakładów energetycznych mimo niezwykle silnych nacisków (do historii przeszło słynne pytanie premiera Millera: „– Wiesiu, dlaczego nie chcesz sprzedać Jankowi G-8?”). Powodem była mała wiarygodność finansowa oferty Jana Kulczyka.

Nie powiódł się też pomysł pośredniczenia w eksporcie energii elektrycznej z Rosji do Niemiec. Ze spółki Polenergia wycofał się niemiecki partner, po rosyjskiej stronie pojawił się Ałganow i trzeba było zerwać kontakty. Również w wojnie o Orlen Jan Kulczyk ponosi same porażki – nie udały się forsowane przez niego projekty połączenia Orlenu z Rafinerią Gdańską ani stworzenia koncernu środkowoeuropejskiego. Jego ludzie stracili stanowiska w radzie nadzorczej, dzięki którym miał wpływ na zarząd spółki. Dlatego Kulczyk Holding zaczął wyprzedawać swoje akcje, a jego szef Jan Waga oficjalnie zakomunikował, że spółka rezygnuje z aspiracji do aktywnego wpływania na losy Orlenu. Inwestycja w akcje płockiego koncernu przyniosła Kulczykowi zwrot zainwestowanego kapitału wysokości 70 proc.

Na razie musi więc żyć starymi sukcesami, odcinając od nich kupony. Wyprzedaż udziałów w sztandarowych spółkach – Warcie, TP SA, Orlenie, PTE Dom – zdaniem jednych świadczy, że mobilizuje pieniądze do nowych inwestycji (takie zapewnienie składa Jan Waga, dodając, że chodzi o „szeroko pojętą infrastrukturę”), zdaniem innych się ewakuuje, bo tych nowych interesów na razie nie widać. Być może ma na oku jakieś inwestycje zagraniczne, tam gdzie karząca ręka posłów Giertycha i Wassermanna nie sięga.

Premier Belka omija go dużym łukiem, bo w nowym rządzie, zgodnie ze wskazówkami prezydenta, obowiązuje zakaz „blatowania” się z biznesmenami, a już szczególnie z jednym. Dlatego w środowiskach biznesowych pojawiło się przekonanie, że niezależnie, czy Jan Kulczyk stawi się przed komisją i co powie, jego dalsza kariera staje pod znakiem zapytania. Wszyscy są pod wrażeniem narastającej wokół biznesmena atmosfery podejrzeń, a nawet nagonki. Wiceprokurator generalny Kazimierz Olejnik zasugerował wręcz możliwość postawienia mu zarzutu szpiegostwa. W komisji mnożą się coraz bardziej radykalne i absurdalne pomysły, łącznie z zabezpieczaniem (czytaj – konfiskatą) jego majątku. Niezależnie, jak się sprawa skończy, przyjaciele są przekonani, że Doktora Jana czeka kilka lat chudych. Będzie musiał poczekać, aż awantura przycichnie, nie afiszować się, kierować z tylnego siedzenia i na wielkie interesy nie liczyć. Kłopotem może dość niespodziewanie stać się samo nazwisko, z którego uczynił znak towarowy swoich firm.

Przeciwnicy, a tych jest więcej, wieszczą jego koniec. Stał się czarnym charakterem, symbolem kapitalizmu politycznego, niejasnych związków polityki z gospodarką. Jego nazwisko, wymieniane jednym ciągiem z aresztowanym za korupcję lobbystą Markiem Dochnalem i rosyjskim szpiegiem Ałganowem, traci wiarygodność, czyli pozbawia biznesmena jego największego kapitału. Staje się niewygodny dla polityków, bo kontakty z Kulczykiem mogą dziś okazać się pocałunkiem śmierci, a bez tych kontaktów biznesmen stanie się bezbronny.

Wątpliwości mogą się pojawić u partnerów biznesowych, dla których Kulczyk był przez lata jednym z bardziej stabilnych elementów polskiego układu polityczno-gospodarczego. Teraz będą mieli świadomość, że ryzykują publiczne dochodzenia na temat wspólnych interesów. Tak jak TP SA, odcinająca się od związków z byłym szefem UOP gen. Czempińskim, który miał przy prywatyzacji spółki wykonywać na rzecz Jana Kulczyka jakieś usługi. A nie wiadomo, co jeszcze przyniesie praca komisji śledczej, bo wielu członków mniema, że celując w Kulczyka może ustrzelić albo chociaż poranić prezydenta.

Dlatego Jan Kulczyk coraz częściej jest pytany, czy nie zamierza przenieść się w bardziej spokojne miejsce świata. Na razie odpowiada, że nie. Bo uczuciowo związany jest z Polską.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Włoski strajk na polskich drogach

Włoskie firmy drogowe ogłosiły, że rozpoczętych w Polsce budów mogą nie skończyć, jeśli nie dostaną dodatkowych pieniędzy. W wyborczym roku będzie więc mniej przecinanych przez polityków wstęg, a więcej awantur. Jak do tego doszło?

Adam Grzeszak
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną