Koniec krucjaty Elbanowskich

Zawodowi wojownicy
Tomasz Elbanowski mówi, że każde z ich siedmiorga dzieci przyszło na świat z własnym bochenkiem chleba, coś rodzinie przynosiło. To ósme ma się urodzić na dniach. Być może przyniesie ojcu posadę w ministerstwie.
Karolina i Tomasz Elbanowscy złożyli w Sejmie obywatelski projekt nowej ustawy oświatowej „Rodzice chcą mieć wybór”, 2014 r.
Bartłomiej Zborowski/PAP

Karolina i Tomasz Elbanowscy złożyli w Sejmie obywatelski projekt nowej ustawy oświatowej „Rodzice chcą mieć wybór”, 2014 r.

Pod obywatelskim projektem ustawy „Sześciolatki do przedszkola” zebrali aż 347 tys. odręcznych podpisów.
Jerzy Dudek/Forum

Pod obywatelskim projektem ustawy „Sześciolatki do przedszkola” zebrali aż 347 tys. odręcznych podpisów.

audio

AudioPolityka Agnieszka Sowa - Zawodowi wojownicy

W domu Elbanowskich i ich – na razie – siódemki dzieci zazwyczaj nie ma kawy. Karolina albo jest w ciąży, albo karmi, a Tomek po kofeinie robi się nerwowy. Teraz, kiedy ich dom przestał być centrum dowodzenia bojowników o wolność sześciolatków od szkolnej ławy, brak kawy nie jest już tak dotkliwy.

W sprawach Fundacji i Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców (dwa niezależne byty, które jednak nawzajem się przenikają i trudno je od siebie oddzielić) oraz ich sztandarowej akcji „Ratuj maluchy” nie spotykają się już z wolontariuszami w swoim mieszkaniu w bloku w Legionowie – jak to było na początku, w 2008 r. Dziś fundacja ma siedzibę w centrum Warszawy. I całkiem nieźle prosperuje, wyłącznie z darowizn i z 1 proc. (fundacja ma status organizacji pożytku publicznego). W zeszłym roku zebrali 371 tys. zł.

Większość (ok. 70 proc.) pieniędzy fundacji przeznaczono na wynagrodzenia. Zarówno Karolina, jak i Tomasz są w trzyosobowym zarządzie – od kilku lat pracują właściwie już tylko w swojej fundacji i stowarzyszeniu. Jedynie Tomasz sporadycznie pisuje jeszcze do legionowskiego tygodnika „To i Owo”, w którym przed laty oboje pracowali, zanim zaczęli swoją krucjatę. Lecz jeśli zebraną z 1 proc. sumę rozbić na konkretne przekazy, nie są to pieniądze zawrotne. Przeciętna miesięczna pensja członka zarządu fundacji w 2014 r. wyniosła 4125,90 zł brutto. Najwyższe jednorazowo wypłacone wynagrodzenie członka zarządu w zeszłym roku – 7,5 tys. zł brutto. A wszystko wskazuje, że i te pieniądze się skończą. Nowy rząd zapowiada realizację tego, o co Elbanowscy walczyli przez ostatnie osiem lat: wstrzymanie reformy i powrót do obowiązku szkolnego od 7. roku życia. Oraz likwidację gimnazjów, co także postulowali, choć już nie tak głośno. Nie będzie więc już przeciwko czemu protestować.

Zapewne jednak nie będą musieli utrzymywać się z wierszówki Tomasza i z rządowego programu 500 zł na dziecko, choć w ich przypadku może być to całkiem sporo. W Ministerstwie Edukacji chodzą słuchy, że Tomasz Elbanowski ma zostać doradcą ministra. Którego, to się okaże. Elbanowscy byli pierwszymi osobami, które dostały zaproszenie do MEN. Szefowa resortu edukacji Anna Zalewska swoją pierwszą konferencję prasową poprowadziła wspólnie z nimi. A trzy dni po tej konferencji już byli na spotkaniu z minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbietą Rafalską. Przekazali jej swoje postulaty w sprawie polityki prorodzinnej: oddzielenie pomocy społecznej od pomocy rodzinie w ramach planowanego dodatku 500 zł na dziecko i zmiany w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy – tak żeby urzędnicy przestali odbierać rodzicom dzieci. I znów: uśmiechy i gratulacje.

