Gimnazja znikną, ale problemy pozostaną. Rodzice naprawdę mają powody do niepokoju

Moloch wraca  
Jesienią 2015 r. przewidywaliśmy: z 6-latkami sprawę dało się załatwić jednym zdaniem w ustawie, natomiast żabę gimnazjalną zjeść przyjdzie trudniej.
elmimmo/Flickr CC by 2.0

Wiele miesięcy trzeba było czekać, by Anna Zalewska, minister edukacji, ogłosiła fundamentalne zamiary wobec polskiej szkoły. I odpowiedziała na pytanie praktyczne, a zarazem najbardziej elektryzujące i dzielące Polaków: co dalej z gimnazjami?

Kiedy je wprowadzano w 1999 r., żaden prorok by nie przewidział, że w 2016 r. dawni sceptycy zechcą ich bronić, a ci, którzy podnosili w Sejmie rękę za tym „powrotem do szczytnej, przedwojennej tradycji”, staną się ich zagorzałymi wrogami. Często są to dziś i przyjaciele, i wrogowie – rzec można – taktyczni, bo likwidacja gimnazjów awansowała w programie PiS do rangi hasła politycznego (i populistycznego) pierwszej pilności, na równi z odesłaniem 6-latków ze szkół czy 500+.

Jesienią 2015 r. przewidywaliśmy: z 6-latkami sprawę dało się załatwić jednym zdaniem w ustawie, natomiast żabę gimnazjalną zjeść przyjdzie trudniej. Toteż, wróżyliśmy wtedy, pojawią się rozwiązania przejściowe, iluzoryczne, sprowadzające się do jakiegoś nowego nazewnictwa, a kosztowna reforma pewnie zostanie rozgrzebana na lata, niczym ta z 6-latkami za poprzednich ekip rządowych.

Stało się. Już wiemy, że docelowo gimnazja zostaną wchłonięte przez szkoły powszechne, czyli 8-letnie podstawówki. Że okres przejściowy na razie obliczono na trzy lata. Że co prawda formalnie gimnazjów nie będzie, natomiast cztery ostatnie klasy powszechniaka będą się nazywały „poziomem gimnazjalnym” (w odróżnieniu od „poziomu wczesnoszkolnego”). Że pani minister – jak wyznała – poszła tu właśnie na kompromis z obrońcami gimnazjów, a nawet wyraziła wobec nich w ten sposób szacunek. Że wzięła pod uwagę wszelkie okoliczności wynikające z niżu demograficznego, a zwłaszcza perspektywę, że wkrótce na jednego nauczyciela gimnazjalnego przypadałoby – nie do pomyślenia! – 10 uczniów.

Pewnie w jej mniemaniu to koronny argument za likwidacją gimnazjów. Smutne, bo to właściwie koronny argument na ich obronę: 10 uczniów na nauczyciela wreszcie skutecznie rozwiązałoby osławione (i wyolbrzymione) wychowawcze problemy w tych szkołach i podniosły poziom nawet tych najsłabszych.

Marzenie. Oczywiście, państwa zasilającego dziś rodziny comiesięcznymi pięćsetkami na taki luksus nie stać. Będzie więc polskie szkolnictwo borykać się z kolejną rewolucją, czy raczej kontrrewolucją. Kolejną, która przypomina mieszanie łyżką w szklance herbaty. Bo od zmiany struktury i nazewnictwa szkół nie znikną cudownie kłopoty w dogadaniu się z nastolatkami. Rodzice do niedawna martwili się, jak tu posłać 6-latka do szkolnego molocha między 12-latków. Teraz naprawdę mają powody do niepokoju. Teraz to naprawdę powrót molocha.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną