Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Proszę o koncert

Nieszczęsna wypowiedź szefa FBI Jamesa Comeya spowodowała kolejne wzmożenie obrachunków polsko-żydowskich, matematyki uczynków dobrych i złych, ocalonych i zdradzonych.

Szczerze mówiąc, mam trochę dość tej licytacji Dobra i Zła. Chętnie poszedłbym za to na koncert polskiej piosenki pochodzenia żydowskiego. Ale po kolei. Najpierw chciałbym przypomnieć o innej matematyce, o książce Mariusza Urbanka „Genialni” na temat lwowskiej szkoły matematycznej oraz o eseju Mikołaja Glińskiego „Polska piosenka pochodzenia żydowskiego”. Piszę o tym w POLITYCE, a nie na blogu, gdyż w internecie wystarczy napisać „Ż” i już czuć dym, a papier jest bardziej cierpliwy.

Prof. Roman Duda, matematyk, uważa „szkołę lwowską” za nasz największy wkład w naukę światową. Matematyk prof. Paweł Strzelecki przytacza wręcz niebywałe fakty, że np. w światowym piśmiennictwie matematycznym nazwisko prof. Banacha powtarza się ponad 80 tys. razy! Profesor uważa, że w tamtym okresie matematycy „szkoły lwowskiej” wręcz rozdawali karty w matematyce światowej.

W recenzjach książki Urbanka nie wspomina się o tym, o czym Urbanek pisze obszernie, że szkołę lwowską tworzyli w dużym stopniu Polacy pochodzenia żydowskiego. Dziś powiedziano by, że byli w matematyce „nadreprezentowani”, podobnie jak w KPP czy w organach bezpieczeństwa, ale mało kto o tym wspomina. Nikt się też z powodu akurat tej „nadreprezentacji” jakoś nie oburza. Kiedy Żyd zrobi coś genialnego, to jest lwowiakiem. A kiedy lwowiak zrobi świństwo, to jest Żydem. Kilka nazwisk: Auerbach, Banach, Birnbaum, Chwistek, Eidelheit, Herman, Helper, Kac, Saks, Schauder, oczywiście Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam i inni.

Polityka 21.2015 (3010) z dnia 19.05.2015; Felietony; s. 110
Reklama