Wet za wet

Historia Elbanowskich i ich protestu, który po kilku latach miał zgromadzić prawie milion zwolenników, zaczęła się w 2008 r., gdy szefową resortu edukacji była minister Katarzyna Hall. Jak twierdzą, nie potraktowała ich poważnie, kiedy podczas konferencji prasowej postawili przed nią kosz wypełniony pluszakami – happening pod hasłem „Dzieci to nie zabawki”. I nawet nie spojrzała na pierwszy tysiąc podpisów przeciwników reformy oświatowej, które jej przynieśli.

Byli wówczas małżeństwem z czwórką dzieci, którym konsekwentnie nadawali starotestamentowe imiona: Noemi, Lea, Joachim (tę zasadę mieli utrzymać także potem, przy kolejnych dzieciach). Karolina, germanistka, jako siedmiolatka wyjechała do Hamburga, bo jej tata inżynier w 1987 r. dostał się na uniwersytecką wymianę. Więc do pierwszej klasy poszła w Niemczech. Po powrocie szkoła nr 105 na warszawskim Bródnie była szokiem – to też (czego nigdy nie ukrywała) miało wpływ na jej późniejszą działalność. Pracowała jako nauczycielka niemieckiego w szkole językowej, współpracowała z mazowieckim tygodnikiem „To i Owo”, gdzie na stałe pracował Tomasz, absolwent historii. Razem zorganizowali akcję „Legionowo bez barier”, obwożąc urzędników na wózkach inwalidzkich po nowo oddanych przejściach dla pieszych, co potem opisali na łamach.

Tomasz po godzinach opracowywał testy gimnazjalne z historii, jednak głównie tropił lokalne afery. Deklarował, że „woli być niewiernym Tomaszem”. W konkursie Kancelarii Prezydenta RP dla dziennikarzy prasy lokalnej „Blaski i cienie budowy demokracji lokalnej” otrzymał nawet wyróżnienie za cykl artykułów „Hulaj dusza, planu nie ma”. Za ten sam cykl nagrodę przyznało mu Stowarzyszenie STOP Korupcji. Artykuły dotyczyły m.in. dewelopera, który przy legionowskim muzeum postawił sześciopiętrowy blok wbrew uchwalonemu przez radę miasta miejscowemu planowi zagospodarowania. Budynek Leg-Budu, oprotestowany przez obywatelskiego dziennikarza, zasłaniał nie tylko muzeum, ale także blok, w którym mieszkają Elbanowscy.

Historia ich zaangażowania, jak opowiadają, wzięła się z nieprecyzyjnych obliczeń. Martwili się o 3,5-letniego wówczas Joachima: pomyliły im się roczniki i myśleli, że to on pójdzie na pierwszy ogień – a nie poszedłby. Joachim w przedszkolu chodził do maluchów. I stąd się wzięło „Ratuj maluchy”.

Ale nim zaczęła się akcja, były próby dotarcia do ministrów. Dziś Elbanowscy twierdzą, że gdyby Katarzyna Hall zaczęła z nimi rozmawiać, zleciła opracowanie uwag czy zajęła czas cyklicznymi spotkaniami z urzędnikami, ich impet by osłabł. Lecz nie chciała. Podobnie jak kolejna szefowa resortu edukacji Krystyna Szumilas. Gdy poczuli się zlekceważeni kolejnymi odmowami spotkania, postanowili pokazać, co potrafią. To znaczy: weszli na wojenną ścieżkę – sami siebie nazywają wojownikami albo wirtualnymi wojownikami.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną