Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Botoks i legumina

Raz w roku, w maju, przyjeżdżam na Stadion Narodowy na targi książki – radosne święta nienasyconych.

Miałem szczęście podpisywać dla czytelników POLITYKI zbiór moich felietonów „Pies czyli kot”. Wszyscy prawie uważają, że to świetny, abstrakcyjny nadtytuł i że bardzo dużo mówi on o naszej politycznej codzienności. Skąd się wziął? W końcu zeszłego tysiąclecia Aleksander Bardini – jak sam mówił – został wynajęty przez prezesa TVP Mariana Terleckiego na stanowisko doradcy programowego. Ten właśnie doradca zlecił mi, żebym wymyślił jakiś kilkuminutowy i tani w realizacji cotygodniowy programik, oczywiście satyryczny. Tak powstało „Parę Interesujących Ewentualnie Spraw, czyli Komentarz Obywatela Tyma”. Ten tytuł pojawił się tylko przy pierwszym programie. Potem już był skrót z pierwszych liter – Pies czyli kot.

I teraz mój komentarz do tegorocznego maja. Miesiąc ten jest w Polsce jednym wielkim dniem świątecznym i pełną czarów nocą muzeów. W tym roku, niestety, zalewa to wszystko polityczny botoks pana Dudy i legumina kandydata na prezydenta, który jest jednocześnie prezydentem. Media, prasa, telewizje – matki nasze – wszystkie ociekają botoksem i leguminą. Botoks to po prostu jad kiełbasiany, który paraliżuje mięśnie. A mam wrażenie, że nie tylko. Gdy Andrzej Duda ogłasza za każdym razem, że realizuje testament Ojca Świętego, to ja przypuszczam, że równie dobrze mógłbym sobie zrobić zastrzyk z botoksu w głowę i ogłosić się realizatorem testamentu Aleksandra Fredry. Andrzej Duda wziął sobie na potrzeby kampanii wyborczej testament papieża, bo trudno zaatakować kogoś, kto się taką tarczą popisuje. Powinienem tu może wspomnieć coś o leguminie, ale wszyscy wiedzą, jak to smakuje.

Gdy podpisywałem „Psa czyli kota”, młody człowiek – jak mówił – wierny czytelnik POLITYKI, zapytał mnie lekko konfidencjonalnie: co teraz powinien zrobić prezydent Komorowski? Obiecałem mu, że napiszę to w felietonie, i spełniam obietnicę. Oto moja odpowiedź. 40 lat temu usłyszałem bardzo ważne słowa. Wspaniały polski kolarz Ryszard Szurkowski na starcie do jakiegoś kolejnego etapu Wyścigu Pokoju poproszony został przez dziennikarza o krótką wypowiedź dla radia. Pytanie brzmiało: – Panie Ryszardzie, jak dzisiaj będzie? Szurkowski odparł, że etap jest trudny, że w peletonie jest dużo młodych kolarzy, że są mocni, utalentowani... i tak dalej. Po pięciu morderczych godzinach wygrał Ryszard Szurkowski. Ten sam dziennikarz dopadł zwycięzcę i krzyczał radośnie, że się udało, że jednak, że proszę bardzo. – Tak pan, panie Ryszardzie, wychwalał tych młodych, ale udało się, prawda? Zgodzi się pan? – Nie bardzo – odparł mistrz – bo nic specjalnego się nie udało. Takie były założenia przed etapem, że jeden z nas wygra, i zrobiliśmy tak, jak zaplanowaliśmy. To wszystko.

W ostatnią niedzielę spieszyłem się na debatę prezydencką, by ją oglądać w domu. Niestety – brak lokomotywy w Małkini, a potem brzoza na torach przed Augustowem... W PKP nawet maleńkie nieszczęścia chodzą parami. Widziałem tylko końcówkę w wydaniu Andrzeja Dudy. Wszyscy mówią, że prezydent był znacznie lepszy.

I na zakończenie przedwojenna anegdotka żydowska. Pustą ulicą idzie Żyd i nagle widzi na trotuarze zwitek banknotów opleciony gumką. Rozgląda się, może ktoś zgubił – ale nie ma nikogo. Podnosi pieniądze i zaczyna je liczyć. Banknotów jest dużo. Liczy powoli, liczy. Wreszcie, gdy skończył, mówi: – Brakuje.

Niech się pan Duda nie obrazi, ale chciałbym mu życzyć, aby to on znalazł taki zwitek i policzył.

Polityka 21.2015 (3010) z dnia 19.05.2015; Felietony; s. 111
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną