Zbigniew S. usłyszał zarzuty. Ma zakaz opuszczania kraju

Polski Assange
Ujawnienie kilkunastu tomów akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej wywołało szok. Padają komentarze, że to największy wyciek akt w historii, skandal, państwo w niebezpieczeństwie. Nie musiało do tego dojść.
Facebook

Właściwie co się stało? Akta, począwszy od okładek kolejnych tomów, a skończywszy na tzw. zwrotkach, opublikował na swojej stronie nazwanej „Gazeta Stonoga” właściciel komisu samochodowego Zbigniew S. Twierdzi, że znalazł je na chińskim serwerze i puścił w świat jak leci.

Może znalazł, może ktoś mu je przyniósł – to bez znaczenia. Wcześniej ta same akta dotarły do przynajmniej kilkunastu dziennikarzy. Na ich podstawie ukazały się ciekawe materiały prasowe („Gazeta Wyborcza”, „Do Rzeczy”), streszczające niektóre zeznania podejrzanych. Prokuratura w Płocku wszczęła wtedy śledztwo, by ustalić sprawcę wycieku. Od marca 2015 r. jeszcze nie ustaliła.

We wtorek późnym wieczorem Zbigniew S. usłyszał zarzut bezprawnego upublicznienia informacji ze śledztwa ws. afery podsłuchowej. Zastosowano wobec niego dozór policyjny i objęto go zakazem opuszczania kraju.

S. nie bawił się w streszczenia, wywalił wszystko, łącznie z danymi wrażliwymi: adresami, numerami telefonów i peselami świadków i podejrzanych. Tłumaczy, że nie miał czasu na anonimizację. W ten sposób został ujawniony adres zamieszkania szefa CBA Pawła Wojtunika, co naraża go na potencjalne zagrożenie. To przestępstwo zagrożone karą więzienia, ale S. jest dziwnie spokojny. W jednym z wywiadów oświadcza, że sądu się nie boi, a prokuratura warszawska nic mu nie zrobi, bo nadaje się co najwyżej do zwalczania łupieżu.

I tak narodził nam się polski Julian Assange, który hurtowo ujawnia tajne dokumenty, zapowiada kolejne demaskacje i filuternie pyta: co mi zrobicie? Korzysta z faktu, że oficjalnie materiały śledcze są tajne, ale de facto całkowicie jawne. Zapoznali się z nimi pełnomocnicy stron: podejrzanych i pokrzywdzonych. To, jak twierdzi prokuratura, kilkanaście osób. W marcu, kiedy zeznania ujawniali dziennikarze, z aktami zdążyło się zapoznać zaledwie 6 pełnomocników. Skoro wtedy nie znaleziono sprawcy wycieku, to dzisiaj będzie to jeszcze trudniejsze.

Głupio podpowiadać prokuraturze, co powinna zrobić, ale trudno oprzeć się pokusie. Otóż mogła uprzedzić wypadki i sama ujawnić przynajmniej część materiałów. Zeznania brzmią przecież banalnie. Świadkowie mówią, kiedy byli w „Sowie i Przyjaciołach” albo w „Amber Roomie”, z kim i kto ich obsługiwał. Podejrzani kelnerzy obciążają o sprawstwo kierownicze biznesmena Marka F. Ten zaś w ogóle się nie przyznaje.

To wszystko opinia publiczna zna od dawna. Czy jest jakiś uzasadniony powód, aby przez rok robić najgłębszą tajemnicę z zeznań, które są i tak znane, bo wyciekły wcześniej, albo w rozmowach z dziennikarzami ich treść ujawniły osoby zainteresowane? Prokurator na każdym etapie prowadzonej sprawy może w szczególnych przypadkach podjąć decyzję o ujawnieniu części lub całości materiałów.

Niedawno amerykański prokurator prowadzący sprawę korupcji w FIFA, mając świadomość wielkich emocji, jakie to śledztwo budzi, ujawnił zeznania swojego świadka koronnego, amerykańskiego działacza piłkarskiego Chucka Blazera. I nic się nie zawaliło, postępowanie trwa i szybko posuwa się do przodu. Sprawa podsłuchów w warszawskich restauracjach budzi w Polakach równie wielkie emocje. Może prokuratorzy powinni wziąć te społeczne oczekiwania pod uwagę i bardziej otwarcie informować o stanie rzeczy?

A co do sprawcy wycieku (tego faktycznego, a nie dziennikarzy oraz niejakiego S.): czy rzeczywiście nie ma możliwości ustalenia, kim jest? Zgodnie z zarządzeniem nr 5/10 Prokuratora Generalnego o organizacji pracy jednostek prokuratury przeglądanie akt przez strony procesowe oraz ich kopiowanie powinno odbywać się pod nadzorem wyznaczonego przez prokuratora pracownika lub funkcjonariusza. Należy odnotować, kto kopiował, od której strony akt do jakiej i kiedy. Adwokaci mówią, że praktycznie nie zdarza się, żeby kopiowali całość akt łącznie z okładkami tomów i zwrotkami, bo to niepraktyczne.

Ktoś, kto sfotografował detalicznie wszystko, musiał mieć jakiś inny cel, na przykład publiczne ujawnienie materiałów. Jeżeli w prokuraturze wszystko działało zgodnie z procedurą, to taką osobę powinno być łatwo namierzyć. Ktoś go przecież powinien pilnować i zauważyć, że kopiuje nawet okładki. Chyba że niezgodnie z cytowanym zarządzeniem akta oddawano bez żadnej kontroli.

To było kilka drobnych uwag na marginesie kolejnej afery, którą wszyscy tak się oburzają i pokazując palcem na słabe państwo, krzyczą, że istnieje tylko teoretycznie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną