Dzięki Euro 2016 dowiedzieliśmy się czegoś także o sobie samych
W jakich nastrojach obudziła się dzisiaj rano Polska? Bywało znacznie gorzej. Wprawdzie liczyliśmy na więcej, widzieliśmy już naszych w finale, ale tym razem wstydu nie ma.
UEFA EURO 2016/Facebook

Nie słychać też zawstydzających okrzyków „Polacy, nic się nie stało!”. Bo coś się jednak stało. Biało-czerwoni znaleźli się w ósemce najlepszych drużyn Europy, o czym jeszcze niedawno mogli jedynie śnić najbardziej oddani kibice. Nie trzeba być znawcą futbolu, aby patrząc na grę polskiej reprezentacji, nie dostrzec, że to zupełnie nowa jakość (choć większość zawodników od dawna jest w kadrze). Dość przypomnieć poprzednie Euro, kiedy to grając u siebie, zajęliśmy ostatnie miejsce w najsłabszej grupie.

Piłkarze Nawałki wcale nie muszą ogłaszać, że czują się Europejczykami. Oni nimi są. Pracują w dobrych zagranicznych klubach, w których odgrywają czołowe role, jak Lewandowski w Bayernie, Krychowiak w Sewilli czy Milik w Ajaksie. Przyswoili europejskie standardy gry, ale też pewne zachowania boiskowe  i nie tylko. Wystarczy posłuchać ich wypowiedzi do kamer telewizyjnych i porównać z tym, co wygadywali ongiś nasi krajowi kopacze. Ogromna różnica. Umieją się „sprzedać”, także w sensie dosłownym (patrz: reklamy telewizyjne). Przede wszystkim zaś nasi „nie pękają”, grając z najlepszymi, o czym wczoraj miał okazję przekonać się gwiazdor Ronaldo, żałośnie bezradny pod polską bramką.

Nasi zawodnicy nie zasłużyli jednak na to, żeby ich przechwalać, nie zauważając mankamentów. Wydaje się – ale to nie jest cecha tylko naszych piłkarzy – że wciąż nie mają mentalności radosnych zwycięzców. Nie potrafią iść za ciosem, dobić rywala, mówiąc brzydko. Wiadomo, taktyka, asekuracja itp. Ale przecież w meczu ze Szwajcarią, a tym bardziej wczoraj z Portugalią, po zdobyciu pierwszej bramki należało natychmiast dążyć do drugiej. Tymczasem chyba gdzieś w ich podświadomości pojawia się jeszcze odruch, żeby grać na utrzymanie wyniku. Ze Szwajcarią ów polski minimalizm się opłacił (choć przyznajmy, w przekroju całego meczu, wraz z dogrywką, rywale byli trochę lepsi). Z Portugalią już nie mieliśmy tyle szczęścia. A karne to jednak loteria, choć i w tym elemencie gry poczyniliśmy ogromne postępy. I tylko żal, że to właśnie Kubie Błaszczykowskiemu nie udało się strzelić. To bez wątpienia najsympatyczniejszy, najbardziej oddany „sprawie” piłkarz naszej kadry.

Czego zaś dowiedzieliśmy się o sobie? Po pierwsze, że piłka łagodzi obyczaje. Przynajmniej na czas Euro potrafiliśmy się zjednoczyć. Uczeni mówią, że kraj nad Wisłą zamieszkują już dwa różne plemiona, tymczasem w dniach, kiedy grali nasi, widać było, że podobnie czujemy i że mówimy tym samym narzeczem. Widok trzydziestu tysięcy rodaków na francuskich stadionach też robił ogromne wrażenie. Ich obecność zaś świadczy nie tylko o miłości do futbolu, ale również o tym, że stać ich na takie wyjazdy. Nie tylko polscy piłkarze czują się w Europie jak u siebie. Kibice również.

Euro pokazało jednocześnie, jak bardzo spragnieni jesteśmy sukcesu, jak niesamowite jest pragnienie wspólnego przeżywania radości. Do zapamiętania widok z Warszawy po zakończeniu wczorajszego meczu – ruch na ulicach niemal jak w godzinach szczytu. Ludzie znowu zaczęli u siebie bywać. Cała Polska stała się jedną wielką strefą kibica. A co wyczyniały media? Przecież już po meczu ze słabiutką Irlandią Płn. obwieszczono, że odnieśliśmy historyczny sukces. Wiadomości w telewizjach (także w TVP) zamieniły się w wiadomości sportowe. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że pewnie zdobyliśmy mistrzostwo świata. Każda rozmowa z politykiem zaczynała się od pytania, jaki wynik osiągną „nasi”. Nie pamiętam, by ktoś się publicznie przyznał, że nie interesuje go piłka nożna.

Prawda jest taka, że przez minione tygodnie żyliśmy w amoku, ale tak chcieliśmy żyć. Bo to było przyjemne. A teraz zabawa się skończyła, w dziennikach powrócą na pierwsze miejsca kłótnie i niesnaski polityków. Futbol, mimo że to też walka, jest jednak ładniejszy, no i trzeba tam przestrzegać pewnych reguł. Podobne jest tylko to, że nie zawsze wygrywa najlepszy.

Teraz mamy przerwę do jesieni, a potem gramy dalej. W eliminacjach do mistrzostw świata. Drużyna, która pokazała się na francuskich boiskach, ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Adam Nawałka to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Chyba od czasów Piechniczka nie mieliśmy tak dobrego trenera reprezentacji. Za dwa lata, kiedy zacznie się mundial, znowu wszyscy będziemy kibicami. Może jednak następnym razem będzie już trochę mniej ogólnonarodowych szaleństw. Naprawdę gra idzie o to, żeby pokazać dobrą piłkę, nie ustępować najlepszym, dać satysfakcję kibicom. Nie o honor. I nie o wszystko. Kiedy gramy o honor i o wszystko, to zwykle przegrywamy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną