Ile jeszcze reform czeka polską armię

Swojskie wojsko
Polska armia wymęczona 25 latami ciągłych reform jest niewydolna i słaba. PiS jako receptę na kryzys proponuje jeszcze większą i droższą armię, bez gwarancji, że będzie lepsza. Pytanie: ile jeszcze reform trzeba przeprowadzić, żeby całkiem straciła swoją wartość bojową.
Wojsko polskie po misjach w Iraku i Afganistanie nie chce już kupować byle czego. Żąda jakości, nowoczesności...
Maksymilian Rigamonti/Reporter

Wojsko polskie po misjach w Iraku i Afganistanie nie chce już kupować byle czego. Żąda jakości, nowoczesności...

Wojsko jest wciąż atrakcyjnym pracodawcą.
Włodzimierz Piątek/Agencja Gazeta

Wojsko jest wciąż atrakcyjnym pracodawcą.

Nasze wojsko najchętniej kupuje gotowe uzbrojenie za granicą.
Tomasz Waszczuk/Agencja Gazeta

Nasze wojsko najchętniej kupuje gotowe uzbrojenie za granicą.

Wydawanie pieniędzy na modernizację też okazało się dla armii zbyt poważnym wyzwaniem.
Stefan Maszewski/Reporter

Wydawanie pieniędzy na modernizację też okazało się dla armii zbyt poważnym wyzwaniem.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch - Swojskie wojsko

To nieprawda, że całe siły bojowe polskiej armii zmieściłyby się na trybunach Stadionu Narodowego. Ale Wojsko Polskie, choć formalnie liczy sobie 100 tys. plus około 10 tys. Narodowych Sił Rezerwowych, w dużej części składa się z urzędników w mundurach. Zmiana proporcji, w myśl której miało być więcej Indian, a mniej wodzów, była sztandarowym hasłem autora tego bon motu – gen. Stanisława Kozieja. Był wodzem – szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, aby po pięciu latach kadencji zostać Indianinem – odszedł właśnie z urzędu. Proporcje etatów szeregowych do oficerów jakie były, takie są. Kłopoty armii mają charakter strukturalny. Oficerowie jako zamknięta korporacja zawodowa bronią swoich interesów. Deklarowane przez PiS powiększanie armii może się więc okazać kosztowne, ale niekoniecznie efektywne. Podobnie jak sugerowane w czasie konwencji programowej tej partii podniesienie wydatków na armię do 2,5 proc. PKB.

Niemiecka armia zacznie stopniowo zwiększać wydatki dopiero za dwa lata. Pragmatyczni Niemcy doszli do wniosku, że nie do końca wiadomo jeszcze, jakie będą potrzeby.

W logice naszej kampanii wyborczej sprawy wojska, obronności i zakupów zbrojeniowych są takim samym towarem wyborczym jak pozostałe obietnice zwiększenia wydatków na wszystko. PiS w swoim oficjalnym programie ma ogólnie słuszne postulaty. Armia ma być silna. Polska ma być niezależna. Przemysł obronny ma produkować dla polskiej armii najnowocześniejszy sprzęt. Do tego dochodzi stara pieśń o dokończeniu reform wojskowych służb i wymachiwanie pięścią, a raczej piąstką przed nosem Rosji. Wiele w tym jednak myślenia magicznego i zaklęć. Wojsko nie ma szczęścia do polityków.

Dziurawe salami

Na początku lat 90. armię krojono niczym salami. Po plasterku. Była za duża i zdecydowanie za droga dla kraju na dorobku. W przełomowym 1989 r. Ludowe Wojsko Polskie liczyło 393 tys. żołnierzy. 15 dywizji czyniło go – nominalnie – jedną z silniejszych armii w Europie. Samych dywizji pancernych mieliśmy pięć. Dziś cała polska armia ma w swoim składzie trzy dywizje. W tym jedną pancerną. Z perspektywy widać, że dochodzenie do tego stanu pozbawione było jakiejś głębszej logiki. Sztabowcy nie wypracowali żadnej spójnej wizji potrzeb i możliwości polskiej armii. Wychodzili raczej z założenia, że wszystko jest potrzebne i wszystko się przyda. Doprowadziło to do gigantycznego rozdrobnienia garnizonów, choć wojska ciągle ubywało. Najpierw armia została zredukowana do 250 tys., później 180 tys., a na koniec 100 tys. żołnierzy. Jednak za cięciem jednostek nie szło proporcjonalne cięcie infrastruktury. Sztab Generalny tak umiejętnie lawirował, że zawsze jakimś cudem zostawała w danym mieście mała jednostka, której potrzebny był garnizon: biura, koszary. W efekcie po 20 latach polska armia była rozlokowana w 126 garnizonach. Średnio w jednej jednostce służyło tylko 800 żołnierzy, co było ewenementem na skalę światową.

1. Ciechanowski Pułk Artylerii liczył 300 żołnierzy. Do ich obsługi zatrudnionych było prawie 100 cywilów. Jednostka nie miała nawet własnej strzelnicy, bo ją akurat udało się zlikwidować. W efekcie na ćwiczenia artyleryjskie trzeba było wozić żołnierzy i sprzęt na oddalony o 150 km poligon. Roczny koszt utrzymania tej jednostki wynosił 20 mln zł. A kiedy już miano wpisać ją do planów likwidacji, to okazało się, że za 7 mln zł na terenie jednostki zostanie wybudowana nowiutka stołówka. A krótko potem 1. Ciechanowski Pułk Artylerii przestał istnieć.

Chaotyczna likwidacja doprowadziła do kuriozalnych sytuacji. Z analiz strategicznych wynika, że ciechanowski pułk trzeba było wzmacniać, a nie likwidować. I nie chodzi o wspomnianą stołówkę. – Wzdłuż wschodniej granicy od Suwałk do Przemyśla i na głębokość 150 km w kierunku Warszawy jest swoista dziura bez wojska – mówi gen. Leon Komornicki. – Za to 16. Dywizja Zmechanizowana posiada dwie brygady na granicy z obwodem kaliningradzkim. Nawet ignorant wojskowy powinien wiedzieć, że to położenie dywizji i jej brygad w terenie bagnistym i jeziorno-lesistym, praktycznie na granicy z potencjalnym przeciwnikiem, z góry skazuje je na klęskę. Sztab Generalny nawet nie skomentował raportu generała Komornickiego, w którym zawarł tę i podobne tezy.

Od 1995 r. równolegle następowały dwa procesy – liczebność armii została zmniejszona niemal trzykrotnie, za to struktury ośrodków dowodzenia powiększyły się również trzykrotnie. Zmiana systemu dowodzenia, którą niemal kolanem przeforsowano na początku zeszłego roku, miała zmienić liczbę oficerów w sztabach. Słowa dotrzymano – jest ich jeszcze więcej niż było. Tak m.in. powstawała armia wodzów bez Indian. Dopóki nie uda się wyeliminować tego typu patologii, dokładanie do budżetu armii kolejnych miliardów będzie topieniem pieniędzy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną